dwutygodnik internetowy
09.03.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Co warto zobaczyć i przeczytać przez najbliższe dwa tygodnie

Kerez patrzy na Warszawę, na jej wybitne budynki, z dystansu. „Gdy opowiadałem o politycznych wątkach założenia MDM-u, przerywał, mówiąc, że gdy ja patrzę na budynki, to widzę historię, podczas gdy on, patrząc na budynki – widzi budynki”. Warszawa Kereza jest wizualną przygodą ukrytych przez historię, reklamy wielkoformatowe, roszczenia i brak remontów realizacji wybitnych architektów.

materiały prasowe

materiały prasowe

Ukryty modernizm. Warszawa według Christiana Kereza, Jan Strumiłło, wyd. Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Christian Kerez i Jan Strumiłło potwierdzają znaczenie warszawskiej architektury modernistycznej. Pokazują, że mamy powody do dumy. A architekci – przykłady dobrych realizacji i pomysłów do wykorzystania w przyszłości.

Książka to przede wszystkim album ze świetnymi zdjęciami Nicolasa Grospierre’a – szwajcarskiego fotografa architektury, na stałe mieszkającego w Polsce. Grospierre od lat fotografuje warszawski modernizm. Jest uznawany za jednego z najwybitniejszych fotografów swojego pokolenia. Redaktorzy zestawiają jego zdjęcia z archiwalnymi fotografiami takich tuzów jak Zbyszko Siemaszko. Część albumową poprzedza esej Jana Strumiłło i jego rozmowa z Kerezem.

Szwajcarski architekt w 2007 roku wygrał konkurs na projekt nowego budynku Muzeum Sztuki Nowoczesnej, ale w 2012 Urząd Miasta Stołecznego Warszawy rozwiązał z nim umowę, a projekt zasilił grono tych niezrealizowanych. Książka jest niejako pożegnaniem Kereza z Warszawą, prezentem pocieszenia, próbą spłacenia długu wdzięczności.

Kerez patrzy na Warszawę, na jej wybitne budynki, z dystansu. Dostrzega to, czego my na co dzień nie widzimy. Mówi, że mieszkańcy Warszawy nie widzą budynków, tylko historyczne uwikłania. „Gdy opowiadałem o politycznych wątkach założenia MDM-u, przerywał, mówiąc, że gdy ja patrzę na budynki, to widzę historię, podczas gdy on, patrząc na budynki – widzi budynki”. Dlatego Warszawa Kereza jest wizualną przygodą ukrytych przez historię, reklamy wielkoformatowe, roszczenia i brak remontów realizacji wybitnych architektów. To wycieczka od Pałacu Kultury i Nauki, przez nieistniejące Stadion X-lecia, pawilon Chemii i Supersam, Dom Partii, aż po skwer Tekli Bądarzewskiej i Muzeum Plakatu w Wilanowie. Kerez i Strumiłło przypisują budynki konkretnym architektom, dzięki czemu przestają one być anonimowymi klockami w przestrzeni publicznej.

W dosyć hermetycznej rozmowie autorów książki można odnaleźć kilka interesujących wątków. Kerez w pewnym momencie mówi, że „obecnie rynek nieruchomości w Warszawie rozwija się niezwykle dynamicznie i zaczynamy rozumieć, że jakość przestrzeni miejskiej nie wynika już z poszukiwania piękna, z potrzeb społecznych czy politycznych, a jedynie z uwarunkowań rynkowych”. Brak planów miejscowych, chaos w przestrzeni publicznej, samowola budowlana, a przede wszystkim – poświęcanie parków, skwerów i placów zabaw deweloperom, mordują nasze miasto. Nie liczy się więc interes publiczny, ale prywatny. Szwajcarski architekt podkreśla również, że „w architekturze liczy się umiejętność doceniania potencjału przeszłości”. Obrażanie się na poprzedni system i jego materialne pozostałości jest niedorzeczne. Założenia urbanistyczne i projekty architektoniczne osób pracujących w PRL-u są często wybitnymi realizacjami. Funkcjonalne rozwiązania zastosowane wzdłuż linii średnicowej, wraz z jej centralnym punktem, czyli Dworcem Centralnym, służą nam do dzisiaj. Rozmach MDM-u i monumentalność Placu Konstytucji – nadal olśniewają (oczywiście nie zapominam o gwałcie, jakim jest parking na samym jego środku, ani o płachtach reklamowych). Mieszkanie na Osiedlu Sady Żoliborskie jest marzeniem prawie każdego warszawiaka.

Tematy książki nie są nowością. Praca wykonana przez ostatnie lata przez Centrum Architektury, krakowski Instytut Architektury, Powojenny Modernizm, Instytut Stefana Starzyńskiego czy festiwal Warszawa w Budowie owocuje zmianą świadomości części społeczeństwa. Architekci i teoretycy zajmują się spuścizną modernizmu, przypominają nazwiska twórców, domagają się świadomej modernizacji budynków. Autorzy zwracają uwagę na pionierstwo tego nurtu. Zebrany w książce materiał Kerez pokazywał swoim studentom już w 2008 roku. Siedem lat w historii tego miasta to szmat czasu.

Jan Strumiłło w swoim eseju ubolewa nad zastąpieniem architekta-artysty przez architekta-pragmatyka. Książka Karaktera i Muzeum Sztuki Nowoczesnej na pewno narusza ten status.

materiały prasowe

materiały prasowe

A-Z. Słownik ilustrowany języka niemieckiego i polskiego, Andrzej Tobis, wyd. Fundacja Bęc Zmiana i Instytut Adama Mickiewicza

Myślenie kategorią „grantu”, czyli pomocy finansowej dla projektów artystycznych, badawczych, naukowych, akademickich, jest rewersem takich dzieł jak A-Z Andrzeja Tobisa. Wyobraźcie sobie osiem lat fotografowania, a raczej re-fotografowania haseł ze słownika polsko-niemieckiego. Nikt w Polsce nie odważyłby się tego dotować.

Tobis od 2006 roku jeździ po Polsce z egzemplarzem Bildwörterbuch Deutsch und Polnisch i fotografuje kolejne hasła. Do tej pory zrobił blisko pięćset zdjęć. Są, jak zauważa Sebastian Cichocki, inteligentne, szalenie zabawne, błyskotliwie wytropione. Ekwipunek narciarski to dziesiątki połamanych nart porzuconych w lesie. Gniazdo wtyczkowe jest prowizorycznie zamontowane na drzewie. Słownikowy hotel to dwupiętrowy mały budynek, zdominowany przez ogromny komin huty. Kurnik z kurą widzimy na tle dwóch zepsutych pralek. W okienku burtowym (fragmencie najsłynniejszego pomnika smoleńskiego w kształcie samolotu) siedzi Anna Walentynowicz. Okulary – posklejane taśmą klejącą. Rogalik – wysuszony i zwisający spod sufitu. Lis – tylko wypchany.

Zdjęcia Tobisa można badać na różne sposoby. Na pewno jest to konceptualny projekt wykorzystujący takie dziedziny jak historia, lingwistyka, socjologia czy teorie wizualności. Autor bada, w jaki sposób na przestrzeni pięćdziesięciu lat od ukazania się pierwszego wydania słownika zmienił się język. Czyhają na niego liczne pułapki. W książeczce jest wiele źle przetłumaczonych słów, takich jak ślizgawka spadzista (czytaj: zjeżdżalnia znana z polskich podwórek). Zniknęła też cała propagandowa otoczka związana z komunizmem. Tobis zapisuje też pewien etap w historii Polski – wychodzenie z postkomunizmu. Z jednej strony na jego zdjęciach widać pozostałości po świecie lat 70. i 80. – zardzewiałe, zniszczone, zapomniane; z drugiej – tymczasowość rozwiązań z ostatnich 25 lat. Sentyment łączy się z radykalną krytyką zmian ustrojowych. Tobis nie mówi tego wprost, ale na jego zdjęciach nie ma Polski odmienionej przez sypiące się z nieba unijne pieniądze. Nie ma autostrad, nowych szkół i ludzi zarabiających po osiem tysięcy złotych. Widać raczej kraj po hekatombie, jakiejś nienazwanej tragedii.

„Moje zdjęcia są takim niezamierzonym wyjściem naprzeciw niemieckiemu stereotypowi na temat Polski”. Kraj klasy B fotografowany przez Tobisa to policzek dla piewców zielonej wyspy czy udanej transformacji. Z innej strony autor nie odczuwa pokusy wejścia w buty sztuki zaangażowanej społecznie/politycznie. To projekt wielowymiarowy.

Cichocki zauważa w książce, że zdjęcia Andrzeja Tobisa są ufundowane na potrójnym nieszczęściu: braku możliwości objęcia i skatalogowania wszystkich rzeczy świata, niemożności porozumienia się i precyzyjnego nazwania tego, co widzimy, oraz na tym, że język się starzeje. Dobrze jednak, że ten obraz nieszczęść wywołuje wielokrotnie uśmiech i daje naukę. Lub nauczkę.

materiały prasowe

materiały prasowe

Kanibalizm? O zawłaszczeniach w sztuce, kuratorka: Maria Brewińska, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa

Zawłaszczenie, zapożyczenie, przetwarzanie, remiksowanie i samplowanie kultury, a dokładniej: wykorzystywanie istniejących już obiektów, zdjęć artystycznych czy prasowych, dzieł sztuki stworzonych przez innych artystów, filmów, literatury, muzyki oraz wszystkiego, co powstaje w szeroko pojętej sferze kultury i poza nią – to temat wystawy o kanibalizmie w sztuce.

Zapożyczenia są znane w sztuce od kilkudziesięciu lat. Maria Brewińska w tekście kuratorskim wskazuje, że „w sztukach wizualnych funkcjonuje termin appropration art – sztuka zawłaszczania. Ma ona swoje początki w awangardzie początku XX wieku, kiedy to podobne praktyki stosowali kubiści, surrealiści i dadaiści. Pablo Picasso i Georges Braque tworzyli kolaże, do których włączali przedmioty znalezione, kwestionując mimetyczność tradycyjnego malarstwa. Najmocniej strategia ta obecna była w ready-mades Marcela Duchampa – gotowych przedmiotach z najbliższego otoczenia. Prace Duchampa kwestionowały status autora i dzieła sztuki, kwestie własności, oryginalności i plagiatu, jak również odbioru dzieł sztuki. Strategia zawłaszczania na dużą skalę powróciła w sztuce artystów pop artu. Z upływem lat ich prace, podobnie jak dzieła Duchampa, same stały się przedmiotem zawłaszczania. Wskazuje to na niekończący się łańcuch zawłaszczeń, który wyznacza strategie współcześnie działających artystów oraz określa jeden z najważniejszych nurtów sztuki współczesnej”.

Podobne łańcuchy zawłaszczeń można oglądać w salach Zachęty. Cindy Sherman w pracy Unititled Film Still wciela się w stereotypowe role kobiece. Fotografie nawiązują stylistyką do znanych fotosów filmowych. Wzorując się na nich, a może je właśnie zawłaszczając, Aneta Grzeszykowska w cyklu Unititled Film Still #19 stworzyła remake cyklu Sherman. W swoich fotografiach powtarza niemal jeden do jednego ujęcia swojej poprzedniczki. Grzeszykowska razem z Janem Smagą fotografują swoje nagie ciała w Instytucie Awangardy, czyli dawnej pracowni Henryka Stażewskiego i Edwarda Krasińskiego. Ten ostatni natomiast w Instalacji zapożycza wizerunki dzieł z dawnej kolekcji TZSP. Te cztery prace można zobaczyć jednym ciągiem w tej samej sali.

W innej widzimy klasyczne już nawiązania do sztuki Warhola. Mamy tu więc 16 portretów Barby (Seria Żydowska Jackie) Deborah Kass, wzorowane na serii z Jackie Kennedy i znane polskiemu widzowi prace Karola Radziszewskiego.

Monumentalny żyrandol chińskiego artysty Ai Weiweia nawiązuje do niezrealizowanego projektu największego budynku świata, w którym swoje biura miała mieć partia komunistyczna. Władimir Tatlin i jego Pomnik III Międzynarodówki miał mierzyć czterysta metrów wysokości. Chińczyk sięgnął po tę utopię i zbudował nieużyteczny, siedmiometrowy żyrandol. Praca jest najbardziej spektakularną instalacją wystawy.

Wystawa jest subiektywnym wyborem kuratorki. Maria Brewińska ma świadomość złożoności tematu i nie ma aspiracji do wyczerpującego opisu. Brakuje jednak interdyscyplinarności. Trudno nie zauważyć, że przez ponad trzy lata w Komunie// Warszawa trwał projekt Re// mix. Poświęcony dokładnie temu, co możemy oglądać w Zachęcie.