dwutygodnik internetowy
17.10.2016
magazyn papierowy


Człowiek – persona non grata. „Ja, Daniel Blake” Kena Loacha

Ken Loach wykorzystuje w swoim filmie autentyczne lokalizacje i garściami sięga po wartości oferowane przez lokalną społeczność.

img_9655-1

materiały prasowe

Zdobywca tegorocznej Złotej Palmy z Cannes pozostaje sobą. Jego serce wciąż bije po lewej stronie politycznej barykady. Siła premierowego filmu Kena Loacha tkwi jednak nie w deklarowaniu ideologicznej przynależności przez twórcę, lecz w pełnym empatii skupieniu na człowieku – w swojej krzywdzie starającym się zachować godność, a przy tym wcale niepozbawionym wad. Już scena otwierająca film „Ja, Daniel Blake” sprawia, że światopoglądowe różnice idą w odstawkę, a przed oczami widza maluje się humanizm najwyższej filmowej próby.

Piętnasta ekranizacja scenariusza Paula Laverty’ego przez Loacha perfekcyjnie wpisuje się w dotychczasowy dorobek brytyjskiego reżysera – socjalisty stającego po stronie jednostki, nawołującego do przestrzegania jej podstawowych praw, dla którego sztuka filmowa jest tubą do wykrzyczenia niezgody na zastany porządek. Przeniesione na ekran nagłówki z pierwszych stron gazet traktują o regionie szczególnie dotkniętym bezrobociem – Newcastle – i o trudnej sytuacji (nie tylko) tamtejszego proletariatu. W losach tytułowego stolarza i wdowca, który po zawale stara się o zasiłek, lecz sukcesywnie miażdżony jest przez tryby biurokracji, odbijają się dramaty wszystkich, którym raz powinęła się noga – a za nogą poszła cała reszta. Brytyjskie państwo, ten pozbawiony wrażliwości moloch, pożera własne dzieci. Zamiast pomóc krzywdzonym obywatelom, złośliwie ich ignoruje.

Problemy zdrowotne Daniela Blake’a otwierają ujętą jak w soczewce litanię absurdów na linii pechowa jednostka-opresyjny system. Rzekomo pomocne procedury prawne wzajemnie się zapętlają. Służby socjalne ograniczane są przez biurokrację. Ich nieraz gardzący klientami niekompetentni pracownicy zasłaniają się formalnym językiem – tak pozbawionym emocji i nieczułym na bieżące roszczenia krzywdzonych podatników. Administracja ignoruje zalecenia lekarzy. Wszystkie te spotykające Daniela nonsensy stają na drodze do lepszego jutra, budząc skojarzenia z systemem iście kafkowskim. Groza rzeczywistości polega jednak na tym, że nikt nie musi jej wymyślać.

Loach doskonale rozumie ten horror. Od ponad czterdziestu lat uprawia przecież interwencyjne kino obserwacji. Jego skupionej na współczesności kamerze najdalej do jakiejkolwiek estetyzacji, zaś filmowej opowieści – do gatunkowej stylizacji. Posługujący się dialektem aktorzy lapidarnie mruczą tu pod nosem, z upodobaniem korzystając z rozmaitych kolokwializmów. Reżyser wykorzystuje autentyczne lokalizacje i garściami sięga po wartości oferowane przez lokalną społeczność. Stylistyczną ascezą jeszcze bardziej wzmaga paradokumentalny efekt chwytanej na gorąco rzeczywistości. Zamiast emanować osobowością artysty na pierwszym miejscu stawia swoich niepozbawionych wad bohaterów – drobnych cwaniaczków, krnąbrnych buntowników, uległych biedaków, ludzi na różne sposoby stawiających opór pechowemu losowi.

Przekonania Loacha wypływają ze zrozumienia i czułości okazywanych ludziom. To dzięki temu nie krąży wokół ideologicznych abstrakcji, lecz mocno stąpa po ziemi. Nawet jeśli zdarza mu się sięgać po patos, to sarkastyczny, błazeński, lecz czuły – iście chaplinowski! – humor natychmiast wyzwala z wszelkich podejrzeń pretensjonalności. Wywoływany co chwilę śmiech jest tu pełen autentycznego wzruszenia, a jednostkowa rebelia w wydaniu wołającego o własne prawa Blake’a odbywa się na pokojowym gruncie. Uwodzący prostotą „Ja, Daniel Blake” potrafi w najmniej spodziewanych momentach trafić widza w samo serce. Jak wtedy, gdy tytułowy bohater bierze w obronę głodującą kobietę z dziećmi. Wówczas z ekranu bije międzyludzka solidarność zepchniętych na margines pechowców. To właśnie ona jest naczelną dewizą Loacha. Współczucie i empatia, wartości na wskroś chrześcijańskie, doceniane są tu w kategoriach wyłącznie ludzkich. Pominięcie wymiaru religijnego czy metafizycznego pozwala podkreślić ich czystą bezinteresowność. Być może na tym polega największa moralna wartość filmu. Ken Loach przypomina, że wszyscy mamy tę samą godność; wszyscy zasługujemy, by tę godność zachować. Warto również o tę godność walczyć. Albo chociaż próbować.

***

http://kinomanhipomaniakalny.blogspot.com/