dwutygodnik internetowy
25.09.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Daleko od domu. „Stancje” Wioletty Grzegorzewskiej

Prestiżowa nominacja do brytyjskiej nagrody to ukoronowanie ciężkiej pracy pisarki, która od ponad dekady mierzy się z trudami życia na emigracji. Czy „Stancje” odniosą podobny sukces co „Guguły”?

 

materiały prasowe

materiały prasowe

Kiedy przed kilkoma miesiącami angielskie wydanie „Guguł” Wioletty Grzegorzewskiej w tłumaczeniu Elizy Marciniak („Swallowing Mercury”) znalazło się na liście nominowanych do The Man Booker International Prize, jasnym stało się, że o naszej poetce-emigrantce, od ponad dekady mieszkającej na Wyspach Brytyjskich, będzie w Polsce głośno. Grzegorzewska jest w końcu pierwszą po Stanisławie Lemie polską autorką nominowaną do tej prestiżowej nagrody.

Opisane w „Gugułach” krótkie wycinki rzeczywistości zmitologizowanej wsi Hektary, które dzięki esencjonalnym opisom w sposób szczególny przemawiają do naszej wyobraźni, stanowią tło dla wydarzeń z życia dorastającej Wiolki – towarzyszymy jej od chwili narodzin i razem z nią przeżywamy chwile trudne, smutne, ale też śmieszne i wzruszające. Świat poznajemy jej oczyma, jest on jednak przetworzony przez dorosłą Wiolettę i opisany z delikatną dozą ironii, bez nostalgicznych wzruszeń.

Pewna magia opisów Grzegorzewskiej sprawia, że czytelnika ogarnia pełna empatia dla bohaterki – bardzo łatwo się z nią zżyć i chcieć czytać więcej, dalej. Autorka jest jednak mistrzynią zostawiania lekkiego niedosytu, balansowania na cienkiej granicy między intrygującym wspomnieniem a kiczowatą nostalgią, którą przecież tak łatwo przekroczyć, dodając o jedno zdanie za dużo. A jednak Grzegorzewskiej udaje się zostać po tej intrygującej stronie, sprawiając, że czytelnik nie może się oderwać od lektury i z trudem wraca z Hektarów do swojej własnej rzeczywistości. W „Gugułach” rozstajemy się z Wiolką, kiedy po próbie ucieczki ze wsi wraca z przystanku do rodzinnego domu, zostawiając Starszego Lajbosia śpiącego na przystanku. Nie jest jeszcze gotowa na wyrwanie się do wielkiego świata, jaki dla mieszkańców Hektarów i okolic stanowi Częstochowa. Ostatecznie podejmie jednak decyzję o wyjeździe do pobliskiej metropolii, by studiować filologię polską. Będzie to dla Wiolki zmiana totalna, która narazi ją na wiele stresów, momentów rezygnacji, ale i euforii – kiedy z sytuacji niemalże patowej uda się jej wyjść w miarę obronną ręką.

Nic więc dziwnego, że po niedopowiedzianej końcówce „Guguł” z zapartym tchem sięgamy po „Stancje”, żeby zobaczyć, jak dalej potoczyły się losy Wiolki po wyjeździe z prowincji na studia do Częstochowy. Ale błędem byłoby bezrefleksyjne wrzucanie obu tych książek do jednego worka – jedna jest bardzo luźną kontynuacją drugiej. W „Stancjach” czuć dużo mniejszy dystans do opisywanej rzeczywistości, to w końcu nie tak odległa dla autorki przeszłość, minęło jedynie jedenaście lat od jej emigracji z Częstochowy na Wyspy. Cała książka napisana jest w czasie teraźniejszym, co sprawia, że czuć bardzo mocną więź z opisywanym światem.

Trudno niekiedy ukryć podziw dla zaciętości i odwagi, jakie charakteryzują młodą studentkę z Hektarów. Nie dostała akademika, bo jej rodzinna miejscowość jest za blisko Częstochowy i to innym studentom bardziej przysługuje w nim miejsce. Nie stać jej na codzienne wychodzenie ze znajomymi do baru, a trudno trzy dni z rzędu znajdować wiarygodną wymówkę. Kiedy spotyka dawnego kolegę z Hektarów, który pracuje w częstochowskim McDonaldzie, i okazuje się, że szukają hostessy, Wiolka zostaje balonikową panią, żeby zarobić na czynsz w wynajmowanej kawalerce. Właściwie sam temat studiów pojawia się zaledwie kilka razy – łatwo zapomnieć, że pośród tych wszystkich perypetii związanych z mieszkaniem i pracą Wiolka musi jeszcze uczęszczać na zajęcia.

Można wysnuć bezpośrednią paralelę między Wiolką emigrującą z Hektarów do Częstochowy a Wiolettą, która z Częstochowy w 2006 roku wyjechała na Wyspy Brytyjskie. Olbrzymi sukces „Guguł” i sypiące się propozycje tłumaczeń, wydań, spotkań autorskich i wywiadów mogą przyćmić problemy, z jakimi autorka musiała się mierzyć na początku, ale które również – niestety – nie znikają. Na początku, by utrzymać siebie i rodzinę za granicą, także pracowała między innymi jako balonikowa pani w McDonaldzie. Również z powodów finansowych zmuszona była do przeprowadzki z malowniczej wyspy Wight. Wyjazdy na spotkania autorskie, choć liczne, wiążą się z opłatami, których zwrotów często nie może doczekać się miesiącami. Dodatkowo od pewnego czasu mierzy się z panującymi ksenofobicznymi nastrojami wobec imigrantów.

„Emigracja jest dla mnie trudna – melancholijna i euforyczna, schizofreniczna i inspirująca” – mówi Grzegorzewska w jednym z wywiadów. Mam wrażenie, że w tym zdaniu zawiera się cały sekret wyjątkowej twórczości autorki. Tęsknota za krajem rodzinnym przywołuje na myśl wspomnienia i powoduje literacki powrót do dzieciństwa, a stałe zanurzenie w angielskiej rzeczywistości wzmaga potrzebę pracowania nad językiem ojczystym – żonglowania dialektami, gwarami, częstochowskimi regionalizmami. Język w książkach Grzegorzewskiej jest gęsty, wyrafinowany, a każde zdanie gruntownie przemyślane, co nadaje książce jakość niemalże poetycką. Autorka nigdy nie dopuszcza, żeby znalazło się tam choć jedno słowo za dużo, nawet w powtarzających się fantazjach o ukochanym panie Kamilu czy dość dramatycznej scenie szarpaniny z dwoma podpitymi łysolami na Wałach Dwernickiego.

„Kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami, dopóki nie umiemy tego zrobić” – pisze Marcin Wicha we wstępie do swojej nowej książki „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, w której mierzy się ze wspomnieniami o zmarłej matce. Mam poczucie, że podobna myśl towarzyszy Grzegorzewskiej, gdy pisze o miejscach swojego dzieciństwa i czasów studenckich – opisanie emocji wiążących się z burzliwym okresem dojrzewania, wyrwania się do „wielkiego świata”, może być próbą zamknięcia pewnego etapu, do którego nie ma już powrotu, a który nieustannie wraca we wspomnieniach, próbą uporania się z emocjonalnym bagażem, jaki zabrała ze sobą do Anglii. Zaskakujące są podobieństwa między tymi dwiema książkami. Wicha elektryzuje swoimi lakonicznymi wspomnieniami, każda historia jest minimalistyczna, podana w jak najbardziej skondensowanej formie, byle tylko nie przegadać, byle zostawić czytelnika z szeregiem pytań, niekoniecznie podając na nie odpowiedzi.

Podobne uczucia wywołuje lektura „Stancji”. Pośród opowieści o częstochowskim półświatku, z którym styka się młoda studentka z Hektarów, Grzegorzewska przemyca także uniwersalne rozważania: na temat samotności, miłości czy relacji z bliskimi. W „Stancjach” czytamy opowieść dojrzałej dziewczyny, która z odwagą, mimo chwilowych zwątpień, konsekwentnie zmaga się z trudną rzeczywistością, w jaką została wrzucona. Wiolka z uwagą obserwuje miejsca i osoby, które spotyka, i pokornie przyjmuje też to, co stawia przed nią los: bez zająknięcia znosi zimne noce w nieogrzewanym pokoju w hotelu robotniczym Wega albo myje gipsowe posągi w Domu Zgromadzenia Sióstr Serca Jezusowego w zamian za stancję na poddaszu.

Wiolka nie do końca przystaje do świata swoich rówieśników. Emigracja – i ta z prowincji do miasta, i ta za granicę – niemal zawsze wiąże się z tęsknotą, samotnością i szeregiem przeszkód, które należy pokonywać z zaciśniętymi zębami. Być może niezłomność, z jaką Wiolka (i Wioletta) mierzy się z nową rzeczywistością, wynika właśnie z dojrzewania w takich, a nie innych warunkach, na pewno nie cieplarnianych. Sama autorka napomyka o tym w jednym z wywiadów: „Na wsi dziecko szybciej pojmuje prawdy ostateczne. Polowanie z dziadkiem na chrabąszcze może być powodem do rozmyślań o zabijaniu. Ucieczka na drzewo uczy samotności. Podglądanie zwierząt w lesie jest jak podglądanie życia. Wszystko wydaje się naturalne”.

Być może, pisząc „Stancje”, autorka dzięki wspomnieniom przepracowuje poczucie braku przynależności, zawieszenia między dwiema kulturami bez możliwości zrobienia kroku wstecz (dlatego te sentymentalne podróże odbywa właśnie przy pomocy swojej twórczości). A być może jest to uniwersalna opowieść o poznawaniu siebie. Na pewno nie jest przegadana, zostawia czytelnika z garścią refleksji.

I ja już więcej nie gadam. Czytajcie „Stancje”.