dwutygodnik internetowy
13.03.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Czerwona pigułka? Nie, po prostu manipulacje!

Czy lewica faktycznie zamyka się tylko w „bezpiecznych przestrzeniach”, a polityczna poprawność jest ciężarem, który doprowadzi jedynie do jej dezintegracji? Krytyczne spojrzenie na argumenty Karola Jaroszewskiego.

ilust.: Zuzia Wicha

ilustr.: Zuzia Wicha

W 191. wydaniu naszego internetowego dwutygodnika opublikowaliśmy tekst Karola Jaroszewskiego „Czerwona pigułka politycznej niepoprawności”, który spotkał się z wieloma krytycznymi komentarzami. Przed Państwem jeden z nich – polemika nadesłana przez Macieja Rutkowskiego. 

***

Debata tocząca się wokół ruchu alt-right wywołuje wiele emocji i, podobnie jak sam ten ruch, nie jest wolna od uproszczeń i manipulacji. Te nietrudno było dostrzec w tekście Karola Jaroszewskiego, będącego odpowiedzią na próbę przedstawienia zjawiska alternatywnej prawicy przez Marię Rościszewską. Unikając dalszego wstępu, trzeba przejść do szeregu argumentów i ich egzemplifikacji przedstawionych w Czerwonej pigułce politycznej niepoprawności.

Przykładem działań histerycznej i irracjonalnej lewicy ma być „delegalizowanie memów”: autor wspomina o żabie Pepe, internetowym memie, z którego alternatywna prawica uczyniła swoją maskotkę i element komunikacji zarazem. Anti-Defamation League rzeczywiście zaliczyła ją do symboli nienawiści, podkreślając zarazem, że „ponieważ tak wiele memów z żabą Pepe nie jest bigoteryjnych z natury, ważne jest, by przyglądać się użyciu mema wyłącznie w danym kontekście”. Jakby tego było mało, ADL wsparła twórcę mema w akcji #savePepe, mającej na celu odebranie słynnej żaby rasistom. Gdzie w tym wszystkim dążenie do delegalizacji samego mema?

Jaroszewski krytykuje politykę no platform”, czyli działania mające na celu powstrzymanie osób o rasistowskich, seksistowskich czy homofobicznych poglądach od ich głoszenia w miejscach publicznych. Trudno mówić tu, zwłaszcza w kontekście Yiannopoulosa, o „niedopuszczaniu do głosu osób o odmiennych poglądach”, jak gdyby wyrazem zwyczajnie odmiennego poglądu miałoby być dręczenie osób transpłciowych czy upublicznianie danych i wyświetlanie zdjęć imigranckich studentów.

Protesty wobec tego rodzaju wystąpień mogą się wydawać egzotyczne u nas, gdzie zakłóca się nie nacjonalistyczne, antysemickie czy homofobiczne wykłady, a raczej odwrotnie. W końcu to w trakcie wykładu profesor Magdaleny Środy wyrwano drzwi na Uniwersytecie Warszawskim, to profesor Bauman usłyszał we Wrocławiu, że ma „wypierdalać”. To u nas blokuje się spektakle, koncerty „niepoprawnych” zespołów (na przykład Behemotha), to tutaj dąży się do wycofania książek o „wywrotowym” charakterze – niezgodnym z konserwatywną wizją świata – a ludzie otwarcie powołujący się na pseudonaukę często goszczą w telewizyjnym studiu. Polityczna poprawność, na którą stale w Polsce narzekamy, albo jeszcze się u nas nie pojawiła, albo ma charakter katolicko-tradycjonalistyczny. To, co wykluczone w naszej debacie publicznej, to przecież nie homofobia, transfobia, czy rasizm, a raczej krytyczne wobec tej narodowo-katolickiej opowieści o historii Polski. Wystarczy wspomnieć dyskusję toczącą się wobec zbrodni w Jedwabnem, lecz przecież przykładów jest wiele więcej.

Jaroszewski, starając się udowodnić korelację między cenzorską postawą dzisiejszej lewicy, powinien zadać pytanie: co z rodzimą cenzorską prawicą? Czy safe space i dobre samopoczucie prawicowców nie wykroczyły już jakiś czas temu poza uniwersytety? A skoro tak, to może jednak powodem słabnięcia amerykańskiej lewicy, którą w artykule przedstawiają i liberałowie, i MTV, nie są pojedyncze blokady, a coś głębszego? To kolejny problem, jaki wywołuje ilość uogólnień w tekście Jaroszewskiego. Jeśli mówimy o lewicy jako ruchu mniej lub bardziej antykapitalistycznym, wydaje się, że obudził się on w takiej formie po ostatnich wyborach, a młodzi ludzie coraz przychylniej patrzą na socjalizm i komunizm. I to właśnie młodzi ludzie, negujący politykę Demokratów, organizują te blokady. Anarchiści, marksiści, radykalni lewicowcy.

Autor poddaje w wątpliwość „teorię” kultury gwałtu („według tej teorii jedna na pięć studentek na amerykańskich kampusach pada ofiarą gwałtu”), co uzasadnia statystykami Federalnego Biura Śledczego, które z tą „teorią” się nie pokrywają. Problem w tym, że większość gwałtów nie jest nigdzie zgłaszana. To, co ma być argumentem na bezzasadność twierdzeń feministek, jest w zasadzie jedynie potwierdzeniem istnienia kultury gwałtu. Dysproporcja między udokumentowanymi gwałtami a realną ich liczbą dowodzi jedynie, że jest sporo do zrobienia w zakresie walki z przemocą seksualną i poczuciem bezpieczeństwa wśród ofiar.

Następnie Jaroszewski wymienia rzekomo lewicowych twórców „zwracających się przeciwko poprawności politycznej i «bojownikom o sprawiedliwość społeczną»”. Problem w tym, że część wymienionych przez niego YouTuberów określa się mianem klasycznych liberałów. Rzeczywiście, ruch alt-left – mający być środowiskiem lewicy niedbającej o kwestie tożsamościowe – powoli kiełkuje, jednak jest on na tyle marginalny, że trudno przytoczyć jakichkolwiek jego przedstawicieli. Autor powołuje się więc na vlogerów, którzy nawet deklaratywnie z lewicą mają niewiele wspólnego.

I tak, przykładem zdroworozsądkowego podejścia jest homofobia Dave’a Rubina, którego tezy ma uwiarygodnić jego własny homoseksualizm (tu już autorowi posługiwanie się identyfikacją jako argumentem w dyskusji nie przeszkadza), pomimo którego „jest przeciwnikiem ingerowania państwa w sferę obyczajową, odnosząc się do decyzji Sądu Najwyższego w Stanach Zjednoczonych wprowadzającej małżeństwa homoseksualne we wszystkich stanach”. Rozumiem, że sankcjonowanie małżeństw heteroseksualnych już nie jest ingerowaniem państwa w sferę obyczajową?

Na końcu dowiadujemy się, że „Trump, poprzez wymuszenie na firmie Carrier pozostawienia na terenie Stanów Zjednoczonych fabryki klimatyzatorów, która miała zostać przeniesiona do Meksyku, uratował tysiąc osób przed utratą pracy” – co również nie jest prawdą. Jak podaje bowiem The Washington Post: „do wymienionych 1,100 stanowisk pracy Trump zalicza 300 stanowisk, które nigdy nie miały znaleźć się w Meksyku”.

Nie jest zatem tak, że prawica tak dobrze sobie ostatnio radzi przez rozhisteryzowanie przewrażliwionej lewicy. Może po prostu jest bardziej odporna na fakty, dzięki czemu łatwiej jest jej budować prosty w odbiorze przekaz? Nie można zapomnieć o bardzo prostej przewadze alt-rightu, jaką są stojące za nią, a więc i za botami szerzącymi fałszywe wiadomości, miliony dolarów.

 

  • ppp

    Płacz i zgrzytanie zębów to najlepszy dowód na to, że tacy ludzie jak autor żyli w kompletnym oderwaniu od rzeczywistości. Co więcej, tym razem nie będzie pokoju, ale wojna totalna i tego się strasznie obawiacie. Cóż, macie czego chcieliście…

    • http://cognitiveambivalence.tumblr.com julx

      ja jestem na wojnę gotowa, a ty?

      • ppp

        Ta wojna już trwa…

  • oldtimer1950

    Właśnie życie sfalsyfikowało (po raz kolejny) tezy autora powyższego artykułu – władze UJ i UW uniemożliwiły spotkania z przybyłą do Polski Rebeccą Kisling, działaczką pro-life. Bronicie przegranej sprawy, usiłujecie zaklinać rzeczywistość.

  • Karol J.

    Dziękuję za Pańską polemikę.
    Chciałbym teraz w kilku punktach odnieść się do zawartych w niej
    argumentów:

  • Karol J.

    Delegalizacja bigoteryjnych memów:
    Po pierwsze sama walka ADL z memami internetowymi zwiększyła ich popularność – jest to przykład wojny asymetrycznej z nieuchwytnym przeciwnikiem jakim jest anonimowy troll internetowy. ADL twierdzi, że ważny jest kontekst, ale jak ustalić intencje każdej osoby, która takie memy rozsyła? Coś takiego jest niemożliwe z pozycji instytucji i będzie prowadziło do dalszej popularyzacji ksenofobicznym memów podczas prób ich ocenzurowania.

  • Karol J.

    Cenzura na uniwersytetach:
    Polityka “no-platforming” jest głupotą, bez względu na to kto ją uprawia. Nie dopuszczając do dyskusji zamykamy sobie drogę do porozumienia, zamykamy siebie w komorach akustycznych i nie potrafimy zmierzyć się z argumentami strony przeciwnej – bo ich nie znamy. Autor zwraca uwagę, że u nas dzieje się odwrotnie.
    2 pytania – czy ta taktyka faktycznie działa i czy stosowanie jej przez prawicę usprawiedliwia stosowanie jej przez lewicę?

  • Karol J.

    Zwiększające się poparcie dla socjalizmu i komunizmu: Przytoczył Pan źródło według którego sympatie komunistyczne wynikają z braku wiedzy historycznej. To powinno nas tym bardziej niepokoić, biorąc pod uwagę, że tacy ludzie obecnie wychodzą na ulicę w imię “sprawiedliwości społecznej”.

  • Karol J.

    “Kultura gwałtu”: Nie ma na kampusach uniwersyteckich czegoś takiego jak kultura gwałtu. Kultura sugeruje zjawisko rozszerzające się, obiektywnie ustalone i akceptowane. Gwałty i molestowanie nie spełniają tych kryteriów. Ten termin to nieprecyzyjny postmodernistyczny bełkot. Skoro większość gwałtów nie jest zgłaszana i nie znamy ich dokładnej liczby, to skąd się bierze magiczny wskaźnik “1 na 5”? Inne źródła, np. książka “Campus Rape Frenzy” podaje wskaźnik 1 na 40 lub 1 na 100 – i tak dużo, ale nie jak w krajach trzeciego świata.

  • Karol J.

    Dezintegracja: mamy teraz (mówimy o USA) partię demokratyczną, alt-left, środowiska an-com, lewicę progresywną (kompletnie niespójną), a ostatnio ruch Justice Democrats. Nic dodać, nic ująć.

  • Karol J.

    Homofobia Rubina: Ponieważ ośmiela się przekonywać do małżeństw homoseksualnych w debatach (np. z
    Denisem Pragerem) i nie popiera narzucania ich odgórnie (samemu będąc w takim związku)? Czy jest wobec tego gejem nieprawomyślnym? I w jaki sposób zastosowałem politykę tożsamościową, przytaczając
    opinię osoby zainteresowanej? Nie należę do mniejszości seksualnej (podobnie jak wielu rzeczników LGBT i innych krzykaczy-moralistów) i uważam, że to właśnie osoby zainteresowane powinny się wypowiadać we własnym imieniu.

  • Karol J.

    1000 miejsc pracy: Powiem więcej – teraz jest to 730. Co to zmienia? Nie chwalę Trumpa, ale zwracam uwagę, że wykonał konkretny (nawet jeśli symboliczny) ruch. I to zaprocentuje bardziej niż umoralniające kampanie na twitterze.

  • Karol J.

    Boty alt-right – alt-right jest ruchem wewnętrznie skłóconym i podzielonym, i służy obecnie jako straszak, rozdmuchiwany przez zdezorientowane rozmiarem swojej klęski środowiska lewicowe. Co się tyczy źródła, które Pan przytoczył – prawica mówi to samo o Sorosu. Czy my też mamy popadać w paranoję, niczym Alex Jones?