dwutygodnik internetowy
3.10.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Co z tym godłem?

Skąd ta obsesja z ptakami drapieżnymi? Może warto poszukać czegoś skromniejszego, może nie musimy się tak mocarstwowo napinać?

orzel

Tekst pochodzi z 31 numeru Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Lepsza zmiana”.

„Tego orła białego przyjmuję za godło ludu swego, a wokół dębu zbuduję gród swój i od orlego gniazda Gnieznem go nazwę” – powiedzieć miał nasz praszczur Lech, wędrujący po Wielkopolsce ze swoimi braćmi Czechem i Rusem. Ci dwaj ruszyli dalej, jeden na południe, drugi na wschód, a z czasem rodzinne więzy dość znacznie się poluzowały. A my przyzwyczailiśmy się myśleć z dumą o naszym orle, uczyłem się w szkole, że widnieje on już na monecie Bolesława Chrobrego. A jednak wizerunek ten budził pewien niepokój. Co to za dziwadło? Może nie wypada się znęcać nad początkującymi pracownikami piastowskiej mennicy, ale kiedy spojrzy się na grecką tetradrachmę z V wieku przed naszą erą z wizerunkiem sowy… Jest pewna technologiczna różnica, żeby ująć to możliwe najdelikatniej. Orła można się też było nauczyć choćby z monety Ptolomeuszy z III wieku p.n.e. Drobne pióra na szyi wyraźnie oddzielone od szerokich łusek puchu na piersi, frędzelki opierzonego skoku i delikatne prążkowanie na ogonie. Prawie półtora tysiąclecia później wąsaci Polanie potrafili wyprodukować jedynie nieidentyfikowalnego ptaka.

Zdaniem wielu historyków-numizmatyków stworzenie na denarze Chrobrego nie jest wcale orłem. Proszę przygotować się na cios: część badaczy przychyla się do twierdzenia, że to paw. To, co braliśmy za wieńczącą głowę koronę, może być pawim grzebieniem. Pawie spotyka się na monetach czeskich a, jak wiadomo, cywilizacja zachodnia przyszła do nas ze strony najbardziej widać rozgarniętego brata Czecha. Paw był symbolem zmartwychwstania i Chrystusa. Stanisław Suchodolski w artykule „Orzeł czy paw? Jeszcze o denarze Bolesława Chrobrego z napisem PRINCES POLONIE” stwierdza, że ptak na monecie jest symbolem raczej sakralnym niż związanym z władzą. Wysuwa hipotezę, że paw być może upamiętniał męczeństwo nawracającego Prusów św. Wojciecha.

Orzeł pełną gębą pojawia się prawie trzy wieki później jako symbol państwa rządzonego przez Przemysła II. Widniał na królewskiej pieczęci. Formę zmieniał jeszcze kilkukrotnie, ale naszym znakiem pozostaje do dziś. Tu dochodzimy do pytania najbardziej interesującego z punktu widzenia ornitologa. Co to za gatunek orła? Artykuł 28 Konstytucji mówi niejasno że „godłem Rzeczypospolitej Polskiej jest wizerunek orła białego w koronie w czerwonym polu”. Co to w ogóle za ptak ten orzeł biały? W żadnym atlasie nie znajdziemy takiego gatunku, żaden polski drapieżnik nie jest całkiem biały. Może zdarzają się czasem albinosy. Istnieje też aberracja kolorystyczna zwana progressive greying (po polsku siwienie – za ornitologiem Adamem Zbyrytem), polegająca na tym, że dotknięty nią ptak stopniowo traci pigment w piórach. Często widujemy ją u żyjących w miastach ptaków krukowatych. Ale nasze godło nie może przecież przedstawiać aberranta. Poza tym ptak z naszego godła jest nielotem: jego skrzydła wydają się za krótkie, by mógł unieść się w przestworza. Nielotny orzeł to bardzo smutna wizja. Nie może się wzbić w powietrze i majestatycznie krążyć. Co on biedny je? Korzonki?

Z jakiegoś powodu przyjęło się uważać, że ptak, który wisi w każdym polskim urzędzie, to bielik. Tu znowu pojawia się problem, bo niektórzy odmawiają największemu polskiemu drapieżnikowi prawa do bycia orłem. Nazywają go orłanem i wykpiwają jego orlość. Wątpliwości rozwiał na szczęście największy polski specjalista od ptaków szponiastych Jan Lontkowski twierdząc, że bielik „jest niewątpliwie orłem”. Ale równocześnie nie do końca, bo „nie jest blisko spokrewniony z orłami właściwymi, tj. z rodzaju Aquila”. Te prawdziwe, certyfikowane orły mają opierzony skok do palców. A bielik jest gatunkiem prymitywnym, bliżej mu do owado- i padlinożernych trzmielojadów i kań.

bocian

Co za ulga, że to nie paw jest naszym godłem. Z drugiej strony ten niewydarzony bielik – nie do końca orzeł, w dodatku padlinożerca. W locie przypomina sępa z szerokimi skrzydłami, wysuniętą głową i krótkim ogonem. Orła w godle mają Niemcy i Rosjanie. Skąd ta obsesja z ptakami drapieżnymi? Może warto poszukać czegoś skromniejszego, może nie musimy się tak mocarstwowo napinać? Oczywisty wydaje się bocian. Właściwie biało-czerwony, jeśli nie patrzeć na czarne lotki. Szczyciliśmy się przez lata, że co czwarty bocian jest Polakiem. Niestety, niedawno okazało się, że więcej bocianów zamieszkuje Hiszpanię. Zmiany krajobrazu rolniczego, melioracje, zalesianie nieużytków i stosowanie środków owadobójczych widać nie bardzo im pasują. Wydaje się, że bocian sam nie chce być naszym godłem.

Myślę, że gdyby godło wybierali ornitolodzy, ich wybór padłby na wodniczkę, niepozornego ptaka z rodziny trzciniaków. To dla niej właśnie przyjeżdżają nad Biebrzę tysiące ptasiarzy z Zachodu. Jeszcze na początku XX wieku wodniczka występowała w Belgii, Holandii czy Francji. Niedobitki, bo zaledwie kilka par, zachowały się w Niemczech. W Polsce żyją prawie trzy tysiące par, blisko jedna czwarta światowej populacji gatunku. Najlepszym miejscem do obserwacji wodniczki jest Długa Luka, czterystumetrowy pomost prowadzący w głąb biebrzańskiego bagna. Trzy lata temu pojechałem tam na rowerze specjalnie dla wodniczki. Deski pomostu dudniły donośnie jak staromiejski bruk, inne z kolei odzywały się miękkim skrzypnięciem. Spacer przypominał grę na ksylofonie. Zachodziło słońce, a ja zdążyłem akurat na koncert. Suche „tr-tr” i za nim miękkie „łiłiłi”. Wodniczki odzywały się wszędzie. Śpiewały na zmianę.

Głos dobiegał z kęp turzycy. Raz po raz widziałem przelatujące ptaki, wiedziałem, że to wodniczki, ale było za daleko, by dostrzec jasny pasek biegnący przez środek głowy, czy ciemny rysunek na plecach. Przed lornetką przesuwał się egzotyczny wzór z pióropuszy trzcin, pożółkłych liści i pałek wodnych. Przypominał plecione parawany, które opierały się o ściany każdego peerelowskiego mieszkania. Na kładce dołączyło do mnie dwóch ptasiarzy z Niemiec. Przez ich lunetę wreszcie mogłem przyjrzeć samcowi, który śpiewał zapamiętale w pomarańczowym świetle zachodu. Niemcy i ja. W ciszy kontemplowaliśmy.

wodniczka

Rankiem, tuż przed wieńczącą kładkę platformą, parę kroków ode mnie, siadła wodniczka jeszcze mokra od rosy. Stroszyła się i po chwili rozpoczęła koncert, w zapamiętaniu wyciągając w górę szyję. Skończyła, oddała głos innym, pedantycznie wygładziła pióra i znowu czekała na swoją kolej. Trzymała się kurczowo trzciny i kiedy znowu zaczęła śpiewać, widziałem wyraźnie żółte wnętrze jej dzioba. Odczekałem do końca piosenki, zrobiłem krok, a wodniczka przeleciała kilka metrów dalej i szybko wdrapała się na szczyt trzciny. Blisko kładki, z ociąganiem, ociężale podniósł się błotniak stawowy. Po ludzku zirytowany moją obecnością przeniósł się niskim ślizgiem w spokojniejsze miejsce. Piękna była ta wodniczka. Więc może właśnie ona?