dwutygodnik internetowy
25.11.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Czas zaangażowanych minął? O Ryszardzie Kapuścińskim

Ciekawe, że Kapuściński, prawdziwy homo viator, wskazuje właśnie na owo zakorzenienie w relacjach jako fundament dla skutecznego uprawiania swej profesji.


W ostatnim sezonie ukazały się dwie kolejne książki poświęcone Ryszardowi Kapuścińskiemu, utrzymane w podobnym duchu „To nie jest zawód dla cyników”, oraz „Autoportret reportera”. Klamrą łączącą jest to, że obydwie nie są osadzone w określonym miejscu i czasie, ale stanowią zbiór refleksji, przemyśleń, relacji autora „Cesarza” na temat podejścia do własnego zawodu a raczej powołania i zmieniających się globalnych warunków jego uprawiania. Myślę, że lekturę obu pozycji warto polecić zarówno dla miłośnikom książek mistrza reportażu, jak i osobom, które zajmują się dziennikarstwem, nie tylko w charakterze reporterów z dalekiego świata.
 
Cisza zamiast burzy
 
Szkoda, że szeroko dostępna i nieźle wyeksponowana w rozlicznych księgarniach, Trafficach, i Empikach książka “To nie jest zawód dla cyników” nie stała się asumptem do debaty na tytułowy temat i budzi relatywnie niewielkie poruszenie w dyskusjach publicznych. Dzieje się tak, mimo że w polskich realiach coraz większa liczba osób, wbrew spadkowi czytelnictwa tradycyjnej prasy, spotyka się ze światem mediów i go współtworzy, choćby poprzez dziennikarstwo obywatelskie, publicystyczne blogi czy rozbudowane dyskusje pod artykułami na opiniotwóczych portalach. Skromny feedback wobec wspominanej książki kontrastuje z temperaturą dyskusji jaka rozpętała się przed paroma laty wokół książki „Kapuściński. Non fiction” Artura Domosławskiego. Rozgorzały wówczas spór był momentami interesujący, momentami jednak tawał się tendencyjny ( spośród wszystkich głosów w tejże debacie wyróżniłbym artykuł Michała Sutowskiego „Ryśka nie da się już upupić).
 
Wbrew zamysłowi autora biografii, zamiast refleksji nad skomplikowaniem drogi życiowej w pełnych pułapek historycznych warunkach, redukowano wkład książki do ukazania intymnych szczegółów życia, rozmijania się z prawdą, kontrowersyjnych wyborów politycznych. Czy nie jest symptomatyczne, że rozgrzewają nas chwile cudzej słabości, a dość obojętnie przychodzimy wobec tego, co prowokuje nas do większej pracy nad własnym warsztatem? Że nie komentujemy tego, co wyznacza pewne standardy pisania w sposób zaangażowany, a jednocześnie niejednostronny, z gotowością przekroczenia własnych wyobrażeń w kierunku wejścia w doświadczenie tych, których się opisuje? A takie przesłanie zdaje się płynąć z pism Kapuścińskiego.
 

Nie dla cyników
 
Tytuł książki może wydać się przewrotny i prowokacyjny. Przecież przyjęło się sądzić, że to właśnie cynizm pozwala utrzymać się na powierzchni świata mediów. Autor wyjaśnia „Nie możemy być cynikami, bo sfera naszej pracy to przestrzeń, którą budujemy wspólnie z innymi. To tam rozstrzyga się wszystko. Ludzie obserwują nas i nieustannie oceniają, potrafiąc bezbłędnie odróżnić dziennikarza pytającego o problemy naprawdę go interesujące od takiego, którego celem jest wydobyć kilka informacji, z których mógłby zbudować swoja historię, i czym prędzej wziąć nogi za pas. Bez empatii, owej zdolności pozwalającej poczuć się błyskawicznie, jakbyśmy należeli do rodziny, nie można dzielić bólu, udręki, cierpienia i radości ludzi.” W innej rozmowie daje jeszcze uzasadnienie dla przekonania, że cynizm nie służy dziennikarstwu. „Jak wiecie każdego roku ponad setka dziennikarzy pada ofiarą zamachów, a kolejne setki trafiają do więzienia lub są torturowane. W różnych częściach świata dziennikarstwo jest zawodem niezmiernie niebezpiecznym. Kto decyduje się na taką pracę i jest gotowy w pełni jej się poświęcić, akceptując ryzyko i cierpienie, nie może być cynikiem”. ( Pisanie, s 84). Wydaje się, że ten drugi argument, choć w kontekście doświadczeń autora przekonujący, odnosi się do danego typu dziennikarstwa reportażowego, uprawianego gdzieś w ogniskach zapalnych świata. Nie każde dziennikarstwo, także to wysokiej jakości, musi się jednak wiązać z narażeniem życia, zdrowia czy choćby społecznej pozycji. Bardziej uniwersalna wydaje się pierwsza z myśli, mówiąca o zależności dziennikarza od innych, o zdobywaniu ich zaufania, a także okazywaaniu empatii wobec ich przeżyć.
 

Doświadczyć by zaświadczyć.
 
Ciekawe, że Kapuściński, prawdziwy homo viator, wskazuje właśnie na owo zakorzenienie w relacjach jako fundament dla skutecznego uprawiania swej profesji. Dla poruszającego się po punktach zapalnych powojennego pejzażu politycznego, najważniejszą bronią jest właśnie pozyskiwanie zaufania i życzliwość. Ciekawe jest również wyznanie pokory autora, który zauważał, że dziennikarz zawsze wchodzi w temat jak w nieznane, będąc niczym dziecko we mgle, któremu może pomóc dopiero życzliwa ręka kogoś, kto zechce go oprowadzić po otaczającej rzeczywistości i odsłonić mu jej zakamarki. Czy jego ręka się znajdzie i nie cofnie? To w dużej mierze zależy od tego, czy się zaskarbi jego zaufanie i życzliwość. Jak pisze Kapuściński, kluczowa w pracy dziennikarza jest właśnie przyjaźń. Trudno jednak pozyskać ją od razu, nawet gdy ma się pozytywny i uczciwy stosunek do osób i grup, które się poznaje. Dlatego zapewne podkreśla też wagę życia wśród tych ludzi, dzielenia z nimi doświadczeń, tworzenia więzi w codziennych sytuacjach i wspólnego dokonywania wyborów.
 
Przyznam, że gdy czytałem te fragmenty, przychodziły mi do głowy myśli i emocje z własnego, znacznie uboższego, dziennikarsko-społecznego doświadczenia. Pozwolę sobie tu na osobistą dygresję, by pokazać uniwersalność refleksji i dylematów jakimi dzieli się z nami Kapu ( jak zwali go przyjaciele i fani latynoamerykańscy).Sprawa, podobnie jak u niego, dotyczy ubogich w walczących o własną godność. Myślę tu o działaniach ruchu rodzin osób niepełnosprawnych, doświadczających niezawinionego ubóstwa i wykluczenia, oraz próbujących walczyć o swoje prawa. Choć wcześniej jako badacz przeczytałem to i owo, a w ramach pracy eksperckiej muszę wciąż aktualizować swoją wiedzę na temat zmieniającej się sytuacji prawnej, ilekroć stawałem przed tymi ludźmi oko w oko, najczęściej przy okazji protestów czy negocjacji z władzą, czułem, że język prawa i uczonych opracowań ujmuje jedynie wycinek tego, co jest codziennym doświadczeniem tych ludzi. Gdy pierwszy raz poszedłem na spotkanie z protestującymi pod gmachem Kancelarii Premiera było już po zmroku. Grupka rodziców owinięta kocami siedziała na ławce czekając na kolejny dzień demonstracji. Idąc tam nie miałem gotowego zestawu pytań, ale okazało się to niepotrzebne, gdyż oni sami widząc moją życzliwość i zainteresowanie sprawą, zaczęli opowiadać o swoich doświadczeniach.
 
Większości nie zdołałem zapamiętać, ale to co najważniejsze zostało w pamięci i emocjach. Od tego czasu zdecydowałem się wspierać inicjatywę. Rejestruję poczynania tego ruchu trochę od zewnątrz, a trochę od wewnątrz i okraszam je bardziej systematyczną refleksją. Przy okazji każdego ze spotkań, najciekawszy nie był jednak jego przedmiot, ale właśnie to, co roztaczało się wokół jego rdzenia. Zwyczajne rozmowy tych ludzi, prowadzone podczas długich godzin stania pod rządowymi gmachami nieraz na mrozie czy w upale, prowadzone w mojej obecności, ale bez mikrofonów przystawionych do ust, zawierały najwięcej spontaniczności i prawdy o ich codziennym życiu i autentycznych emocjach. Wbrew temu co można przypuszczać, nie wszystkie dotyczyły biedy, wykluczenia, niesamodzielności. Ta paleta doznań, potrzeb i pragnień jest o wiele szersza. Ale właśnie sytuacja społeczna tych ludzi hamuje ich przed ich realizacją. Dopiero zderzenie tego potencjału z okolicznościami uświadamia wagę i głębię problemu. Z częścią osób przyszło mi się zaprzyjaźnić, a dopiero takie prywatne doświadczenia dają wgląd w codzienność życia ludzi, których sytuację opisuje się, by ją poprawić.
 
Codzienność nie staje się i, poza szczególnymi sytuacjami, nie powinna stać się wprost materiałem na teksty, ale sprawia, że odrobinę łatwiej wczuć się w to, co się przedstawia na poziomie ogólnym, o co się walczy. Dotknięcie codzienności jest właśnie tym co sprawia, że będące stawką politycznej walki kwoty, za które opisywani ludzie muszą przeżyć i utrzymać swych podopiecznych, przestają być abstrakcją i nabierają materialnego, ludzkiego wymiaru. Gdy świadczenia podnosi się z 520 do 820 złotych, nie jest to tylko obojętna zmiana cyferek w rachunku, ale wielkości za którym kryją się określone potrzeby i pragnienia materialne i pozamaterialne, które wraz z podwyżką zostają mniej lub bardziej uwalniane. Pisanie o tym bezpośrednio lub pisanie pośrednio ( z wiedzą o konkrecie w tyle głowy) nigdy nie stanie się jednak pełnym odwzorowaniem rzeczywiści. Kapuściński mawiał, że każdy reportaż z natury rzeczy może być jedynie przybliżeniem. Przyjmował jednak za naturalne, że reporter pisze poprzez siebie, poprzez to co widzi i przeżywa, co nie stanowi to ujmy dla jakości.
 
Stykając się z ludzką prywatnością i codziennością, stoimy przed jeszcze jednym dylematem. Z jednej strony to właśnie codzienne życie ludzi wykluczanych jest niezastąpionym nośnikiem wiedzy o ich sytuacji, z drugiej zaś- to właśnie sięgając po nią, najwięcej ryzykujemy. Nie dla siebie, ale właśnie dla ludzi z którymi się stykamy. To właśnie sfera prywatna, intymna, jest najdelikatniejsza, najbardziej podatna na krzywdę. A wobec tego dziennikarz zaangażowany musi zachować szczególną ostrożność, nieraz kosztem rezygnacji z zamiaru opisania czegoś co prawdziwe i ciekawe lub wyrażenia tego w sposób bardzo zaowalowany, metaforyczny – tak by ani grupa ani jednostka nie poniosła negatywnych skutków takiego opisu.
 
Na fundamencie kruchości
 
Na jeszcze trudniejsze do przekroczenia i opisania granice poznania natrafiłem pisząc o dzieciach niepełnosprawnych intelektualnie w szkołach specjalnych. Jadąc po raz pierwszy do jednej z nich, miałem poczucie, że przede mną rozpościera się świat zupełnie nieznany, że nie wiem co mnie czeka, jak powinienem się zachować. Istotnie, tam na miejscu dostrzegłem, że reguły są całkowicie nowe i potrzeba by znacznie więcej czasu, by pisać o tym świecie ze zrozumieniem i wyczuciem. Język komunikacji był tu zupełnie inny, liczył się nawet koloryt ścian i obrazów na nich. Dotyk. Moją najlepszą przewodniczką, która wprowadziła mnie w szkolne mury, była właśnie życzliwość wobec dzieci ich ufność wobec mnie i chęć zrozumienia świata, który wraz ze swoimi opiekunami współtworzą. Pytania rodziły się ad hoc, pod wpływem tego co ujrzałem, a najczęściej bazowałem na tym co gospodarze zechcieli mi sami pokazać i powiedzieć. Najbardziej niezwykłym doświadczeniem było spotkanie się z uczniami. Niektóre dzieci pytały mnie o imię, podawały ręce. Gdy byłem tam drugi raz, po miesiącach, ku swojemu zdziwieniu wiele z nich pamiętało mnie z imienia. Ale dopiero trzymając ich za rękę i widząc ich uśmiech, człowiek dostrzega pewną kruchość tego doświadczenia. To właśnie poczucie kruchości jaka jest udziałem każdej istoty zależnej, stanowi fundament zrozumienia okoliczności, w jakich żyją ich opiekunowie, rodzice i wychowawcy. To ona determinuje wiele postaw, łącznie z treścią politycznych postulatów które zgłaszają. Zresztą relacja zależności jest tu obustronna i w równej mierze wpływa na same dzieci, co na ich opiekunów. Kapuściński w „Lapidarium VI” pisze, ” Wizyta w szkole dzieci autystycznych we Wrocławiu. Każde dziecko ma swoją opiekunkę-nauczycielkę. W czasie przerwy rozmawiałem z nimi. Odniosłem wrażenie, że nie tylko one wpływają na dzieci, ale że dzieci – ich obecność i zachowanie, ten fakt, że są, ma wpływ na te dziewczyny – wychowawczynie, które stają się coraz bardziej złączone ze swoimi podopiecznymi. Zachodzi jakaś głęboka symbioza między tymi istotami, związek ważny dla obu stron, bo mali uczniowie zaczynają być potrzebni ich opiekunkom, które oddają im przecież nie tylko swój czas, ale i część własnej osobowości.”
 
Moje doświadczenia potwierdzają trafność tej obserwacji. Nie tylko uwikłanie w relacje władzy, czemu wiele miejsca Kapuściński przenikliwie poświęcał na kartach swoich książek – zmieniają człowieka, ale w niemniejszym stopniu kształtują go uwikłanie w relacje opieki.
 
Brutalność reguł
 
Pisanie o osobach z takich czy innych względów zepchniętych na margines musi zostać siłą rzeczy skonfrontowane z logiką funkcjonowania dzisiejszych mediów. W eseju „Pięć zmysłów dziennikarza” Kapuściński poświęca ich dynamice cały rozdział. Zawiera on refleksję chłodną i krytyczną. W jej świetle etosowo zaangażowane dziennikarstwo wystawione jest na nowe, poważne próby. Po pierwsze, samo tworzenie przekazu medialnego staje się coraz bardziej bezosobowe, co działa destrukcyjnie na poziom indywidualnej dziennikarskiej odpowiedzialności. Przekaz jaki trafia do odbiorcy nie jest już dziełem autora ( i pośrednio – jak była już mowa – ludzi, od których czerpał informacje) ale całego sztabu media workers, oraz wykorzystywanej przez nich aparatury. Niekiedy relacja z wydarzenia sprowadza się do jego bezosobowej rejestracji i wyrwania z kontekstu. Kapuściński przypomina sytuacji, w której na miejscu zdarzenia pyta o coś stojącego reportera z innego kraju, a tenże odpowiada “Nie mam pojęcia, ja tylko rejestruję obraz, wysyłam materiał do centrali, a tam już zrobią z nim to co uznają za stosowne”. Z pozoru może wydawać się, że taka sytuacji sprzyja zgodności z prawdą tego, co jest pokazywane, gdyż eliminuje czynnik ludzki. Ale czy sam ukazany fakt pozwala nam poznać, a tym bardziej zrozumieć rzeczywistość? Kapu wielokrotnie zwraca uwagę na znaczenie osadzania w kontekście tego co się widzi i słyszy. Mam tu podobne doświadczenia. Na przykład 4 czerwca bieżącego roku opiekunowie rodzin niepełnosprawnych wyszli na ulice z transparentami i hasłami typu “domagamy się eutanazji dla siebie i naszych dzieci”. Taki też obraz został przedstawiony w medialnych komunikatach na ten temat, a zwłaszcza w ich nagłówkach. Szkopuł w tym, że wspomniane hasła w żaden sposób nie wyrażają intencji protestujących i tego czego się domagają. Prawdziwym celem było zwrócenie uwagi na to jak bardzo są trudne warunki życia tych ludzi. Ale o tym można dowiedzieć się tylko rozmawiając z nimi i wsłuchując się w ich rozmowy, oraz zdobywając pogłębioną wiedzę na temat ich położenia.
 
Innym czynnikiem który dawniej służył pewnemu etosowi profesji dziennikarskiej była transmisja umiejętności warsztatowych, norm postępowania mistrzów, często w obrębie redakcji. Dziś społeczność dziennikarska jest tak labilna, nieokreślona i podlegająca regułom rynkowym, że proces przekazywania kompetencji nie przebiega już jak dawniej. Ma na to wpływ także komercjalizacja życia publicznego w warunkach globalnych. Co ciekawe Kapuściński, który sam przez dziesięciolecia borykał się z ograniczeniami możliwości przemieszczania się, komunikacji i zdobywania informacji, wcale nie pozostaje bezkrytycznym obserwatorem dzisiejszej rzeczywistości coraz bardziej otwartych granic i informacji dostępnej na wyciągnięcie ręki. Pisze, że o ile uciążliwością minionego ustroju był niedobór informacji, słabością czasów dzisiejszych jest jej nadmiar, który rodzi ryzyko zagubienia w otaczającej rzeczywistości.
 
Na granicy sztuki
 
Przekaz czysto informacyjny sprawdza się ewentualnie w ukazywaniu sytuacji, w których coś się dynamicznie dzieje, a już niekoniecznie nadaje się do pokazania społecznych procesów. Tymczasem Kapuściński, jak sam potem przyznawał, nigdy nie egzaltował się prężną akcją. Interesowała go zawsze pewna refleksja o mechanizmach rządzących zachowaniami jednostkowymi i zbiorowymi. Moje ulubione fragmenty jego książek nie zawierają niemal żadnej akcji. Np. na kartach Hebanu możemy znaleźć fenomenalny opis podróży autobusem z Akry gdzie opisanie trywialnej sytuacji staje się przyczynkiem do refleksji autora na temat diametralnych różnic w podejściu do czasu między Europejczykami a Afrykańczykami z obszaru, na którym przybywał. Jak pisał o nim Miodek ” Z jego dziennikarskich wojaży, liczących setki kilometrów, rodziły się książki, którym – gdybym miał im nadać nazwę gatunkową – przypisałbym najchętniej miano reportaży filozoficznych(…)” Ale nie tylko między dziennikarstwem a filozofią lubił przekraczać granice, ale przede wszystkim między rzemiosłem dziennikarskim a sztuką piękną, co też sytuuje go w nurcie Nowego Dziennikarstwa, gdzie odchodzi się od suchego przekazu, na rzecz artyzmu w przedstawieniu rzeczywistości. Sam autor wielokrotnie dawał praktyczny wyraz nie tylko chęci przekraczania granic między terytoriami, ale także między dziedzinami twórczości uzupełniając swoje przemyślenia o fotografię, czy imając się poezji. Być może właśnie to przekroczenie granicy ze sztuką jest szansą dla zaangażowanego dziennikarstwa na przebicie się w świecie, w którym przekaz medialny musi przyciągać swą atrakcyjnością?
 
***
 
W percepcji dużej części mojego pokolenia twórczość Kapuścińskiego jest już nośnikiem nieco innych wartości, niż dla poprzednich generacji. Dla ludzi żyjących za żelazną kurtyną, z ograniczoną możliwością zagranicznych wojaży i z wybiórczym dostępem do informacji o świecie, ekscytująca musiała być – podobnie jak dla samego Kapuścińskiego – egzotyka jego opisów, możliwość spojrzenia na świat inny niż otaczająca rzeczywistość. Nie bez znaczenia pozostawała także możliwość przeczytania między wierszami analogii do mechanizmów władzy, znanych z polskiego podwórka. Z rozmów z osobami starszymi wynoszę nieraz wrażenie, że dla części z nich „światowość” tej literatury przysłania nieco uniwersalny sens tych książek, czytanych nieraz w drugim obiegu. Część współczesnych i przyszłych czytelników, korzystających z Internetu i podróżujących, prawdopodobnie nieco mniej urzeknie egzotyka tej twórczości, ale – mam nadzieję – zaintryguje sposób patrzenia, budowania narracji i myślenia o świecie. Z tego powodu liczę, że dorobek Kapuścińskiego nie przestanie inspirować.