dwutygodnik internetowy
01.04.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Czasem zmiana narracji nie wystarczy i wtedy potrzeba zmiany radykalnej

Niechęć i dystans wielu Polaków do państwa wynikają z doświadczeń osobistych z instytucjami typu szkoła, urząd pracy, sąd rejonowy czy lokalna przychodnia. Nie trzeba do tego wspominać siedmiu okupacji i jedenastu zaborów, przeżycie ostatniego trzydziestolecia zupełnie wystarczy.

krytyka polityczna

Tekst Jarosława Kuisza – gęsty i nieco dygresyjny – sumuje tezy jego ostatniej książki „Koniec pokoleń podległości”. Esej dotyczy przede wszystkim problematycznego stosunku Polaków do własnego państwa w trzeciej dekadzie po odzyskaniu pełnej suwerenności. Zjawisko to ma się objawiać na kilku poziomach: w życiu codziennym skutkuje przede wszystkim dystansem i obojętnością przechodzącą w niechęć do instytucji publicznych i zasady dobra wspólnego. Z kolei w dyskursie i wyobrażeniach zbiorowych prowadzi do katastrofizmu w myśleniu (wieczna apokalipsa na horyzoncie), zero-jedynkowego („wszystko albo nic”) postrzegania bolączek i możliwości reform państwa, wreszcie silnej moralizacji konfliktu politycznego uniemożliwiającej racjonalną debatę na temat czekających nas wyzwań. Źródeł tych problemów Kuisz szuka przede wszystkim w długim trwaniu kodów „kultury podległości”, ukształtowanych pod koniec XVIII wieku i reprodukowanych przez kolejne pokolenia (a tak naprawdę – środowiska opiniotwórcze kolejnych pokoleń).

Po 1989 roku własne państwo przestało być tylko ideą. Dodajmy, że było, co prawda, realnością również w międzywojniu, ale kształtowane wyłącznie przez niepodległą II RP pokolenie nie zdążyło wówczas dorosnąć, a 1 września 1939 paradygmat romantyczno-konspiracyjno-podległościowy wrócił z całą mocą. Państwo stało się więc rzeczywiste po roku 1989, ale odziedziczone z przeszłości kody kulturowe nie pozwalają nam adekwatnie owej rzeczywistości nazwać, zdiagnozować ani się z nią zmierzyć.

Ersatzem nowej świadomości był „postkomunistyczny mit Zachodu”, definiujący nasze aspiracje integracyjne z UE i napędzający do działania, ale jego moc już się wyczerpała. W tej sytuacji hydra starego paradygmatu podniosła głowę i służy populistycznej prawicy, a liberałowie nie mają na nią odpowiedzi, jeśli nie liczyć liczmanów o Polsce jako symptomie zmierzchu demokracji / Zachodu / cywilizacji, itp. Jeśli więc nie znajdziemy nowej ramy interpretacyjnej i nowych kodów, nie damy rady zdiagnozować problemów i będzie słabo. Promyki nadziei to młode, nieskażone komuną pokolenie, ale także przykłady oddolnej działalności lokalnej obywateli, którzy z czasem zaczynają dbać nie tylko o to, co prywatne, ale i o to, co wokół prywatnego. Tyle Kuisz.

Opowiedzieć sobie państwo na nowo i odesłać nestorów polskiej klasy opiniotwórczej na mniej czy bardziej zasłużoną emeryturę to szlachetne i godne poparcia wyzwania. Tekst naczelnego „Kultury Liberalnej” to dobra zachęta, by wziąć się do roboty i nie tylko radować się, dopókiśmy młodzi, ale też popracować, zanim i nas starczy uwiąd dosięgnie. Zachęta, bo już diagnoza niekoniecznie – niech jej dekonstrukcja będzie zatem pierwszym akordem symfonii nowego pokolenia.

Folwark i dziedzictwo pańszczyzny

Po pierwsze, o tak zwanym długim trwaniu warto pamiętać, ale od apokaliptycznej wyobraźni rówieśników króla Stasia ważniejszym z zadawnionych źródeł Polaków problemów ze sobą, z elitami, ludem i państwem przede wszystkim jest kultura folwarku. Dziedzictwo pańszczyzny, w której karbowy goni kijem do pracy darmową siłę roboczą, a owa siła stara się go orżnąć i od pracy wymigać, jest nieźle rozpoznane w sferze stosunków pracy i relacji państwo-obywatel, pisał o tym na przykład prof. Janusz Hryniewicz. W wersji soft dostrzegamy to w protekcjonalnym stosunku wobec petentów, zwłaszcza z klas ludowych, świetnie znanym ze szkoły, urzędu pracy, sądu rejonowego czy lokalnej przychodni.

Osobiste doświadczenia tu i teraz

Po drugie, niechęć i dystans wielu Polaków do państwa częściej wynikają po prostu z doświadczeń osobistych z instytucjami wymienionymi akapit wyżej – nie trzeba do tego siedmiu okupacji i jedenastu zaborów, przeżycie ostatniego trzydziestolecia zupełnie wystarczy. Poczucie, że państwo potrzebne jest daleko, a uciążliwe blisko to dla wielu naszych rodaków efekt prostego zetknięcia z administracją. Na poziomie „nadbudowy” zaś – też przez ostatnie 30 lat – istotna część liberalnych elit budowała w opinii publicznej przekonanie, że państwo to zło niekonieczne i że czego nie dotknie, to spieprzy („najlepsza polityka przemysłowa to brak polityki” trawestował Gary’ego Beckera jeden z transformacyjnych ministrów).

Potrzeba nam narracji rewolucyjnej

Po trzecie, Kuisz ma oczywiście rację, że miotanie się między opcją „jest super, więc o co ci chodzi / Polacy nic się nie stało”, a opcją „podlać benzyną, podpalić, zaorać i zasiać na nowo” uniemożliwia racjonalną debatę i podsyca nastroje populistyczne. Kłopot w tym, że część patologii i część wyzwań naprawdę ma charakter systemowy i nie wszystko da się naprawić na drodze popperowskiej inżynierii cząstkowej wspartej lokalnym panelem obywatelskim. Co to oznacza w praktyce? Wokół pewnych spraw (polityka mieszkaniowa? zmiana miksu energetycznego? progresja podatkowa?) zastane interesy są tak silne, że wymagają stoczenia politycznej wojny, a do jej wygrania niezbędna może być narracja „rewolucyjna”, nawet jeśli praktyka polityczna zazwyczaj łączy dialektycznie ciągłość ze zmianą. Nie trzeba być „podległościowcem”, by jakiś wymiar życia zbiorowego krytykować en bloc i dążyć do jego całkowitej przebudowy.

Młodzi nie są tacy idealni

Po czwarte, młode pokolenie „nieskażone kulturą podległości” to dość problematyczny promyk nadziei. Otwarte granice połączone z komunikacją w bańkach społecznościowych i segregacją kulturowo-klasową sprzyjają nie tyle wyjściu z paradygmatu romantycznego, ile ignorowaniu państwa w ogóle. Mówiąc Hirschmanem, zamiast histerycznej krytyki właściwej dla pokoleń starszych, w młodszym dominuje na razie rozstanie, czyli obojętność – świadczy o tym z jednej strony absencja wyborcza, z drugiej zaś rozdźwięk między mobilizacją przeciw ingerencji państwa w sprawy prywatne i międzyludzkie (czarny protest, wolne sądy), a chęcią zaangażowania się w projekty „całościowe”. Ci młodzi z kolei, którzy państwo (nie przypadkiem zazwyczaj to podziemne) mają na sztandarze i t-shircie, czynią to w paradygmacie podległości do kwadratu.

Lokalność jako ucieczka przed państwem

Po piąte, Kuisz widzi kolejne światełko w tunelu w zachowaniach na poziomie lokalnym. I tu w zasadzie zgoda, tylko nie wiedzieć czemu kojarzy dbałość o otoczenie z własnością prywatną (kupiliśmy mieszkania, a teraz dbamy o klatkę schodową). Tymczasem to myślenie oddolne o dobru wspólnym faktycznie widać coraz częściej, ale raczej dlatego, że w bezpośrednim sąsiedztwie (samorząd!) od razu niemal dostrzegamy efekty naszych działań bądź zaniechań zbiorowych. To wszystko w połączeniu ze wzrostem aspiracji (jakość życia, a nie tylko ilość posiadanych na własność czynników statusu) zachęca nas do pracy na rzecz dobra wspólnego. Ale raczej nie na strzeżonym korpo-osiedlu. Jeśli chcemy tę lokalną energię upowszechnić, przydałyby się raczej mieszkania na wynajem w stylu wiedeńskim.

Tak czy inaczej, w lokalności nadzieja, pod warunkiem, że państwo będzie tę oddolną energię stymulować, doda bodźce do współpracy osiedli, gmin i powiatów zamiast zmuszać je do konkurencji o ograniczone zasoby.

Witajcie na półperyferiach

Po szóste wreszcie, Kuisz ma rację, że nie można sprowadzać wszystkich naszych problemów do emanacji schyłków, zmierzchów i innych kryzysów całego świata (to taka zaściankowość à rebours), ale bez diagnozy sytuacji półperyferyjnej Polski i naszej relacji do centrum, nie zdołamy rozpoznać własnego pola manewru. A to jeden z warunków wstępnych, abyśmy w debacie o Polsce przestali się miotać między dryfem i mocarstwową butą.

***

Artykuł powstał w ramach projektu „Spięcie” . 

Inicjatywa wspierana jest przez Fundusz Obywatelski zarządzany przez Fundację dla Polski.

fundusz

***

Uwaga, nowy podział pokoleniowy!

Nie łączy nas nic poza niepodległością

Potrzeba republikańskiego minimum

Liberałowie, zbuntujcie się wreszcie!