dwutygodnik internetowy
21.01.2013
magazyn papierowy


Dalej niż Macondo

Głównymi ofiarami wojny są tu wykluczeni: chłopi, biedacy, Indianie, którzy akurat znaleźli się na linii ognia pomiędzy stronami konfliktu. Ten zapomniany region Kolumbii to także dogodne miejsce dla mafii narkotykowych, które co i rusz instalują tu, w środku głuszy, nielegalne fabryki kokainy z prowizorycznymi lotniskami.

Zdjęcia: Paweł Zerka

 

Nazwa Półwyspu Guajira może wydać się znajoma. Wystarczy przypomnieć sobie refren „Guantanamery”, salsę „Guajira, el son te llama” albo film „Dirty Dancing 2” i piosenkę „Guajira, I love you too much”. Zbieżność nazw jest jednak przypadkowa. Na Kubie guajira to jeden z tradycyjnych gatunków muzycznych i nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że tak samo może nazywać się najdalej wysunięty na północ cypel Kolumbii: może nie tak odległej, ale jednak mającej z Kubą niewiele wspólnego.

Półwysep położony jest za to niedaleko Macondo ze „Stu lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza. Co prawda, żadne Macondo w rzeczywistości nie istnieje, ale wiele wskazuje na to, że Marquez wzorował się na miasteczku Aracataca, w którym spędził dzieciństwo, 80 kilometrów na południe od karaibskiego portu w Santa Marcie. Jeśli przemierzyć dalsze 165 kilometrów na północny-wschód, w kierunku granicy z Wenezuelą, dotrzemy do miejscowości Riohacha, strzegącej wstępu na Półwysep Guajira.

 

***

A na półwyspie: pustynia pełna kóz. Kozy na prawo i lewo. Koźlina na kolację i na śniadanie. Kozy i krowy pasące się na ugorze lub wśród kaktusów. Kozy i świnie przed położoną na środku bezludzia karczmą, gdzie serwują koźlinę gotowaną albo z rusztu. A pomiędzy tą trzodą, jak gdyby nigdy nic, przechadza się po podwórzu surrealistyczny paw królewski.

Guajira to bezkresne pustkowie z labiryntem niewidocznych szlaków, którymi od wioski do wioski, pieszo, konno lub na rowerach, wędrują Indianie Wayuu. Ich osady rozmieszczone są w takiej odległości, aby należące do poszczególnych klanów stada kóz nie mieszały się ze sobą.

 

Wayuu to największe w północnej części kontynentu plemię indiańskie, liczące 150 tysięcy członków w Kolumbii i kolejne 300 tysięcy na terytorium północnej Wenezueli. Wayuu wsławili się wojowniczością, nie dając się podbić hiszpańskim konkwistadorom. Dzisiaj wegetują na obrzeżach nowoczesnego państwa, jakim powoli staje się Kolumbia. Mają własny alfabet, bogatą tradycję muzyczną i sztukę. Wyróżniają się nietypowym na tle latynoskiego machismo matriarchatem: kobiety sprawują główne funkcję polityczne, a dziedziczenie przebiega w linii żeńskiej. Instytucje państwa, tak samo jak woda i elektryczność, prawie tu nie docierają.

Za to, niestety, dociera kolumbijska wojna domowa, której jednym z punktów spornych jest dostęp do strategicznych szlaków przemytu narkotyków. Tak jak w pozostałej części kraju, tak i tu głównymi ofiarami wojny są wykluczeni: chłopi, biedacy, Indianie, którzy akurat znaleźli się na linii ognia pomiędzy stronami konfliktu. W 2004 roku prawicowe formacje zbrojne (paramilitares) dokonały masakry w Bahia Portete. Trzydzieścioro członków plemienia Wayuu zostało zabitych, sześćdziesięcioro zaginęło, a dwieście pięćdziesiąt osób musiało schronić się w Wenezueli. W 2012 roku, lewicowi partyzanci z FARC zabili na półwyspie dwunastu policjantów. Zapomniany region to także dogodne miejsce dla mafii narkotykowych, które co i rusz instalują tu, w środku głuszy, nielegalne fabryki kokainy z prowizorycznymi lotniskami.

 

***

Obserwując śniadych Indian, odzianych w barwne suknie i w bezlitosnym upale przemierzających pustynię w drodze po wodę, ulegam złudzeniu: czy to aby na pewno jeszcze Ameryka Łacińska, czy już może raczej saharyjska Afryka albo australijski interior?

Rozklekotanym dżipem telepiemy się przez tę głuszę godzinami, które zdają się nie mieć końca. Po drodze sporadycznie tylko napotykamy na ślady osadnictwa. Mijamy miniaturowe cmentarze, usytuowane na niewielkich wzniesieniach i w rozpalonym słońcu nabierające odcieni bielszych od bieli. Paręnaście razy musimy się zatrzymać, bo na naszej drodze, ni z tego, ni z owego, wyrastają symboliczne barykady w postaci lichego sznura rozwieszonego między drzewami.

Autorzy przewodnika „Lonely Planet” z podnieceniem rozpisują się o radosnych i śmiałych, indiańskich dzieciakach, które blokują drogę, by wymusić na kierowcy garść cukierków w charakterze haraczu. Nic z tego. Dzieci okazują się bezzębnymi starcami lub kobietami w średnim wieku, a sytuacja, w której ze zmęczeniem i zrezygnowaniem w oczach opuszczają szlaban, otrzymawszy po marnym lizaku lub kilku karmelkach, nie ma w sobie nic zabawnego. Czasami całe rodziny strzegą przejazdu: starzec podchodzi do szyby samochodu, a za nim, w cieniu drzewa, widzimy młodą matkę z dzieckiem oraz babkę lub prababkę rozłożoną w hamaku, również wyciągającą rękę w naszą stronę, ze spojrzeniem wyrażającym mieszaninę znudzenia i rozpaczy.

 

***

O Indianach Wayuu niewiele dowiem się od Wilsona, naszego kierowcy. Podczas całego, dwudniowego przejazdu na skraj półwyspu i z powrotem, wypowie w naszą stronę co najwyżej dwa zdania złożone. Jego zadaniem jest dowieźć nas na Punta Gallinas, najdalej na północ wysunięty punkt Ameryki Południowej, i pokazać nam główną turystyczną atrakcję regionu: monumentalne wydmy schodzące wprost do oceanu. O wszystko inne musimy zatroszczyć się sami. Nawet wówczas, gdy docieramy do jedynej w Punta Gallinas gospody, musimy sami negocjować z właścicielką, aby rozwiesiła parę hamaków i pozwoliła nam spędzić noc w tym miejscu.

Śpimy w typowych dla tego regionu chinchorros, które tym różnią się od zwykłych hamaków, że są szersze, wykonane ręcznie i mają „skrzydła”, pod którymi nocą można skryć się przed ewentualnym chłodem i owadami. Elektryczność z generatora dostępna jest tylko przez dwie godziny dziennie, pod wieczór. W łazience nie musimy, co prawda, polewać się wodą z wiaderka (jak w Cabo de Vela, skąd wyruszyliśmy w podróż), ale mamy świadomość, że nie wolno nam nadużywać luksusu kąpieli. Słodka woda transportowana jest tutaj łódkami ze źródeł oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów. A ponieważ w ciągu ostatnich kilku lat nie było na półwyspie pory deszczowej z prawdziwego zdarzenia, woda – tradycyjnie nazywana przez Indian Wayuu ich „złotem” – stała się dosłownie bezcenna.

 

W tych dniach nasza szóstka stanowi jedyną grupę przyjezdnych, odwiedzających to trudno dostępne miejsce o dyskusyjnych walorach turystycznych. Nieodłączną częścią przygody jest sam przejazd przez dziki bezkres; zetknięcie się z peryferią; możliwość doświadczenia autentycznej samotności i wyciszenia pośród gwiazd, które świecą wyraźniej niż gdziekolwiek indziej (dzięki temu, że z braku prądu nie ma innych źródeł światła oraz dlatego, że trafiliśmy akurat na księżyc w nowiu); pośród olbrzymich wydm, w zetknięciu z którymi trudno nie poczuć się jak pyłek we wszechświecie.

 

***

Za sprawą zachodnich turystów dwojakiego rodzaju: tych, którzy poszukują głębokich przeżyć duchowych, oraz zwykłych kitesurferów, doceniających tutejsze plaże i fale, Półwysep Guajira doświadcza w ostatnich latach przyspieszonej modernizacji. Cabo de Vela z niewielkiej wioski rybackiej zamieniło się w zbiorowisko prowizorycznych hosteli. Coraz więcej mieszkańców oferuje wycieczki po półwyspie, choćby opisywane przez nich atrakcje (na przykład osławiona „latarnia”, niewiele różniąca się od zwykłego słupa energetycznego) miały wątpliwą wartość turystyczną.

Półwysep zmienia się także dlatego, że kolumbijski rząd zdał sobie sprawę ze strategicznego znaczenia portu Bolivar. Przez Guajirę przebiega jedna z nielicznych w kraju trakcji kolejowych, służąca przewozowi surowców naturalnych (zwłaszcza wydobywanego w północnej Kolumbii węgla) i artykułów przemysłowych. Prywatna firma z Medellin postawiła na pustyni kilka wiatraków, dzięki którym Guajira ma wkrótce stać się samowystarczalna energetycznie. Prąd ma szansę w końcu dotrzeć do tutejszych gospodarstw. Póki co, podziwianie wiatraków stanowi jeden z obowiązkowych punktów wycieczki.

 

A jednak trudno mi nie odczuwać żalu i obaw o to, czy włączenie Guajiry w obręb nowoczesnej gospodarki i kultury, choć pewnie nieuniknione, a może nawet potrzebne, faktycznie wyjdzie jej i Indianom Wayuu na dobre. Pamiętam o tym, że Macondo z powieści Marqueza przeżyło swoje „złote lata”, zanim dotarła doń cywilizacja pod postacią wielkiej plantacji bananowej. Później nadszedł kryzys i kolejne plagi, aż w końcu archetypiczne „byle miasto” zostało wymazane z mapy…

 

Przeczytaj inne teksty Autora.