dwutygodnik internetowy
09.03.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

“Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella

Jeżeli kiedykolwiek będziecie chcieli nakręcić (albo napisać) horror, zróbcie to, co David Robert Mitchell – połączcie własne koszmary z klasyką gatunku. W przypadku Coś za mną chodzi sprawdziło się to idealnie, powstał bowiem jeden z najlepszych filmów grozy XXI wieku. Jeśli nie najlepszy.

materiały prasowe

materiały prasowe

Wszystko zaczyna się, gdy nastoletnia Jay spotyka Hugh. Początkowo relacja układa się idealnie – kolejne udane randki, a w końcu po jednej z nich para kończy w łóżku. Szybko okazuje się jednak, że chłopak nie jest naprawdę zafascynowany dziewczyną. Chodziło mu tylko o to, by przekazać klątwę: od tej pory za Jay podążać będzie zjawa, która dołoży starań, by ją zabić.

Sam koncept łańcuszka śmierci, który przekazywany jest z postaci na postać nie jest niczym nowym w horrorze (jest to zresztą skrajnie skonwencjonalizowany gatunek i trudno wymyślić w nim coś nowego). Bodaj najwybitniejszym tego przykładem jest Coś Johna Carpentera. Mitchell nie poprzestaje jednak na zwykłej inspiracji mistrzem.U Carpentera bohaterowie znajdowali się w zamkniętej przestrzeni bazy na Antarktydzie, w Coś za mną chodzi świat jest otwarty, co zwykle nie wychodzi na dobre filmom grozy – tutaj wręcz przeciwnie. Nie znaczy to, że Jay ma szansę uciec – zjawa, chociaż powolna, jest nieustępliwa i prędzej czy później zawsze ją wytropi. Mierzący się z tajemniczą istotą ludzie w Coś nie mieli dodatkowo wpływu na to, kto stanie się kolejną ofiarą. Mitchell zdecydował się, by dać wybór swoim postaciom – Jay może spróbować uwolnić się od klątwy, wystarczy, że poderwie kolejnego faceta. Żeby jednak nie było tak łatwo, jeśli „wybranek” nie będzie kontynuować łańcuszka i zginie, zjawa powróci do Jay. Zatem niezależnie od decyzji bohaterki zagrożenie nigdy w pełni nie znika, jest ona złączona ze zjawą do końca życia. Dylemat czy próbować walczyć z losem, czy poddać się mu wcale nie jest taki prosty.

Najważniejszy aspekt łączący dzieło Carpentera z filmem Mitchella jest jednak niezmienny. Napięcie budowane jest dzięki temu, że zjawa zamienić się może w dowolną osobę. W związku z tym widz będzie podskakiwać za każdym razem, gdy na ekranie pojawi się nowa postać. Dodatkowo Mitchell wykorzystuje ten motyw udanie operując głębią obrazu i ruchem wewnątrz kadru. Celowo przeciąga ujęcia, by zmusić odbiorcę do poszukiwania potencjalnego zagrożenia, które początkowo może znajdować się nawet na horyzoncie. W kreowaniu atmosfery pomaga też głośna muzyka i dźwięk. Mitchell w jednej scenie z huśtawką potrafi przerazić bardziej niż niektórzy twórcy przez cały film.

Można oczywiście rozpatrywać Coś za mną chodzi jako przypowieść o groźbie chorób wenerycznych. Albo w ogóle o tym, że seks jest zły i niebezpieczny, co w amerykańskim horrorze nikogo nie powinno dziwić. Wszak o ile przemoc (której zresztą tu praktycznie nie ma) nikogo w Hollywood nie razi, o tyle miłosne uniesienia często piętnowane są jako zachowania naganne. Dobrze, że film Davida Roberta Mitchella da się rozpatrywać na kilka różnych sposobów (istotnym tropem jest też fakt, że dorośli pojawiają się w Coś za mną chodzi tylko, gdy upodabnia się do nich zjawa). Najważniejszy jednak jest wspomniany klimat i nieustanna niepewność widza, czy osoba pojawiająca się w kadrze nie jest czasem zagrożeniem. Zapewniam, że po seansie patrzy się na ludzi dookoła ze znacznie większą podejrzliwością.