dwutygodnik internetowy
wydanie wyborcze 19.10.2015
magazyn papierowy


Co to znaczy „grać Chopina”? Wokół XVII Konkursu Chopinowskiego

Już wkrótce poznamy zwycięzcę XVII edycji Konkursu Chopinowskiego. Mimo braku transmisji w głównych kanałach Telewizji Publicznej, Narodowy Instytut Fryderyka Chopina osiągnął wielki sukces. Kanał internetowy gromadzi każdorazowo po kilka tysięcy słuchaczy, także na otwartym w trakcie występów czacie, a media społecznościowe huczą od komentarzy. Nie obywa się, oczywiście, bez kontrowersji wokół samych wykonawców i decyzji jury – być może zresztą największe dopiero przed nami, po ogłoszeniu ostatecznego werdyktu. Krytyka pewnych interpretacji, często nieprofesjonalna, skłania jednak do postawienia pytania, kto tak naprawdę ma kompetencje, aby te rzeczy oceniać i jak daleko może ona z natury sięgać. Bo co to właściwie znaczy „grać Chopina”?

plakat XVII Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina, materiały prasowe, NIFC

plakat XVII Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina, materiały prasowe, NIFC

Profesjonalna krytyka czy czystość odbioru?

Powszechnie wiadomo, że każdy Polak zna się na medycynie, polityce i piłce nożnej. To, co działo się w ostatnich dniach każe sądzić, że do narodowych specjalizacji należy dołączyć czwartą – muzykę Fryderyka Chopina. Uwaga ta jest celowo może zbyt kąśliwa, bo przecież to wspaniałe, że jesteśmy żywo zaangażowani w narodową tradycję muzyczną, w piękno tej twórczości. Niemniej jednak problem pozostaje. „Fatalna decyzja jury, jej gra nie wnosi niczego nowego, brak osobowości”, pisze księgowa z Gdańska. „Czy to w ogóle był mazurek?!”, oburza się elektrotechnik z Zamościa. Pomijając przypadki, w których z internetowych profili trudno wywnioskować odpowiednie wykształcenie, wątpliwe, żeby każdy z autorów takich recenzji je posiadał. Wydaje się, że jest to szersze zjawisko społeczne – wszyscy chcemy być ekspertami we wszystkim. W tym przypadku jest to zupełnie nieszkodliwe, co najwyżej dość zabawne z punktu widzenia profesjonalnych muzyków. Nasuwają się jednak myśli o dziedzinach, w których takie zapędy oznaczają igranie z ogniem.

I można by to wszystko lekceważyć lub ganić, ale sprawa ze sztuką nie jest wcale taka oczywista. Przecież muzyka jest w pierwszej kolejności do słuchania, a dopiero za nim kroczy wartościujące rozumienie. Nie możemy zaprzeczyć, że coś się komuś podobało lub nie; to wszystko odbywa się najpierw na poziomie wzruszeń. Muzycy zawodowi przyzwyczajeni są do pewnych kryteriów, ich odbiór jest mniej surowy, ale ostatecznie spotkanie z muzyką jest czymś intymnym i niezarezerwowanym tylko dla znawców. Wiemy także, że i wśród nich rozgrywają się ostre spory. Mają narzędzia do tego, żeby obiektywizować swoje opinie, ale laik, który posłucha kilkudziesięciu ocen nie wie już, komu wierzyć, bo przecież ten sam pianista przez jednych jest ganiony, a przez drugich sławiony jako geniusz. Jak to więc jest? Można cokolwiek sensownego o muzyce powiedzieć czy nie można?

Tradycja czy nowatorstwo?

Wśród internetowych komentarzy znalazłem jeden, który znacząco różnił się od reszty. Jego autorka wskazywała, że prasowe recenzje występów operują zbyt fachowym słownictwem i sposobami oceny nieczytelnymi dla przeciętnego słuchacza. Myślę, że właśnie w świadomości tego, co w ogóle można ocenić, tkwi początek rozumienia (a nie tylko odczuwania) idei Konkursu i samej muzyki Chopina.

Do podstawowych kryteriów trzeba zaliczyć oczywiście sprawność techniczną i kondycję pianisty, ponadto wierność zapisowi nutowemu (choć tu na pewnym poziomie pojawia się trudność, o której dalej), zdolność prowadzenia frazy (śpiewność gry), barwę dźwięku, szeroko rozumianą umiejętność objęcia formy dzieła, a także stylistyczną konsekwencję, która staje się znakiem rozpoznawczym artysty (razem ze sposobem bycia na scenie składającą się na tak zwaną „osobowość”). Istnieje jednak jeszcze bardziej fundamentalny aspekt oceny.

Jak na wielu polach ludzkiej działalności, zwłaszcza artystycznej, tu także ścierają się dwie ogólne tendencje. Podstawowy dylemat wyraża się w pytaniu: czy szukamy kogoś, kto doskonale realizuje pewien wzorzec, czy też jednostki, która wniesie w materię coś zupełnie nowego? Przyjęło się uważać, że Chopin jest subtelnym poetą fortepianu, więc zwykle podobają się lirycy. Ale choćby w tej edycji mamy okazję słuchać Georgijsa Osokinsa, którego Chopin jest gniewny i neurasteniczny, a według niektórych – „cyrkowy” czy „jazzujący”. Padają różne określenia, ale jesteśmy zgodni, że nie jest to standardowa estetyka. Jedni kochają łotewskiego pianistę jako tego, kto ma odwagę powiedzieć coś innego niż wszyscy, inni wyklinają go jako obrazoburcę. Zarzut, że nie realizuje, a nawet nie rozumie ducha chopinowskiego, jest powszechny. Ale co to właściwie miałoby znaczyć? Czy ktoś ma monopol na odczytywanie myśli Chopina z nut? Czy wystarczy bazować na relacjach słuchaczy kompozytora, które też bywają ze sobą sprzeczne, żeby uznać, że wie się, jakie były jego intencje, a przede wszystkim jak brzmiała gra? I czy odtwórca ma obowiązek dochować tym intencjom i powszechnym wyobrażeniom wierności? Wszak to, co jedni nazwą pokorą, dla innych będzie nudziarstwem i wtórnością.

Trzeba pamiętać, że wszyscy dopuszczeni do finału pod względem techniki pianistycznej grają doskonale. Kontrowersje pojawiają się na poziomie hierarchii wartości. Krytyk, który przedkłada świeżość interpretacji nad wykonawczy kanon z trudem porozumie się ze strażnikiem tradycji, mimo że obaj będą świadomi źródeł swoich stanowisk. Owocem takiego sporu był protest Marty Argerich, która w 1980 roku opuściła jury Konkursu po odrzuceniu charakterystycznego Ivo Pogorelicia. W bieżącej edycji pod adresem wspomnianego Osokinsa padło wiele, chyba niezasłużonych, inwektyw, i to ze strony profesjonalistów (nazywanie go „narcyzem” tylko dlatego, że pozwala sobie na własne interpretacje, czy mówienie, że jest „zakochany w sobie z wzajemnością”, ledwie na podstawie wyglądu nie do końca pasuje do wykształconych komentatorów kultury wysokiej). A jednak jest oczywiste, że gdyby to on wygrał Konkurs, byłby to swego rodzaju przewrót. Oznaczałoby to bowiem, że jury odstępuje od promowania klasycznego wzorca.

Poszukuje się naturalnie wykonawcy idącego drogą środka – kogoś, kto przedstawia szacunek dla tradycji, ale nadal potrafi ją poszerzyć, zachwycić twórczą interpretacją mieszczącą się w idiomie. Kto zabroni nam marzyć o ideałach?

Spory na bok

Niezależnie od napięć, które tak naprawdę tylko przyciągają kolejnych zainteresowanych, Konkurs nie stracił atmosfery wielkiego, międzynarodowego święta muzyki. Cieszy, że nadal wzbudza tak wielkie emocje i że nie zamienił się, jak to powiadał niechętnie odnoszący się do rywalizacji artystów Bartok, w „wyścig koni”. Mimo osobistych preferencji mamy poczucie, że świat jednoczy się wokół dzieła wielkiego kompozytora i że, obok wartościowania poszczególnych wykonań, spotykamy się w zachwycie nad pięknem tej muzyki.

Organizacja konkursu przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina i jego oprawa medialna zasługują na najwyższe pochwały – stworzenie aplikacji mobilnej, transmisje internetowe i włączenie internautów w żywą dyskusję sprawiły, że można było ten czas przeżyć z pełnym zaangażowaniem, nawet jeśli ani razu nie miało się okazji pojawić na sali koncertowej. Wyśmienitym pomysłem było nakręcenie wywiadów-wizytówek z każdym z uczestników i jurorów – te krótkie filmy są dostępne na kanale YouTube NIFC i pozwalają bliżej zapoznać się z pianistami, z ich stosunkiem do muzyki Chopina i własnej działalności.

Na postawione tu pytania nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi, ale już ich świadomość pomóc może lepiej uzasadnić własne gusta. Prawdziwa krytyka bowiem ciągle kwestionuje swoje własne założenia. A jednak, co chyba jest dobrym podsumowaniem powyższych rozważań, nie tylko jury ma tu coś do powiedzenia – wciąż trwa głosowanie na ulubieńca publiczności. Głos można oddać za pośrednictwem strony internetowej Konkursu. Pozostaje zatem czekać na ogłoszenie zwycięzcy. A potem – żałować, że następna edycja dopiero za pięć lat…