dwutygodnik internetowy
28.05.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Czy kobiety mogą zdobyć Żelazny Tron?

Osadzona w średniowiecznych realiach męskiej dominacji „Gra o tron” pełna jest seksu, brutalności i przemocy. Tym bardziej zaskakujące jest to, że postacie kobiece pełnią w serialu pełnoprawną rolę.

ilustr.: Andrzej Dębowski

ilustr.: Andrzej Dębowski

Brutalność, krew, seks, przemoc, zwłaszcza wobec kobiet – mało który serial jest nimi nasycony tak jak „Gra o tron”. Choć w produkowanej przez HBO serii nie brakuje przemocy wymierzonej w mężczyzn (najlepszym przykładem będzie tu postać Theona Greyjoya), budzącą największe kontrowersje sceną serialu jest gwałt na Sansie Stark. Obserwując wiele serialowych obrazów czy całych wątków, można i zapewne trzeba zadawać pytania: dlaczego wyglądają właśnie w ten sposób, czy nie ocierają się o pełną przemocy pornografię? Czy producentom nie chodzi tylko o przyciągnięcie przed telewizory szerszej widowni, osiągnięcie większych zysków? Czy serial nie utrwala w związku z tym przedmiotowego podejścia do kobiet? Nie bagatelizując tych kwestii, warto jednak zwrócić uwagę na inny aspekt serialowej rzeczywistości. W mało którym serialu, filmie czy książce opowiadających o polityce i walce dobra ze złem, zwłaszcza osadzonych w realiach fantasy, postacie kobiece są tak samo ważne jak męskie.

Dziewięciu piechurów i trzech czarodziei

Przypomnijmy sobie „Władcę Pierścieni”. Wolne ludy Śródziemia zjednoczone przeciwko Sauronowi. Przedstawiciele różnych ras: hobbici, krasnoludy, elfy, ludzie, czarodziej. Sami mężczyźni. W najbardziej klasycznej sadze fantasy kobiety odgrywają zdecydowanie poboczną rolę. Choć jedna z bohaterek, Eowina, buntuje się przeciw społecznym normom, chwyta za broń i w ostateczności okazuje się jednym z największych bohaterów bitwy pod Minas Tirith, jej niezaprzeczalne zasługi nie równoważą dokonań męskich bohaterów „Władcy Pierścieni”. Najważniejsze role w walce z Sauronem mogły zostać powierzone słabym fizycznie, sięgającym ludziom do pasa, dobrodusznym, nieznającym się na polityce Śródziemia hobbitom, ale nie kobietom. Może walka ze złem po prostu nie jest dla dziewczyn?

J.K. Rowling na pewno by się z tym nie zgodziła. Powołany przez nią do życia Hogwart jest szkołą koedukacyjną. Dziewczyny na równi z chłopcami poznają tajniki magii i grają w quidditcha, część z nich zostaje potem tropiącymi czarnoksiężników aurorkami, wiele należy do Zakonu Feniksa. Wydawać by się mogło, że napisana około pięćdziesiąt lat po „Władcy Pierścieni” saga o małym czarodzieju nie musi mierzyć się z zarzutami o nierówne traktowanie płci.

Trudno jednak nie zauważyć, że najważniejszy dla tej historii konflikt rozstrzyga się między trzema mężczyznami – Harrym Potterem, Lordem Voldemortem i Albusem Dumbledore’em. Oczywiście, w najbliższym otoczeniu każdego z nich znajdują się kobiety: najwierniejsza wyznawczyni Czarnego Pana, Bellatriks Lestrange, najlepsza przyjaciółka Harrego, Hermiona, i prawa ręka dyrektora Hogwartu, profesor McGonagall; w dalszych szeregach stoją chociażby Luna Lovegood, Nimfadora Tonks czy Narcyza Malfoy. Kobiety mogą więc wpływać na losy świata – ale tylko do pewnego punktu. Decydującą walkę muszą najwyraźniej stoczyć mężczyźni.

Matki, żony i królowe

Moment, w którym zaczynamy śledzić historię walki o Żelazny Tron, nie zapowiada, żeby w Westeros miało być inaczej. Osadzone w średniowiecznych realiach społeczeństwo Siedmiu Królestw zbudowane jest na zasadzie męskiej dominacji. Jak świat długi i szeroki władzę polityczną, przynajmniej nominalnie, sprawują mężczyźni. Dla nich zarezerwowane są wszystkie najważniejsze funkcje społeczne. Pokój i bezpieczeństwo zależy od rycerzy. Septonowie nauczają zasad obowiązującej wiary. Maesterowie pomagają sprawować rządy. Bracia z Nocnej Straży chronią Królestwo przed wrogami z północy. Jak w rozmowie z córką stwierdza Eddard Stark: dla kobiet zarezerwowana jest rola żon i matek przyszłych rycerzy, lordów i książąt.

Dewiza rodu Tullych, z którego pochodzi Catelyn Stark, brzmi: rodzina, obowiązek, honor. Po pierwszym odcinku serialu wydaje się, że życie młodo wydanej za namiestnika północy Catelyn koncentruje się na dbaniu o ciepło domowego ogniska. Wyjazd męża zmuszą ją jednak do przejęcia inicjatywy w swoje ręce. Kobieta bez wahania decyduje się uwięzić podejrzanego o zamach na życie jej syna Tyriona Lannistera, czym rozpoczyna wojnę między dwoma potężnymi rodami. Siostra Tyriona, królowa Cersei, nie pozostaje jej dłużna. Po śmierci męża, króla Roberta, odważnie wchodzi w konflikt o władzę w stolicy z mężem Catelyn, Eddardem Starkiem.

Motywacje Catelyn i Cersei nie są identyczne. Pierwsza, zarówno gdy decyduje się uwięzić Tyriona, jak i gdy uwalnia Jaimiego Lannistera, chce przede wszystkim chronić swoje dzieci. Teoretycznie pozostaje więc w roli troskliwej matki. Z drugiej strony jej działania wywołują dalekosiężne konsekwencje. Catelyn staje się głównym decydentem wielkiej polityki, zastępując w tej roli męża, a później syna. Cersei również stara się zapewnić pozycję i bezpieczeństwo swojemu potomstwu, jej plany sięgają jednak znacznie dalej. Przez kolejne sezony konsekwentnie i bezwzględnie buduje swoją pozycję polityczną, by wreszcie sama założyć na głowę koronę i przynajmniej na chwilę zasiąść na Żelaznym Tronie.

Przykłady Cersei i Catelyn nie są odosobnione. Prawdziwą przywódczynią kolejnego z wielkich rodów jest przecież Lady Olenna Tyrell. Jej syn jest głową rodziny tylko z nazwy; to Olenna w pełni samodzielnie podejmuje kluczowe decyzje, łącznie z zamachem na życie króla Joffreya.

Najważniejszą doradczynią kolejnego pretendenta do tronu, Stannisa Baratheona, jest kapłanka czerwonego Boga, Melisandre. Choć trudno nazwać Stannisa malowanym przywódcą, zdecydowana większość jego działań wynika z jej inicjatywy. Czerwonej kapłance udaje się przekonać Stannisa, że jest on mającym uratować świat boskim wybrańcem. Dlatego to nie nawiązane sojusze czy siła wojska, ale właśnie obecność znającej podobno boskie plany Melisandre ma przynieść Stannisowi zwycięstwo. Lord Smoczej Skały staje się przez to zakładnikiem woli swojego boga, a tym samym jego kapłanki (jako jedynej osoby mogącej się z nim komunikować). W związku z tym Melisandre jest w stanie przekonać Stannisa do zabicia dotychczasowych zwolenników niechcących wyznawać nowej wiary, uśmiercenia jego własnego brata, a w końcu spalenia jedynego dziecka.

Postać Melisandre stanowi przykład znanych chociażby z poezji młodopolskiej męskich wyobrażeń o uwodzicielskiej i zdradzieckiej kobiecie-modliszce. Po sześciu sezonach serialu trudno jednoznacznie stwierdzić, czy kapłanka faktycznie wykonuje polecenia siły nadprzyrodzonej, czy bezwzględnie realizuje własną strategię polityczną.

Wreszcie Daenerys Targaryen – poznajemy ją w chwili, gdy staje się przedmiotem transakcji między jej bratem a przyszłym mężem. Jednak już w ciągu kilku pierwszych odcinków serialu zarówno widzowie, jak i sama Daenerys nabierają przekonania, że jeśli któryś z Targaryenów ma odzyskać władzę nad Westeros, będzie to właśnie ona, a nie jej starszy brat. Samodzielną polityczną karierę Daenerys rozpoczyna z garstką kobiet, starców i dzieci oraz trójką maleńkich smoków. Jej celem, oprócz zdobycia ziem, którymi rządzili jej przodkowie, staje się zmiana zasad społecznych rządzących otaczającym ją światem, przede wszystkim zniesienie niewolnictwa. Jak wiele przemocy można i należy użyć, aby zmienić niesprawiedliwe reguły zastanego świata i nie zostać przy tym krwawym tyranem? Z każdym kolejnym sezonem Daenerys musi zadawać sobie coraz więcej pytań, przed którymi staje każdy rewolucjonista i każda rewolucjonistka.

Dla rycerza najważniejszy jest honor

Najbardziej niezgodną z normami społecznymi Westeros rolę wybiera Brienne z Tarthu. Chce stać się rycerzem. Wyszydzana na każdym kroku, pokazuje otaczającym ją mężczyznom, że lepiej od nich spełnia wybraną przez siebie służbę. Wygrywa turnieje i pojedynki, ale przede wszystkim wśród morza zdrad, gwałtów i napadów rabunkowych zachowuje honor i pozostaje wierna przysiędze.

To właśnie spotkanie z nią zmienia Jaimiego Lannistera. Wygląd księcia z bajki ze „Shreka”, urodzenie w najpotężniejszym rodzie królestwa, wychowanie na dworze wśród najlepszych nauczycieli rycerskiego fachu nie sprawiły, że Jaime poważnie potraktował służbę w roli członka gwardii królewskiej, będącej rycerskim wzorcem z Sevres. Dopiero spotkanie z Brienne – połączone z utratą ręki – uświadomiło mu, że złoty uśmiech, urodzenie, mistrzostwo w walce (które zresztą znamy bardziej z przechwałek i doniesień niż z praktyki) to nie wszystko.

Najlepszym przykładem gry z tradycją, którą podejmują twórcy „Gry o tron”, jest przysięga lenna, którą Brienne składa Catelyn Stark. Obie wchodzą w tym momencie w role dotychczas zarezerwowane dla mężczyzn. Dla Brienne przysięga ta staje się najważniejszymi słowami wypowiedzianymi przez nią w życiu. Ta, której służby nikt wcześniej nie traktował poważnie, może wreszcie przestać oglądać się na wyszydzający ją świat. Ma jasny cel: zapewnienie bezpieczeństwa córkom Catelyn. Nic (nawet śmierć tej, której przysięgała) nie może jej zwolnić ze złożonego przyrzeczenia. W pełnym rycerzy świecie „Gry o tron” nie ma wierniej wypełnianej obietnicy niż ta, którą kobieta złożyła kobiecie w ochronie innych kobiet.

Szukając innych lenników, których wierność nie zależy jedynie od aktualnego rachunku zysków i strat, natrafiamy na Lyanne Mormont. Kolejna z bohaterek jako jedyna z lordów północy bez wahania staje wiernie u boku Jona i Sansy. Jej cechy charakteru i podejmowane przez nią decyzje sprawiają, że jej wiek (jest najmłodszą z chorążych Starków) i płeć przestają mieć znaczenie dla krnąbrnych lordów północy. Głos Lyanne potrafi być decydujący w czasie politycznych narad.

Spojrzenie z lotu ptaka na mapę Westeros na koniec szóstego sezonu unaocznia zmianę, jaka dokonała się w Siedmiu Królestwach. Wszędzie rządzą kobiety: w Dorne, Królewskiej Przystani, za Wąskim Morzem. Gdyby nie wykrzyczane przez lordów Północy słowa „King in the North” (zainicjowane zresztą przez Lyanne Mormont), bylibyśmy prawie pewni, że to któraś z bohaterek zasiądzie w końcu na Żelaznym Tronie.

Czy władza powinna należeć do kobiet?

Jaką wiadomość przekazują nam twórcy „Gry o tron”? Czy chodzi o to, że kobiety są dobre, a mężczyźni źli? Że tylko one potrafią być rycerzami (rycerkami) i władczyniami? Nie w tym rzecz. Politykę w „Grze o tron” potrafią prowadzić przecież również mężczyźni, chociażby Varys, Littlefinger czy Tyrion. Honor znaczy wiele nie tylko dla Brienne czy Lyanny, ale też dla Jona, Neda czy Barristana Selmy’ego.

Osadzona w średniowiecznych realiach męskiej dominacji „Gra o tron” pełna jest seksu, brutalności i przemocy. Tym bardziej zaskakujące jest to, że postacie kobiece serialu pełnią w serialu pełnoprawną rolę. Ich działania powodowane są skomplikowanymi motywacjami. Jedne bohaterki chcą bronić bezpieczeństwa swojej rodziny, inne mają nadzieję zmienić świat, kolejne po prostu chcą zdobyć władzę. Potrafią być brutalne, dobre, ale przede wszystkim sprawcze i skuteczne. Jedne akceptują zastane reguły gry, inne buntują się przeciw nim. Kto jest głównym bohaterem „Gry o tron”? Daenerys czy Jon Snow? Aria, Bran czy Sansa? Jaime, Tyrion czy Cersei? Nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na te pytania. „Gra o tron” pokazuje, że konflikt polityczny i świat fantasy nie muszą być zarezerwowane tylko dla mężczyzn.

Wydaje się, że z „Gry o tron” płynie jednak jeszcze inne przesłanie. Większość z bohaterów, którzy budzą naszą sympatię, jest w serialowym świecie dyskryminowana. Karzeł, bękart, kobieta, która nie chce zostać damą, młodsza siostra przyszłego króla. Tyrion, Jon, Arya i Daenerys buntują się przeciw rolom, które chce przypisać im świat Westeros. Czy wyobrażamy sobie zakończone sukcesem negocjacje między Theonem Greyjoyem (z początkowych sezonów) a Viserysem Targaryenem? Zapewne by się nie porozumieli, a na pewno nie rozmawialiby o lepszym świecie, bez gwałtów i rabunków, który stworzą po wojnie. Do zgody udało się za to dojść ich siostrom; obie zgodziły się, że muszą zmienić świat na lepszy niż ten, który zostawili po sobie ich ojcowie. Czy Daenerys i Yarze udało się porozumieć dlatego, że jako kobiety są biologicznie predestynowane do pełnienia władzy? Chodzi raczej o to, że nikt nie podał im korony na tacy. Zarówno one, jak i Tyrion czy Jon rozumieją, co oznacza być dyskryminowanym, jak trudno jest funkcjonować w świecie męskiej dominacji, w której społeczną rolę określa płeć, pochodzenie i wygląd. Może również u pozaserialowych polityków wrażliwości na te właśnie kwestie powinniśmy szukać przede wszystkim?

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.