dwutygodnik internetowy
16.06.2014
magazyn papierowy


Co z chrześcijaństwem w Chinach?

Nie wiem, czy czeka nas gwałtowny przyrost chrześcijaństwa w Chinach, o jakim mówił ostatnio prof. Vala. Według niego w 2030 roku liczba wiernych miałaby osiągnąć 250 milionów, czyniąc z Chin najbardziej chrześcijańskie państwo świata.

ilustr.: Antek Sieczkowski

Nadal obowiązuje zasada, że członek KPCh nie może przynależeć do żadnej wspólnoty religijnej i musi być ateistą. Zasada ta może zostać naciągnięta, jeśli osoba deklarująca się jako niewierząca po prostu nie uczestniczy w życiu religijnym, ale jest chrześcijaninem prywatnie.

 

Franciszek i Xi Jinping – nadzieja na zmianę?

Gdy Benedykt XVI ogłaszał rezygnację z urzędu i mówiono już o nowym konklawe, przebywałem właśnie w Chinach. Dzisiaj nie jestem pewien, czy żeby śledzić konklawe musiałem łączyć się przez zewnętrzną bramkę proxy, czy dało się streamować bezpośrednio.

Już w pierwszą niedzielę po wyborze, na billboardach przed katedrą w Xi’anie zawisły plakaty z uśmiechniętą podobizną Franciszka. Trzy dni później na prezydenta Chińskiej Republiki Ludowej wybrano Xi Jinpinga. Franciszek niemal od razu przesłał mu list z gratulacjami. Co ciekawe, obie postaci są porównywane ze sobą jeśli chodzi o politykę wewnętrzną swoich „organizacji” – Partii i Kościoła, którą w skrócie można przedstawić w ten sposób: transparentność działań, samokrytyka i próba poprawienia wizerunku.

Zmianę w stosunkach miała sugerować również deklaracja niedawno wybranego prezydenta ChRL. W odpowiedzi na rozplenienie się korupcji w Chinach i upadek moralny w szeregach partii Xi Jingping zwrócił uwagę na pozytywną rolę religii w zwalczaniu tych patologii. Ta duchowa przemiana miałaby być autentycznym remedium na problemy, a nie tylko fasadową akcją. Jak widać, nawet Xi Jingping ma świadomość tego, że prawdziwa zmiana obyczajów i moralności nie przebiega na poziomie deklaracji i umów społecznych, ale musi wynikać bezpośrednio z wnętrza człowieka.

 

Chrześcijaństwo zagrożeniem z zewnątrz

Historyk Max Deeg, rozpoczynając swój artykuł o chrześcijaństwie za czasów dynastii Tang w Chinach, pisał: „Religia tak długo jest tolerowana i chroniona przez władzę, jak długo ją legitymizuje i wspiera”.

Rząd chiński od dawna podkreśla, że rezerwuje dla siebie prawo do zarządzania kwestiami religijnymi na terenie państwa chińskiego. Zwierzchnictwo Watykanu np. w sprawie wyboru biskupów jest postrzegane jako ingerencja w wewnętrzne sprawy państwa. Dodatkowym problemem jest to, że od czasów pojawienia się chrześcijaństwa w Azji wisiało nad nim widmo zachodniego imperializmu i kolonializmu. Na czerwcowej konferencji w Massachusetts, zatytułowanej „Christianity in China: A Froce for Change?”, profesor Liu Peng z Chinese Academy of Social Science przypomniał, że chrześcijaństwo cały czas jest postrzegane przez tradycjonalistów i Partię jako narzędzie kolonizacji wykorzystywane przez Zachód – argument ten jest tak stary jak same misje chrześcijańskie.

Trudno byłoby obecnie bowiem zarzucać post-chrześcijańskiemu, sekularyzującemu się Zachodowi, że posługuje się chrześcijaństwem, którego wartości i tradycje często jawnie neguje, jako narzędziem służącym kolonizacji Chin. Wielebny Zhang zwrócił nawet uwagę na niepokojące milczenie Zachodu w sprawie ostatnich wyburzeń kościołów: „Kiedy rząd chiński zaczął usuwać krzyże i krucyfiksy, nie było reakcji ze strony Zachodu. Wiele krajów uznało to za wewnętrzną sprawę Chin. Wiemy jednak, że religia nie jest sprawą wewnętrzną państwa”.

Argument z kolonizacji jest jednym z głównych, szablonowych głosów przeciwko chrześcijaństwu, który ma swoje uzasadnienie w historii. Od pojawienia się jezuitów w Chinach, Japonii i Korei, to przeświadczenie niejako podążało za chrześcijaństwem, w dodatku będąc podtrzymywanym przez pamięć o Wojnie Opiumowej.

Jednak naiwnością wydaje się sądzić, że obecnie chrześcijaństwo jest związane z jakąkolwiek próbą narzucenia zachodniej kultury, mentalności czy tradycji (szczególnie mającej podkopać istniejący porządek) chińskiemu społeczeństwu. Jedyną tradycją, do jakiej się odwołuje, jest Objawienie, które trudno uważać za siłę organizującą życie społeczeństw zachodnich.

Chińczycy w dużej mierze sami się ewangelizują. Widzą w Ewangelii pewną świeżość, której nie mają skostniałe i nieradzące sobie z nadużyciami władzy oraz upadkiem obyczajów społecznych tradycyjne religie. Tak naprawdę mamy do czynienia z masową indygenizacją.

Wielu neofitów (a są to coraz częściej „młodzi, wykształceni, z miejskich ośrodków”) upatruje w chrześcijaństwie szansę na modernizację i demokratyzację państwa (podobne nadzieje żywili chrześcijanie za autorytarnych rządów Park Chung Hee w Korei). Z kolei Richard Bush, dyrektor Center for East Asian Policy Studies, powiedział: „Myślę, że właściwym jest łączyć chrześcijaństwo w Chinach z Tiananmen, ponieważ oba były odpowiedzią na polityczną i moralną próżnię w post-maoistowskiej erze”. Kolące (czasem) w oczy kościoły-molochy, odbiegające od piękna klasycznej architektury, też są formą buntu – jak polskie postmodernistyczne kościoły w czasach PRL, które zaburzały zorganizowany ład całych blokowych osiedli, ściągając na siebie wzrok przechodniów.

 

Winne naruszenie prawa budowlanego?

Tuż przed Wielkanocą nad prowincją Zhejiang (uważaną za najbardziej chrześcijańską w Chinach) zawisła groźba zburzenia dziesięciu kościołów lub usunięcia z nich krzyży. Początkowo sprawa dotyczyła tylko nowo wybudowanego kościoła Sanjiang w mieście Wenzhou (nazywanym „Jerozolomią Wschodu”). Oficjalnie podaje się, że chodzi o naruszenie prawa budowlanego – kościoły są po prostu zbyt duże, a krzyże za bardzo rzucają się w oczy. Wielu jednak sądzi, że chodzi o lęk Komunistycznej Partii Chin przed zbyt gwałtownie szerzącym się w Chinach chrześcijaństwem. Co ciekawe, ten nowy gmach, który kosztował 30 milionów yuanów, w przeciwieństwie do działających kościołów podziemnych, był inwestycją zatwierdzoną przez władze i nadzorowaną przez Kościół Patriotyczny (Three-self Patriotic Church). Historia opowiadająca o domniemanych przyczynach jest podobna do tej, w której upatrywano przyczyny prześladowań w Japonii za sioguna Hideyoshiego: członek partii zwiedzający prowincję miał być zszokowany gigantycznym budynkiem i szybko rosnącą w siłę religią.

Później zaczęły dochodzić głosy o sytuacjach z Taishun, Wencheng i Ruian. W maju wyburzono kolejny wielki kościół w Ningbo.

W związku z wydarzeniami w Zhejiang do władz prowincji została skierowana petycja nawołująca do zaprzestania tej praktyki. Odwołując się do ponad tysiącletniej tradycji chrześcijaństwa w Chinach, jej sygnatariusze wskazywali na to, że religia ta stała się organiczną częścią społeczności.

 

Chrześcijaństwo jako szansa na zmianę

Pomimo stwierdzenia Xi Jinpinga, partyjni urzędnicy wydają się nie przywiązywać wagi do pozytywnego wpływu chrześcijaństwa na chińskie społeczeństwo. Zjawisko to jest z kolei zauważane przez samych wiernych, którzy mówią, że „bycie chrześcijaninem jest dobrą rzeczą. Chodzi o pokój i miłość. Rząd powinien nas wspierać. Zmieniliśmy wielu złych ludzi w dobrych”. Dzisiaj przyjmuje się, że w Chinach żyją 33 miliony chrześcijan (niektórzy, jak Liu Peng czy prof. Current, szacują łączną liczbę na 100 milionów wierzących, z kolei prof. Carsten Vala z Loyola University Maryland na 40-60 milionów protestantów i katolików).

Wspólnoty chrześcijańskie budują coraz więcej szkół, zakładają wydawnictwa (zajmujące się wydawaniem Biblii, pism religijnych, w tym klasyków literatury chrześcijańskiej) i organizacje charytatywne. Powstają akademie i szkoły, jednostki badawcze, seminaria Chińskiego Kościoła Chin oraz wydziały na uczelniach wyższych, mające zwiększać wiedzę na temat chrześcijaństwa.
Jeden z prominentnych teologów chińskich, Liu Xiaofeng, który przyczynił się do propagowania myśli chrześcijańskiej w środowiskach uniwersyteckich, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci współczesnej myśli chińskiej. Jego zdaniem, żeby chrześcijaństwo się przyjęło, należy zacząć działać od korzeni – dlatego Instytut Studiów Sino-Chrześcijańskich , którym współkieruje, od lat zajmuje się tłumaczeniem i propagowaniem klasycznych dzieł chrześcijańskich: ojców i doktorów kościoła, jak rownież klasyków reformacji. Zadaniem instytutu, powstałego w latach 80-tych, jest wzbogacenie chińskich dyscyplin humanistycznych o doświadczenie chrześcijaństwa, które pomogłoby im odpowiedzieć na problemy, które dzisiaj napotykają.

Do oficjalnej liczby wiernych nie liczy się członków „Kościołów podziemnych” ani zjawiska zwanego „kulturowym chrześcijaństwem” (wen hua j idu tu), które często nie przekłada się na życie wspólnotowe. Choon Chee Pang pisze, że niektórzy jego przedstawiciele „ewoluują” i przyłączają się do wspólnot, inni natomiast pozostają na poziomie indywidualnego wyboru i zainteresowań. Zjawisko to jest popularne przede wszystkim na akademii, gdzie „kulturowe chrześcijańśtwo” jest coraz bardziej popularne. Pang uważa, że to chrześcijańskie limbo jest często związane z przynależnością do Partii czy niechęcią do podejmowania formalnych kroków – jak np. chrzest.

Nadal obowiązuje zasada, że członek KPCh nie może przynależeć do żadnej wspólnoty religijnej i musi być ateistą. Zasada ta może zostać naciągnięta, jeśli osoba deklarująca się jako niewierząca po prostu nie uczestniczy w życiu religijnym, ale jest chrześcijaninem prywatnie.

Mówiąc o szansie na zmianę i o udziale, jaki w tej zmianie może mieć chrześcijaństwo, prof. Carsten Vala przywołuje przykład Polski i Niemiec oraz roli, jaką Kościół katolicki i luterański odegrały w obaleniu komunizmu. Cztery lata temu, na łamach „Tygodnika Powszechnego”, ks. prof. Roman Malek proponował przetłumaczenie „Etyki Solidarności” Tischnera na języki chiński, jako książki, która wydaje się być bliska sposobowi myślenia wielu Chińczyków i która zapewne zostałaby ciepło przyjęta. Fakt wydania w ubiegły roku „Zniewolonego umysłu” Czesława Miłosza jest pierwszym krokiem do kolejnych tego typu translatorskich przedsięwzięć.

Jeśli w Komunistycznej Partii Chin pojawiły się głosy, które odpowiadają za zaplanowane i zorganizowane akcje wymierzone we wspólnoty chrześcijańskie (pod jakimkolwiek oficjalnym pretekstem nie byłyby wyciągane), oznacza to, że członkowie Partii nie odrobili lekcji i nie przestudiowali wystarczająco wnikliwie historii chrześcijaństwa. Nic bowiem nie jest tak silnym nawozem dla wzrostu w sercach Dobrej Nowiny jak krew męczenników. Ponadto chrześcijaństwo jawi się jako alternatywa dla lokalnych tradycji, które nie potrafią sobie poradzić z nadużyciami władzy. Nie chcę wygłaszać żadnych prognoz, nie wiem, czy czeka nas gwałtowny przyrost chrześcijaństwa w Chinach, o jakim mówił ostatnio na konferencji prof. Vala. Według niego w 2030 roku liczba wiernych miałaby osiągnąć 250 milionów, czyniąc z Chin najbardziej chrześcijańskie państwo świata.

 


Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.