dwutygodnik internetowy
18.04.2016
magazyn papierowy


Cole-Arnal: Księża w kombinezonach

Księża-robotnicy byli przekonani, że nie tylko klasa robotnicza potrzebuje Kościoła, ale i Kościół potrzebuje klasy robotniczej. Z czasem zrozumieli, że nie chodzi jedynie o zaangażowanie na rzecz robotników. Chodzi o zaangażowanie wraz z nimi i poprzez nich.

ksieza_robotnicy

ilustr.: Zosia Różycka

Z Oscarem Colem-Arnalem rozmawia Misza Tomaszewski. Wywiad pochodzi z 29. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Niebezpieczne związki”. 

***

MISZA TOMASZEWSKI: Jeśli w Polsce wspomina się w ogóle o działalności księży-robotników, to zazwyczaj w konwencji „nieudanego eksperymentu”. Skąd w powojennym Kościele francuskim wziął się pomysł na „przeniknięcie” katolickich duchownych do fabryk i dzielnic robotniczych?

OSCAR COLE-ARNAL: Ten proces rozpoczął się jeszcze przed wojną. Już w latach 20. w belgijskim Liège działał ksiądz Charles Boland, który był przekonany, że nie uda się dotrzeć do coraz bardziej niechętnych Kościołowi robotników, jeśli nie będzie się towarzyszyć im w ich pracy. Boland stałby się zapewne pierwszym księdzem-robotnikiem, gdyby nie to, że przez dwadzieścia lat czekał na zgodę swojego biskupa. Otrzymał ją w końcu w 1943 roku. Innym takim duchownym był dominikanin Louis-Joseph Lebret, który w latach trzydziestych prowadził w Marsylii badania nad ekonomicznym, społecznym i moralnym życiem tamtejszych rybaków. W dwóch aspektach antycypował on metodę przyjętą później przez księży-robotników. Po pierwsze, utożsamiał się z uciśnionymi, żyjąc pośród nich. Po drugie, wzywał do dokonania społecznych reform, które doprowadziłyby do zniesienia samej sytuacji ucisku.

To jednak pojedyncze przypadki. Jaką rolę w formowaniu się ruchu księży-robotników odegrało doświadczenie wojny i okupacji?

Wojna wstrząsnęła autorytetem francuskich hierarchów. Wielu spośród nich otwarcie popierało rząd Vichy i kolaborowało z okupantem. Katolicy zaangażowani w ruch oporu – a byli wśród nich również księża – po wojnie mogli pozwolić sobie na dużo większą niezależność w stosunku do biskupów. Kluczowa inspiracja przyszła jednak z niemieckich fabryk i obozów pracy. W 1942 roku rząd Vichy zaczął kierować obywateli francuskich na przymusowe roboty do Trzeciej Rzeszy. Ówczesny arcybiskup Paryża, kardynał Suhard, wyszedł z inicjatywą wysyłania do Niemiec zakonspirowanych księży, którzy sprawowaliby opiekę duszpasterską nad więźniami. Do końca wojny prawie trzystu takich duchownych trafiło do niemieckich obozów. Kolejne cztery tysiące przeszły przez nie w charakterze jeńców wojennych. Ci, którzy wrócili, mieli za sobą doświadczenie ciężkiej pracy fizycznej ramię w ramię z robotnikami. Wielu marzyło odtąd o kapłaństwie, które byłoby poświęcone nie tylko głoszeniu Ewangelii, ale i wyzwoleniu proletariatu. Seminarzyści trafiali z kolei do Mission de France, placówki założonej przez Suharda z myślą o przygotowaniu księży do pracy w środowisku zdechrystianizowanych robotników. Program seminarium przewidywał tak zwany stage, to znaczy krótki epizod pracy w polu lub w fabryce. Arcybiskupowi Paryża nie śniło się oczywiście wyzwolenie klasy robotniczej przy udziale księży, chodziło raczej o ich misyjną obecność w fabrykach. Mission de France odegrała jednak znaczącą rolę w formacji wielu przyszłych księży-robotników.

W swojej książce pisał pan o francuskim proletariacie jako o „mikrokosmosie Trzeciego Świata w makrokosmosie Świata Pierwszego”. Czy naprawdę było aż tak źle?

Urodziłem się w Stanach Zjednoczonych, w rodzinie górników i hutników. Po drugiej wojnie światowej korzystaliśmy z możliwości stwarzanych przez państwo dobrobytu i, podobnie jak cała klasa średnia, radziliśmy sobie relatywnie dobrze. Sytuacja w Wielkiej Brytanii, rządzonej w tym okresie przez Partię Pracy, też wyglądała przyzwoicie. Ale we Francji już nie. I to mimo postępu osiągniętego przez front ludowy w okresie międzywojennym. Władzę przejęła koalicja postępowych katolików, socjalistów i komunistów, którzy jako jedyni reprezentowali interesy robotników. Sojusz tych trzech ugrupowań wyrastał z ich współpracy w ruchu oporu, ale ta współpraca nigdy nie była wolna od podejrzliwości. Dość szybko doszło więc do konfliktu, który skończył się rozpadem koalicji. Tymczasem rozprzestrzeniało się powojenne ubóstwo, a dzielnice robotnicze wyglądały w zasadzie tak samo jak przed wojną. Robotnicy mieszkali w obskurnych, wielopiętrowych blokach. Mieszkania były zapleśniałe i przeludnione. Toalety, jeśli w ogóle działały, znajdowały się na co trzecim piętrze, a po wodę trzeba było chodzić do pompy. Większości nie groziła utrata pracy, ale podwyżki płac nie wyrównywały nawet poziomu inflacji. Nawet dobrze zorganizowana klasa robotnicza, na przykład w Grenoble, nie była w stanie wywalczyć dla siebie przyzwoitych warunków życia.

Jak wyglądały pierwsze spotkania duchownych z robotnikami?

Dla wielu księży to było objawienie. Z czasem robotnicy zaakceptowali ich ze względu na ich autentyczność, ale początki wcale nie były łatwe. Jeden z księży poinformował swojego biskupa, że gdy stawił się w pracy w sutannie, robotnicy uznali, że chce ich szpiegować. To nie był odosobniony przypadek. Dlatego niektórzy zatajali swoją tożsamość. Jean Legendre powiedział swoim kolegom, że jest bezrobotnym filozofem. Roger Deliat wspomina z kolei rozmowę przeprowadzoną z pewnym robotnikiem: „Czy jesteś żonaty?” „Nie”. „Rozwiodłeś się?” „Nie”. „A może jesteś gejem?” „Też nie”. „W takim razie – powiedział robotnik – musisz być chyba księdzem”. „Tak” – przyznał Deliat. „Nigdy nie widziałem księdza w fabryce. Może cię zawiesili?” – dopytywał robotnik. „Nie” – odpowiedział Deliat. „Żarty sobie robisz?!” – zdenerwował się mężczyzna. Jeszcze długo nie mógł uwierzyć w to, że ma przed sobą prawdziwego księdza w kombinezonie. Inny duchowny opowiadał o sytuacji, w której ujawnił swoją tożsamość. Kiedy podczas lunchu jeden z robotników nazwał księży „świniami, które wyzyskują innych”, zawołał do niego: „Hej, ty! Czy znasz księdza z Cabucelle?”. „Nie” – padła odpowiedź. A on na to: „To ja nim jestem!”. Widząc zdumienie malujące się na twarzach robotników, wytłumaczył im, że pracuje w dokach, żeby zarobić na swoje utrzymanie i, naśladując Chrystusa, cierpieć razem z ubogimi. I rzeczywiście, praca bywała bardzo ciężka. Jacques Loew ledwo dźwigał paczki, które kazano mu przenosić. Księża znaleźli jednak oparcie w braterstwie pracy, a z czasem coraz wyraźniej dostrzegali niesprawiedliwość i coraz bardziej otwarcie się jej przeciwstawiali.

Co to oznaczało w praktyce?

Praca w fabryce wyznaczała monotonny rytm codziennego życia robotników, którzy powoli stawali się więźniami swojej rutyny, swojego zmęczenia i swojego zniechęcenia. Wspominałem już o tym, że byli bardzo źle opłacani. Wciąż groziły im też wypadki. Niektóre z nich kończyły się tragicznie. W 1951 roku życie stracił ksiądz Michel Favreau, przygnieciony toną drewna w dokach Bordeaux. Drugie zagrożenie wiązało się z utratą pracy. Dotyczyło ono w szczególności tych, którzy angażowali się w akcje strajkowe i działalność związkową. Ksiądz Philibert Talé dostał od swojego szefa propozycję nie do odrzucenia: zatrudnienie w Anglii lub zwolnienie z pracy. W odpowiedzi zapytał go, czy ten zechciałby powtórzyć swoją ofertę w obecności innych robotników, którzy czekają za drzwiami. Natychmiast został zwolniony. Takie sytuacje budziły solidarność księży z ich nowym środowiskiem.

Jak doszło do takiego odsunięcia francuskiej klasy robotniczej od Kościoła, że księża, którzy rozpoczynali pracę w fabrykach, natrafiali na mur wrogości i nieufności?

Kościół we Francji utracił swoją wiarygodność i wpływy na długo przed wojną. Nie sądzę jednak, żeby wrogość, którą żywili do niego robotnicy, miała charakter świadomie ideologiczny. Miała ona raczej charakter klasowy. Struktura francuskiego Kościoła opierała się na parafii. Model ten nie sprawdzał się w warunkach miast przemysłowych, w których proletariat został stłoczony w dzielnicach robotniczych. Parafie pełniły w nich funkcję niewielkich komórek, w których spotykały się kobiety, dzieci, starcy i lokalna burżuazja. Miejsca te wydawały się robotnikom obce. Jeden z księży-robotników powiedział kiedyś: „Jak możemy pasować do tego świata, skoro nie mamy odcisków na dłoniach?”. Klasa robotnicza nie buntowała się przeciwko Kościołowi. Pewna wrogość do burżuazyjnego kleru była w niej oczywiście głęboko zakorzeniona, co skwapliwie wykorzystywali komuniści, podsuwając jej ideologiczne uzasadnienie. Prawdziwy problem polegał jednak na tym, że klasa robotnicza po prostu rodziła się, żyła i umierała z dala od Kościoła.

Począwszy od ogłoszonej w ostatniej dekadzie XIX wieku encykliki „Rerum novarum” Leona XIII, Kościół zdawał się interesować kwestią społeczną. Czy w sposób błędny analizował zjawisko materialnej i społecznej deprywacji robotników lub proponował niewystarczające środki zaradcze? Dlaczego nie udało mu się odzyskać wpływów w kręgach robotniczych?

Leon XIII rozumiał, że kwestia społeczna stanowi realny problem. Podjęta przez niego próba rozwiązania tego problemu była jednak bardzo paternalistyczna. Społeczna nauka Kościoła miała swoje dwa skrzydła, nazwijmy je „prawym” i „lewym”. Prawe reprezentował w XIX-wiecznej Francji Albert de Mun. Nie przeczę, że był on człowiekiem wrażliwym, ale to było coś w rodzaju: „Otrzymałem tak wiele, że muszę pochylić się nad tymi biednymi robotnikami i jakoś im pomóc”. Nie trzeba dodawać, że jego postawa była z punktu widzenia większości robotników nie do przyjęcia. Po drugiej stronie był Marc Sagnier, którego zwolennicy wywodzili się co prawda z burżuazji, ale solidaryzowali się z robotnikami: spotykali się z nimi na seminariach uniwersytetu ludowego i wstępowali do ich związków zawodowych. W 1910 roku to lewe skrzydło Kościoła zostało potępione przez Watykan w ramach prowadzonej przez Piusa X kampanii antymodernistycznej. Ludzie związani z Sagnierem przeszli jednak do innych organizacji i przechowali radykalne chrześcijaństwo aż do okresu międzywojennego. Zdarzali się też księża, którzy chadzali do dzielnic nędzy i zyskiwali sobie szacunek robotników, ale to były wyjątki. Dopiero wojna wysadziła w powietrze większą część francuskiej hierarchii i stworzyła dla lewego skrzydła Kościoła okazję do przeprowadzenia eksperymentu.

Zapytałem na początku o powody, dla których francuscy księża „przenikali” do fabryk i dzielnic robotniczych, ale słowo „przenikanie” jest chyba w tym kontekście nieadekwatne, bo implikuje działalność na wpół agenturalną, a nie o to przecież chodziło. Jakie więc cele stawiali sobie księża-robotnicy, a jakie ich kościelni przełożeni? Czy te oczekiwania były zbieżne?

Na początku tak. Kardynał Suhard odegrał w tej historii bardzo ważną rolę, ponieważ to on zainicjował działania, które stworzyły przestrzeń dla społecznego radykalizmu. Posyłał zakonspirowanych duchownych do niemieckich obozów pracy, czuwał nad programem Mission de France i autoryzował przełomowy raport „La France, pays de mission?” – socjologiczne studium wyobcowania proletariatu z Kościoła. Jednym z kluczowych słów tego raportu było słowo „podbić”. Kościół miał na nowo „podbić” klasę robotniczą. Z czasem zamiast niego zaczęły pojawiać się inne formuły: „być obecnym”, „uczestniczyć’, „wcielać się”. Nawet co bardziej progresywni biskupi, tacy jak Gerlier w Lyonie, Liénart w Lille, Saliege w Tuluzie i oczywiście Suhard w Paryżu, oczekiwali od swoich księży, że – tu posłużę się metaforą – będą chodzić do fabryk w sutannach. Ksiądz miał w ich mniemaniu pozostać kimś wyraźnie oddzielonym od innych ludzi. Widok duchownego w kombinezonie nie był dla biskupów łatwy, ale z czasem się z nim oswoili. Przynajmniej do pewnego stopnia. Liénart na przykład nie pozwalał swoim księżom wstępować do związków zawodowych. Wiedział o tym, że są w nich aktywni, ale nie zgadzał się na formalne członkostwo. To był rodzaj kompromisu. Póki księża pozostawali w stałym kontakcie ze swoimi biskupami, współpraca między nimi mogła być trudna, ale zasadniczo układała się dobrze. Księża kierowali do biskupów prośby o zezwolenie na podjęcie zatrudnienia w pełnym wymiarze godzin, a ci się na to zgadzali. W ten sposób pierwsza grupa duchownych zamieszkała w robotniczych klitkach, zaczęła żyć wyłącznie z pracy własnych rąk i z czasem całkowicie wcieliła się w klasę robotniczą.

A co na to wszystko Watykan?

Pius XII był papieżem przeszłości, reinkarnacją Piusa X. Całą jego uwagę pochłaniała rozpoczynająca się właśnie zimna wojna. Interesował się sytuacją panującą na wschodzie Europy, któremu coraz bardziej zagrażał radziecki komunizm, a więc Polską, Węgrami, Jugosławią, ale nie Francją. Znamienne, że ruchem księży-robotników zajął się dopiero wtedy, gdy kilka lat później dwóch duchownych zostało aresztowanych za udział w antywojennej manifestacji. Papież sprawował swoją władzę w sposób monarchiczny, niemal żywcem przeniesiony ze średniowiecza, a na dodatek miał potężnych sprzymierzeńców w rządach Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych – państw silnie zaangażowanych w zimną wojnę. Księża-robotnicy padli ofiarą tej antykomunistycznej krucjaty.

Jak daleko mogła posunąć się integracja księży ze środowiskiem robotniczym? Pracowali, ale przecież w każdej chwili mogli wrócić do bezpiecznego życia w parafiach… Robotnicy musieli zdawać sobie z tego sprawę.

Pod koniec lat 40. ksiądz Henri Barreau z Mission de Paris został pełnoetatowym sekretarzem jednej z największych federacji związkowych we Francji. Skandal, który wybuchł w związku z jego wyborem, zatoczył szerokie kręgi zarówno w Kościele, jak i w partii komunistycznej. Kardynał Suhard był bardzo zaniepokojony. Jeden z przywódców partii, Jacques Duclos, pytał związkowców: „Co wy wyprawiacie?!”. A oni mu odpowiedzieli: „Henri jest jednym z nas!”.

Jak wyglądała relacja między fizyczną pracą i wyzwoleńczym zaangażowaniem księży-robotników a ich życiem duchowym i wspólnotowym?

W tamtym czasie bycie księdzem oznaczało codzienne odprawianie mszy i odmawianie brewiarza. Wielu księżom-robotnikom brakowało na to czasu. Byli całkowicie wyczerpani wykonywaną pracą. Zwyczajni duchowni tego nie rozumieli, bo nie musieli zarabiać na życie i mieli pod dostatkiem czasu wolnego. Niektórzy księża-robotnicy sobie nie radzili. Stopniowo izolowali się duchowo i odsuwali od Kościoła. Inni żyli we wspólnotach, które nadawały rytm ich codzienności. Jeszcze inni nauczyli się modlić podczas pracy. Tak czy inaczej, ich wcześniejsze zwyczaje musiały ulec zmianie. Na marginesie, to właśnie dzięki księżom-robotnikom papież Pius XII zezwolił na odprawianie niedzielnej mszy w sobotę wieczorem. Dzięki temu robotnicy mogli mieć jeden dzień w tygodniu naprawdę wolny.

Co musiało się wydarzyć, by – pomimo potępienia przez Kościół ideologii komunistycznej w 1949 roku – niektórzy księża-robotnicy wypowiadali się o komunistach jako o „ludziach, którzy praktykują Ewangelię”? Jak długa droga dzieliła zaangażowanie w ruch robotniczy od udziału w walce klasowej?

Po zakończeniu eksperymentu w 1954 roku niektórzy księża stali się marksistami i przyłączyli do partii komunistycznej. Jeden z nich, Bernard Cagne, jeszcze wiele lat później – będąc już poza Kościołem – powtarzał jednak: „Ewangelia jest”, w czasie teraźniejszym, nie zaś: „Ewangelia była”. Nawet w tych, którzy odeszli, ocalała więc jakaś cząstka chrześcijańskiej duchowości. Wielu spośród nich rozczarowało się później po raz drugi, tym razem jednak nie Kościołem, lecz partią komunistyczną. Zapytałem kiedyś jednego z dawnych księży-robotników o walkę klas. Odpowiedział: „Walka klas jest rzeczywistością. To nie jest coś, w co się wierzy albo nie wierzy. Ona po prostu jest”. Sądzę, że tak właśnie myśleli. Uważali, że walka klas jest wpisana w istniejący system społeczno-gospodarczy.  Zdecydowana większość księży-robotników nie przyjmowała jednak komunistycznej ideologii. Oni przyjmowali komunistów jako swoich braci. Z partią komunistyczną nic ich nie łączyło. Biskupom trudno było to zrozumieć, ponieważ nie mieli wśród swoich sąsiadów komunistów.

Tradycyjne nauczanie społeczne Kościoła odrzucało koncepcję walki klas na rzecz ideału współpracy klas. Księża-robotnicy uważali go za mrzonkę, która nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością robotniczej nędzy. Jak pogodzić wiarę w jedność i powszechność Kościoła z przekonaniem, że również w jego wnętrzu toczy się walka klasowa?

Kościół jako instytucja i jako wspólnota musi ucieleśniać praktyczną miłość do każdego człowieka. Nie sądzę jednak, by mógł to robić, przyzwalając na niesprawiedliwość i opresję. Jeśli nie będziemy solidarni z najbardziej bezbronnymi, zagubimy to, co najistotniejsze w nauczaniu Jezusa. Nawet w nim można znaleźć ślady walki klas: „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże. Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą”. Kantyk Maryi: „Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia”. Marks nie wymyślił walki klas. On tylko skonceptualizował rzeczywistość. Zresztą nie jestem przywiązany do słów, chodzi o ideę. Uważam, że papież Franciszek bardzo dobrze wyłożył ją w swojej ostatniej encyklice. Jeśli nie podejmiemy próby rozwiązania problemu ubóstwa, zdradzimy Ewangelię. Nie sądzę, żeby dobrym wyjściem było skapywanie biednemu z tego, co bogatemu zbywa. Obawiam się zaś, że do tego prowadzi w praktyce idealistyczna wizja harmonijnej współpracy klas.

Ruch księży-robotników poprzedził mniej więcej o dwie dekady teologię wyzwolenia. Zrodziła się ona w innym kontekście społecznym i kulturowym, ale wyrastała z tego samego doświadczenia ubóstwa. Jak daleko sięgają podobieństwa pomiędzy obydwoma ruchami?

Większość teologów wyzwolenia kształciła się na europejskich uniwersytetach, chłonęła ich klimat intelektualny, a następnie przenosiła go za ocean. Chrześcijanie żyjący w Ameryce Łacińskiej wnosili jednak do europejskich konstrukcji swoją własną perspektywę. Ich refleksja była naznaczona doświadczeniem kolonialnego podporządkowania, dyskryminacji rasowej i trzecioświatowej nędzy. Horyzontem myślenia i działania księży-robotników pozostawały natomiast fabryki i robotnicze dzielnice francuskich miast. Teologowie wyzwolenia używali podobnego języka i podobnych narzędzi, ale wiedzieli, że nie mogą polegać na rozwiązaniach wypracowanych na Północy. Jon Sobrino napisał w jednej ze swoich książek, że „poza ubogimi nie ma zbawienia”. Księża-robotnicy tak nie mówili. Wierzyli po prostu w to, że zaangażowanie po stronie klasy robotniczej jest warunkiem czegoś w rodzaju kolektywnego zbawienia. Ich bezpośredni wpływ na teologów wyzwolenia nie był znaczący.

Co doprowadziło ostatecznie do zakończenia eksperymentu księży-robotników, nazywanego niekiedy ich „potępieniem”?

Przede wszystkim interwencja Watykanu motywowana zimnowojennymi fobiami i lękiem przed niezależnością księży-robotników od hierarchii kościelnej. Ale nawet francuscy biskupi wyrażali swoje zaniepokojenie kierunkiem, w którym zmierzał eksperyment. W 1950 roku, po kolejnym konflikcie grupy księży z którymś spośród hierarchów, ogłoszona została dyrektywa, w której biskupi podkreślili pierwszeństwo duchowej posługi księży przed ich posługą społeczną i ostrzegli ich przed wpływami marksistowskiego otoczenia. Dokument został przyjęty bardzo źle. Kolejne napięcia były tylko kwestią czasu. W maju 1952 roku dwóch księży, Louis Bouyer i Bernard Cagne, zostało poturbowanych przez policję i aresztowanych za udział w demonstracji antywojennej. Na szukanie kompromisu zrobiło się za późno, ponieważ sprawą zainteresował się Watykan. W listopadzie 1953 roku trzej francuscy kardynałowie, Liénart, Feltin i Gerlier, zostali wezwani do Rzymu. Nie było żadnej dyskusji. Polecono im de facto potępić księży-robotników. W efekcie księża zostali zmuszeni do rozwiązania Mission de Paris i do wystąpienia ze związków zawodowych. Przywiązano ich też do parafii i zezwolono im tylko na pracę w niepełnym wymiarze godzin. Francuska hierarchia deklarowała poparcie dla tych zmian, ale tak naprawdę zostały one przeforsowane przez Watykan.

Co na to sami księża? Jeden z ich liderów, Jacques Loew, przyjął decyzję o przerwaniu eksperymentu ze zrozumieniem…

I chyba tylko on jeden. Do marca 1954 roku księża próbowali negocjować z biskupami. Ostatecznie podzielili się na dwie grupy. Jedni ze smutkiem podporządkowali się decyzji swoich przełożonych, a drudzy pozostali w fabrykach. Niektórzy z nich na dobre odsunęli się od Kościoła, inni z czasem wracali. Wciąż jednak wiele zależało od biskupa. Na przykład kardynał Liénart podporządkował się oczywiście rzymskiemu dekretowi, ale w taki sposób, że księża pracujący na terenie jego diecezji mogli kontynuować swoje dzieło, pomimo zewnętrznych ograniczeń. Liénart miał bardzo dobre relacje ze swoimi księżmi i wszyscy oni zostali przy Kościele. Później zaś używał swoich wpływów do tego, by skłonić uczestników soboru do wznowienia eksperymentu. No i sobór ostatecznie pobłogosławił księży-robotników, a raczej prêtres au travail, „pracujących księży”, bo tak ich odtąd nazywano. Było to bardzo sprytne posunięcie, bo co sobór pobłogosławił, tylko sobór może potępić.

Od przełomu lat 40. i 50. wiele się w Europie zmieniło. Nasze gospodarki nie są już w takim stopniu oparte na przemyśle, mamy zupełnie inną strukturę zatrudnienia. Czy zamiast księży-robotników potrzebujemy dziś księży-prekariuszy?

Jestem o tym przekonany. Jest ich nawet trochę tutaj, w Quebecu. Kilku kapucynów pracuje na przykład w sieciowych fast-foodach. Trudno o bardziej sprekaryzowaną pracę. To ważne, żeby księża rezygnowali ze swojego mieszczańskiego bezpieczeństwa i wyruszyli na peryferia współczesnego świata. Nie jest dobrze, kiedy nasze Kościoły utrzymują nas w bierności.

Mawia się, że eksperyment księży-robotników skończył się nie tyle nawróceniem robotników na chrześcijaństwo, ile nawróceniem księży na marksizm. Czy jest to sprawiedliwa ocena?

Nie sądzę. Eksperyment księży-robotników nie doprowadził z pewnością do masowego powrotu robotników do Kościoła, na co liczyli francuscy biskupi. Umożliwił jednak zaistnienie czegoś na kształt wczesnochrześcijańskich wspólnot. Stworzył model Kościoła solidarnego z ubogimi w praktyce, a nie tylko w teorii. Model ten wciąż istnieje, bo został zaadaptowany przez chrześcijan na Południu. Zainspirował też wielu ludzi na Północy, wśród których jestem i ja sam. Myślę, że to się liczy.

***

Oscar Cole-Arnal jest pastorem luterańskim i profesorem seminarium luterańskiego, specjalistą w zakresie historii Kościoła. Jego rozumienie Ewangelii jest zakorzenione w latynoamerykańskiej i afroamerykańskiej teologii wyzwolenia. Od pięćdziesięciu lat zaangażowany w ruch na rzecz pokoju i praw człowieka oraz działalność związkową. Członek grupy Alliance Against Poverty. Autor między innymi książek „Priests in working-class blue” i „To set the captive free”.