dwutygodnik internetowy
15.04.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Co roku od nowa. Wielkanoc w schronisku dla osób w kryzysie bezdomności

Znam ludzi, którzy przeżyli na ziemi czyściec. Pomimo totalnej biedy, bezdomności, utraty majątku – jedyne, czego żałują, to zerwane więzi. Potrafią już nazwać to, co złego zrobili, i starają się to zmienić. Dzięki nim widzę inny, prawdziwy świat, bo jedyne, czego chcą, to być kochanymi. I o tym właśnie jest Wielkanoc.

ilustr.: Zofia Rogula

ilustr.: Zofia Rogula

Ponad dekadę temu zorganizowanie śniadania wielkanocnego dla osób w kryzysie bezdomności w schronisku było dla mnie ogromnym logistycznym wyzwaniem. Chciałam dać im namiastkę wesołych świąt. Martwiłam się o jakość i ilość jedzenia, szczególnie o to, ile kupić chleba, jajek i białej kiełbasy, ale także o ustawienie stołów, liczbę krzeseł. Nie mieliśmy nawet miejsca, żeby razem usiąść w jednej sali.

Od pustostanu do pięknej sali

Pierwszą wspólną Wielkanoc zorganizowałam w pustostanie, na ścianie z cegieł powiesiliśmy kawałek dobrze wyglądającej wykładziny, aby krzyż nad stołem był widoczny. Mam w archiwum zdjęcia. Smutne mury, skromnie zastawione stoły. Lecz większość osób ma na sobie odświętne koszule. Na twarzach ludzi styranych życiem widać delikatny uśmiech. Wtedy jeszcze nie wpadłam na pomysł zorganizowania strzyżenia w Wielką Sobotę, więc nie każdy ma piękną fryzurę. Martwiło mnie to, dlatego teraz tradycyjnie już urządzamy wielkie strzyżenie przed świętami, aby każdy mógł poczuć się dobrze z tym, jak wygląda.

Jeśli pamięć mnie nie myli, mieszkało wtedy w Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej około dziewięćdziesięciu osób. Musiałam w pełni na nich polegać, nie mieliśmy etatowych pracowników. Panowie sprzątali, gotowali, nakrywali stoły. Byłam przy każdej najmniejszej czynności. Pomieszczenie nie było ogrzewane – pamiętam, że mój syn bardzo zmarzł. A ja? Mnie było gorąco, miałam wypieki na twarzy. Nie potrafiłam nic powiedzieć do ludzi, z którymi świętowałam, łzy zacisnęły mi gardło. Zmówiliśmy krótką modlitwę.

Z roku na rok nabierałam doświadczenia, przybywało pracowników – teraz przygotowanie śniadania to kilka telefonów. Ludzie znający naszą działalność sami oferują pomoc. Bank Żywności dostarcza duże ilości jajek i nie tylko, Hotel Airport Okęcie przygotowuje catering dla setki osób, ciasto i chleb przywożą nam zaprzyjaźnieni ludzie z piekarni Putka. Zatrudniony od kilku lat Pan Eugeniusz, misyjny kucharz, dopieszcza szczegóły. Zostaje mi jedynie ustawienie i dekoracja stołów. A samo obcinanie włosów to już tradycja i tak naprawdę przede wszystkim chwila na spokojną rozmowę. Od pewnego czasu mamy w Misji piękne, jednakowe obrusy, a plastikową zastawę zastąpił biały serwis z Ikei. Mamy nawet szklanki do barszczu, z czego jestem szczególnie dumna, ponieważ wcześniej w tej roli potrafiły pojawiać się na stole plastikowe kubki. Duża sala jest już dawno wyremontowana, wygląda pięknie…

Moje miejsce w tłumie

Tylko wyraz twarzy ludzi zasiadających do wielkanocnego stołu się nie zmienił. Mają na twarzach ten sam delikatny uśmiech, który pozwala trzymać fason. A ja – zamiast myśleć o tym, co i na czym będziemy jedli – coraz częściej myślę o tym, czy dam radę kolejny rok. Czy wytrwam w tej trudnej miłości. To, co było oczywiste wiele lat temu, stało się rozważaniem.

Czy potrafię kochać nieprzyjaciół, czy każdy znajdzie miejsce przy stole, czy znajdę po raz kolejny siłę do delikatnego choćby uśmiechu i podam rękę temu, kto deklarował mi nienawiść? Co roku potrzebne są mi rekolekcje, ale i rozważania Drogi Krzyżowej. Bo już wiem, że tak, jak świat postąpił wobec Pana Jezusa, postąpi także z nami. Nie ma co liczyć na lepsze traktowanie.

Muszę pamiętać o ludziach, których kocham, i dla nich iść do przodu. To niełatwe – w codziennych troskach zobaczyć kochające serce, które daje siłę. Teraz muszę szukać i znaleźć swojego Szymona Cyrenejczyka, aby pomógł nieść pomoc. A w sobie stłamsić egoizm, który broni się, bo chce, abym została sama ze swoją słabością.

W dzieciństwie, gdy słuchałam, jak tłum skazuje Jezusa, byłam przekonana, że ja bym się nie zawahała i Go obroniła. Krzyknęłabym, znalazła sojuszników, pomogła Mu. Dziś sumienie podpowiada mi, że mogłabym stać w tym tłumie i milczeć – przecież tyle mam do stracenia. Codziennie staję przed wyborem zabrania głosu w imieniu słabszych. Muszę mierzyć się z tym, że komuś się to nie spodoba, nazwie to populizmem, obłudą, będzie szukał ukrytych intencji. Bo z daleka nie widać całego zmęczenia, rozważania, trudnych wyborów i rozterek.

Wycofać się czy stać w obronie? To nie tylko moje pytania. Pomagam już ponad dekadę – wiedza i doświadczenie nie pozwalają mi już na beztroskę wiary w to, że wszyscy ludzie są dobrzy i mają zawsze dobre intencje.

Obmywać stopy gardzącym

Święta Wielkanocne są trudnym czasem, jeśli poważnie traktuje się swoją wiarę. To zderzenie miłości głoszonej i potwierdzonej przez śmierć Jezusa na Krzyżu z tym, jak codziennie funkcjonuję. Czy sama potrafię wybaczyć, dać szansę każdemu? Czy będę potrafiła – przy tak poważnej, codziennej eksploatacji wiary w innych ludzi – jak Jezus, pełna wiary, powiedzieć w obliczu zbliżającego się końca: „Ojcze, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią?”. Miłość do drugiego człowieka jest łatwa na pustyni. W tłumie ludzi, szczególnie poranionych, z trudnymi doświadczeniami, broniących się przed skrzywdzeniem – miłość to wyzwanie.

Zadaję sobie w chwilach zwątpienia te pytania – i odpowiedź nie jest oczywista. Czy nadal wierzę w dobrą wolę ludzi? Czy jeszcze im wierzę, że są w stanie się zmienić? Czy w każdym człowieku potrafię dostrzec dobro i uchwycić się go, aby mu pomóc je rozpalić? Czy może chcę mu pokazać, że jest zły, i go ukarać ? Jak mogę pójść do spowiedzi i prosić Boga o wybaczenie, skoro sama z wybaczeniem innym mam problem? Czy ja w ogóle chcę wszystkim wybaczyć? Czy dam radę wziąć na serio słowa Chrystusa i rzeczywiście oddałabym życie za każdego człowieka? Wierzę, że Jezus zmartwychwstał, wiem, że po śmierci czeka mnie sąd, ale czy codziennie o tym pamiętam? Nie jestem jeszcze gotowa na śmierć – to pewne, że potrzebuję czasu. Tylko ile go jeszcze mam?

Codziennie proszę Boga o zdolność przebaczenia i cierpliwość. Każdego dnia buduję relacje z różnymi ludźmi, codziennie ktoś inny prosi o wsparcie w Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej. Co roku zmienia się skład przy stole Wielkanocnym i nie wiem, czy to znak czasów, czy moje doświadczenie, że spotykam na drodze ludzi, którzy dzielą i deklarują, że nienawidzą innych. Krzyczą mi w twarz, że odbieram im godność, bo nie będą jedli jedną łyżką z gorszymi od siebie, nie będą z nimi spali w jednym pokoju. Czują się panami, czują się lepsi. Kto ma stanąć w obronie, kiedy i czy to ja powinnam powiedzieć „dość”? Czy mi wolno ich osądzać?

Gardzą innymi, a ja powinnam im obmyć stopy ? To nie takie proste z moimi słabościami.

Schylić głowę przed każdym

Chciałabym lepiej, czujniej i mądrzej żyć, znaleźć odpowiedź na pytanie o miłość. Bo przecież w chwili śmierci i ja, i oni możemy otrzymać dar Bożego przebaczenia. Do zbawienia nie wystarczą same dobre uczynki – musimy przebaczyć sobie i innym. Chciałabym bardziej dostrzegać dobro, widzieć tych wszystkich ludzi, którzy kochają, a mniej tych, którzy dzielą lub ulegli temu podziałowi. Chciałabym posiąść moc takiego dzielenia swojego czasu, aby nikt nie czuł się zawiedziony. Umieć wyrazić wdzięczność za pomoc, jaka płynie od ludzi do Misji, ale i za męża, i syna, którzy są ze mną w codziennych zmaganiach. Oni we mnie wierzą. Dać wiarę i nadzieję tym, którzy ze mną na co dzień niosą tę pomoc. Pokazać, że to, co robimy, ma znaczenie dla nas wszystkich również w kontekście zbawienia.

Wielkanoc to dobry czas na rozważania o jakości życia tu, na ziemi, i o tym, co nas spotka po śmierci. W końcu to dzięki dobrym relacjom z ludźmi możemy liczyć na ich modlitwę po naszym odejściu do czyśćca czy radosne przywitanie w niebie.

Znam ludzi, którzy przeżyli na ziemi czyściec – po przejściu w swoim życiu potężnego kryzysu już są spokojni, bo wiedzą, co tak naprawdę jest ważne. Pomimo totalnej biedy, utraty majątku, jedyne, czego żałują, to zerwane więzi. Potrafią już nazwać to, co złego zrobili, i starają się to zmienić. Pokazują mi prawdziwe emocje, dzięki nim widzę inny, prawdziwy świat, bo jedyne, czego chcą, to być kochanymi.

I po kolejnym spotkaniu z nimi wiem, że muszę znaleźć w sobie siłę, aby schylić głowę przed każdym. A każda zmiana świata, którą powinnam przynosić, zaczyna się ode mnie.