dwutygodnik internetowy
05.01.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Cywiński: Biedak ubrany w ideały

Nagminnym grzechem polskich reportażystów jest wyciąganie zbyt pochopnych wniosków. Przyjeżdża taki autor na koniec świata, robi dwa wywiady, po tygodniu już go nie ma, ale pisze, jak myśli społeczeństwo.

ilustr.: Urszula Woźniak

Nagminnym grzechem polskich reportażystów jest wyciąganie zbyt pochopnych wniosków. Przyjeżdża taki autor na koniec świata, robi dwa wywiady, po tygodniu już go nie ma, ale pisze, jak myśli społeczeństwo.
Z Pawłem Cywińskim rozmawia Bartosz Wróblewski. Tekst pochodzi z Magazynu „Nowy Folder”
 
W książce „To nie jest zawód dla cyników” Ryszard Kapuściński wypowiada się krytycznie o współczesnych mediach. Robi to z perspektywy długiego życiowego doświadczenia. A ty, jako człowiek zdecydowanie młodszy, jak oceniasz obecną kondycję mediów w Polsce?
Zależy o jakie media pytasz.
  
Porozmawiajmy o tych pisanych.
Widać schyłek czytelnictwa w papierze. Prawdopodobnie nie całkowity i nie dotykający wszystkich gazet, ale symptomatyczne jest to, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego do 2020 roku wyda miliard złotych na narodowy rozwój czytelnictwa i nie włączono do tego projektu prasy. To pokazuje urzędniczy sposób myślenia o czytelnictwie w Polsce.
 
A jak oceniasz jakość polskich mediów? W skali od 1 do 10.
Mocna trójka, bo trapi je permanentny i wieloaspektowy kryzys.
  
Co masz na myśli?
Na ich kształt zbyt mocno wpływają budżety reklamowe państwowych spółek, będące miękką formą nacisku polityków, a także pieniądze wielkich koncernów i grup kapitałowych. Wiecznie niedofinansowane media stały się niewolnikami rynków finansowych.
  
Jakie są tego skutki?
Spada jakość tekstów. Nie jestem związany z żadną dużą redakcją, dzięki czemu mogę publikować w różnych miejscach. I od dawna nie zdarzyło mi się, abym zarobił na kolejnym artykule więcej niż na poprzednim, a zdarzyło mi się, że mniej. Ten trend przekłada się na coraz szybsze, a tym samym mniej rzetelne pisanie. Spadek jakości tekstów doskonale widać na przykładzie wiadomości ze świata. W Polsce bez problemu można jeszcze zamawiać tańsze artykuły dotyczące naszego podwórka napisane na przyzwoitym poziomie – mamy w końcu wielu specjalistów od spraw wewnętrznych. Ale jeżeli coś się dzieje w Bangkoku, Limie czy Addis Abebie, to możemy co najwyżej przedrukować informacje na ten temat z jakiejś agencji prasowej, a polski specjalista – a prędzej jakiś student na niewolniczym stażu – spróbuje to tak pozmieniać, by było przyswajalne dla polskiego czytelnika. Wysokiej jakości wiadomości ze świata zawsze są drogie.
   
To paradoks w dobie globalizacji, błyskawicznego dostępu do informacji i podróżowania łatwego jak nigdy dotąd. Nawet jeżeli robi to student, to łatwy dostęp do ekspertów powinien pozwolić mu zweryfikować informacje i zgłębić temat.
W newsroomach królują niespecjalizujący się w niczym media workerzy, którzy muszą produkować po pięć tekstów dziennie. Jeżeli coś się dzieje na pograniczu pakistańsko-indyjskim, to taki producent tekstów nie ma czasu, żeby szukać specjalisty, który mu wyjaśni o co tam chodzi. Nie wspominając już o sprawdzeniu, który specjalista jest najlepszy i czy ten, którego nazwisko znalazł w Google, zna się bardziej na pakistańskich Pasztunach, czy na wedyjskim okresie  w Indiach. A tym bardziej nie ma czasu na to, by się z tym człowiekiem skontaktować i wysłuchać jego mądrej i długiej wypowiedzi; nie ma też czasu, by to potem przetrawić, wyłuskać najważniejsze informacje i stworzyć wartościowy tekst. W efekcie czytelnik otrzymuje kiepskiej jakości notkę przepisaną lub przetłumaczoną z międzynarodowej agencji prasowej.
  
A co z korespondentami zagranicznymi?
Ilu ich mamy w Polsce? Dosłownie kilku. Mój znajomy pracuje w Pekinie dla Polskiego Radia. Przesyła depesze, ale podobno Polacy nie oczekują informacji o tym, że jest tarcie na granicy Chin z Wietnamem lub że był krach na tamtejszej giełdzie. Potrzebują egzotycznych ciekawostek, więc wysyła głównie setki o tym, że w pekińskim zoo urodziła się nowa panda lub że w Szanghaju otworzono trzecią linię metra, która jest jedną z najdłuższych na świecie. Po to mamy korespondentów zagranicą i to się podobno opłaca. Efekt jest taki, że Polacy nie mają bladego pojęcia o świecie. Zapytaj przeciętnego Polaka, czy wie, co jest stolicą Indii albo czy potrafi powiedzieć więcej niż cztery zdania na temat islamu, który jest teraz w mediach wszędzie. Jesteśmy krajem jednorodnym, skoncentrowanym na sobie i mamy kiepskie media dotyczące świata. Nie jesteśmy przygotowani, by mówić o inności, bo szkoła też nas tego nie uczy.
  
A jak zapatrujesz się na współczesny polski reportaż, który uważa się za koronę dziennikarstwa?
Wiesz, jak powstał „Magazyn”, czyli poprzednik „Dużego Formatu”?
  
Hanna Krall postanowiła stworzyć przestrzeń dla wysokiej jakości reportażu.
Niewątpliwe tak, ale było coś jeszcze. Paląca potrzeba gazet z początku lat 90. – gdzieś trzeba było drukować reklamy dużoformatowe. A normalna gazeta  wtedy nie była w stanie tego przełknąć. Nie można było ot tak, w dziale opinie, walnąć na całą stronę reklamy Mercedesa. Trzeba było stworzyć magazyn, gdzie takie coś przejdzie. Miejsce dla reportażu powstało przy okazji.
 
No i druga rzecz – wiesz jakie tematy najlepiej się tam klikają? Te z Polski. Dlatego stanowią w „Dużym Formacie” większość. Podobno ogranicza się liczbę tych ze świata. To mechanizmy konsumenckie, które pokazują, że kasa i reportaż w prasie to też zestaw naczyń połączonych. Mimo szlachetnego nimbu wokół owej korony.
  
Mimo wszystko to chyba dobrze, że wciąż jest miejsce na reportaż?
„Duży Format” zmonopolizował reportaż, zamknął go w getcie. Ci, którzy go pragną, muszą w czwartek sięgnąć po osobny dodatek.
  
Być może chodzi o to, że reportaż zajmuje dużo miejsca? Może szuka go też inny czytelnik niż ten, który kupuje gazetę codzienną?
Akurat jestem świeżo po lekturze dzisiejszego wydania „The International New York Times” i w tej trzy razy cieńszej niż „Wyborcza” gazecie były dwa reportaże. I nie jest to wyjątek. Każde wydanie poważnego tytułu na świecie ma w środku jeden czy dwa reportaże. Dlatego kiedy ktoś w Polsce mi mówi, że tak się nie da, że to nie styknie, bo czytelnicy nie czytają tak długich tekstów i wolą bezpośrednie komentarze, to zapala mi się lampka. W końcu innym styknęło i to na skalę międzynarodową.
  
Gdy mówisz o monopolizacji polskiego reportażu, masz na myśli szersze zjawisko niż reportaż prasowy w „Dużym Formacie”?
To połączenie instytucjonalne – mamy powiązane wydawnictwa, magazyn, szkołę i kanały dystrybucji. Stosunkowo wąskie środowisko. Jeżeli uczniowie wykładają ciężkie pieniądze, to część z nich musi być później publikowana. Jeżeli nie będzie, to następny rocznik uzna, że nie ma sensu płacić.
  
A co z literaturą faktu czy popularnymi w Polsce książkami podróżniczymi? Jak oceniasz ich poziom?
Współczesny polski reportaż podróżniczy to zazwyczaj dno, popłuczyny po literaturze kolonialnej. I to zarówno z punktu widzenia metodologii, jak i formy opisywania inności. Zwłaszcza gdy za pióra chwytają tak zwani autorzy szybkopisarze. Przyjeżdżają w poniedziałek, we wtorek publikują na blogu pierwszą notkę z opisem tego, co się dzieje, bo oni już wiedzą i rozumieją oglądany z wysokości hotelowego balkonu świat. Są królami tego, na co patrzą, mają nieomylną rację interpretacyjną. A po miesiącu czy trzech takiego patrzenia mają już gotową książkę. Wydawnictwa zamawiają recenzje, rusza kampania. Takich autorów jest mnóstwo, choćby Wojciech Cejrowski…
  
…którego książki czyta mnóstwo ludzi…
…a są hochsztaplerskie, jeżeli chodzi o rzetelność opisywania inności, ale za to łatwiejsze w odbiorze niż bardziej precyzyjne i wymagające książki Wojciecha Tochmana. I tacy travelbryci, za pośrednictwem swoich nieznośnie europocentrycznych książek podróżniczych przepełnionych orientalizującymi stereotypami, egzotyzującym słownictwem, koszmarnymi generalizacjami i esencjalizacjami oraz ciągłym nadawaniem sobie prawa do oceniania pobieżnie zinterpretowanej inności, stali się potężnymi narratorami turystycznej wyobraźni.
  
Chcesz powiedzieć, że to kolonialne podejście do turystyki?
Turystyka to największa branża ekonomiczna współczesnego świata – 10% globalnego produktu brutto. A takie książki są jednym z jej motorów. Chwalenie się swoimi podróżniczymi wyczynami na tle pobieżnego opisu inności nabrało obecnego charakteru właśnie w czasach kolonialnych. Język opisów, który kiedyś służył imperiom, bardzo się nie zmienił. Na co drugiej stronie są dzikusy, plemiona, egzotyka, czyli repertuar, który już dawno zniknął z tekstów antropologicznych czy politycznych. A w podróżopisarstwie ma się znakomicie, bo w końcu te teksty mają pachnieć przygodą, najlepiej taką XIX-wieczną. Efekt jest taki, że jeżeli wezmę książkę Cejrowskiego oraz „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza, to naprawdę znajdę tam więcej podobieństw niż różnic w sposobie opisywania innego – „tego dzikusa”.
  
Jakie są, twoim zdaniem, największe grzechy polskich reporterów?
Nie jestem literaturoznawcą, ale zwiedziłem w życiu prawie 50 krajów, od 10 lat uczę się na orientalistyce i geografii o kulturach i polityce tych krajów, znam podstawy niektórych orientalnych języków. Z książką w ręku odwiedziłem niejedno opisane miejsce, zweryfikowałem niejednego autora. Nagminnym grzechem jest wyciąganie zbyt pochopnych wniosków. Przyjeżdża taki autor na koniec świata, robi dwa wywiady, po tygodniu już go nie ma, ale pisze, jak myśli społeczeństwo. Potem ja tam jadę, docieram do ludzi, z którymi rozmawiał, do ludzi, którzy znają tych ludzi oraz do ludzi, którzy mają odmienne poglądy. I dowiaduję się, że ten autor stworzył nowy stereotyp. A że książkę wydrukowano w 10 000 egzemplarzy lub tekst poszedł w „Dużym Formacie” w jeszcze większym nakładzie, to ten stereotyp stał się wiedzą obowiązującą. W dodatku, jeżeli był to uzdolniony autor, to napisał tekst na tyle powabnie, że ludzie mówią tylko o tym – och, te biedne zdominowane kobiety zakryte hidżabami!
 
Dobry reportaż nie ocenia zbyt łatwo, a skupia się na rzetelnym przedstawieniu sytuacji oraz kontekstu i zostawia ocenę czytelnikowi. Nie robi się go w dwa tygodnie. Opisywanie inności jest gigantycznym wyzwaniem etycznym. Jeżeli tworzę obowiązującą reprezentację, która przechodzi do kanonów kultury i ma tworzyć wiedzę, to muszę to robić w sposób rzetelny i uczciwy.
  
Kapuściński też zwracał uwagę na to, że w dobie globalizacji, gdy możemy błyskawicznie dotrzeć do wszystkich miejsc na świecie i zdobyć wiele informacji na interesujący nas temat, nie chcemy tego robić, tylko wolimy posługiwać się stereotypami i paradoksalnie interesujemy się tylko tym, co jest najbliżej nas. Jak w tym kontekście oceniasz reportaże z Polski?
Nie za wiele ich czytam, bo – może źle to zabrzmi – to nie mój świat. Większość omijam i poświęcam czas tylko tym najgłośniejszym. Jak choćby ten Mariusza Szczygła o morderczyni, która została nauczycielką.
  
Podobał ci się?
Z jednej strony pokazał siłę reportażu. Po publikacji pani minister zabrała głos i powiedziała: zmieniamy prawo. Oczywiście nic się nie zmieniło, ale sama reakcja już o czymś świadczy. Z drugiej strony internauci w ciągu trzech godzin dowiedzieli się, kim jest bohaterka tego tekstu i urządzili jej piekło. Nie ważne, czy jej się należało, czy nie – nie im to oceniać. Swoje odsiedziała, wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Dlatego uważam, że publikacja tego reportażu w takim kształcie była szkodliwa zarówno dla tej kobiety, jak i dla debaty publicznej, która się potem rozpoczęła. Ale też cieszę się, że reportaże potrafią wzbudzać tak silne reakcje społeczne, bo to świadczy o tym, że reportaż wciąż jest ważny.
 
Są jednak reportaże z Polski, które mnie denerwują – przepełnione egzotyzowaniem, czyli podkreślaniem inności i opisywaniem ludzi takim językiem, jakim autor nie zgodziłby się opisać samego siebie. Zbyt łatwo egzotyzuje się biedę, popularna jest też chamofobia. Cała debata o słoikach była nią podszyta. Bo w Polsce też można znaleźć Innego – to łatwizna, którą para się zgraja początkujących reporterów.
  
Kim jest dla ciebie reporter?
Zaczęliśmy od tytułu „To nie jest zawód dla cyników”. Reporterka to piekielnie trudny zawód. Bardziej powołanie niż marzenie, chęć, blichtr czy sława. Wymaga z jednej strony pokory, z drugiej otwartości, a z trzeciej umiejętności wnikliwej analizy rzeczywistości oraz powiedzenia sobie, że nie wiem. Bo można pisać w taki sposób, żeby czytelnik nie wiedział razem ze mną. Natomiast w polskich tekstach zazwyczaj wszyscy wszystko wiedzą. Zwłaszcza w tych pisanych przez autorów szybkopisarzy. Niektórzy znakomicie operują językiem, ale język to co najwyżej połowa wartości reportażu. Moim zdaniem ważniejsze jest to, co się mówi.
  
A kim jest dziennikarz?
Dziennikarz kilka dekad temu to był biedak w znoszonej koszuli, ale jednocześnie ubrany w ideały. Chciał tworzyć. Współcześnie dziennikarze stali się klasą średnią. I to im zaszkodziło. Uważam, że dopóki dziennikarz nie będzie pisał z przekonania, dopóki nie będzie chciał przekazać światu czegoś ważnego, nie będzie tropił ciekawostek, nie będzie fanem tego, co robi, a będzie myślał tylko o tym, ile zarobi i że zbliża się siedemnasta, czyli fajrant – dopóty będziemy mówić o tym, że średnia klasa dziennikarska jest skazana na upadek. Prawdziwy dziennikarz zawsze był idealistą, inni nie wytrzymywali w tym zawodzie. Tak było przez dekady. I to wróci, bo jak już mówiłem, pieniędzy jest w tym zawodzie coraz mniej.
  
Jak wyobrażasz sobie idealne polskie media?
Po pierwsze pełne ideowców, kłótliwych ideowców, spierających się na łamach jednej redakcji – zarówno przed wypuszczeniem materiału, jak i później, piszących wzajemnie odpowiedzi. I żeby nie były to ideologiczne konglomeraty. Brakuje mi też dobrych wywiadów. Mówimy o reportażu, ale i wywiad jest sztuką. Jeśli jest dobrze zrobiony, to łapię rumieńce. Marzy mi się, żeby gazeta była rodzajem artefaktu, jak ładna książka. Żeby to się chciało mieć w ręku i chciało się czytać. W tej chwili coraz rzadziej kupuję gazety, ponieważ na kilkadziesiąt stron ciekawią mnie trzy artykuły. A chciałbym mieć gazetę, i kupując nową następnego dnia, czuć kaca, że nie doczytałem poprzedniej do końca. Odkładać ją, bo może kiedyś wrócę, chociaż wiem, że nigdy nie wrócę. Coś jak „Tygodnik Powszechny” z lat 90. Taka gazeta mi się marzy.
 
 

  • zameva

    Wielkie TAK dla opinii o pisaniu o Inności i Innych przez polskich dziennikarzy i reportażystów. Polonocentryzm i orientalizm górą!