dwutygodnik internetowy
13.08.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Co po OFF-ie?

Czy warto ekscytować się muzyką, skoro wyśpiewano i zagrano już prawie wszystko? Co stanowi dziś o przyjemności ze słuchania nagrań: doświadczenie autentyczności czy kunsztowna stylizacja? Odpowiadają muzycy z grup Turbonegro, Sierść i Kapela ze Wsi Warszawa. 

Turbonegro, fot.: Michał Murawski

Turbonegro, fot.: Michał Murawski

Nie ma bardziej miałkiej formuły tekstu dziennikarskiego niż relacja z koncertu rockowego. „Kto był, ten wie” – mówi ludowe porzekadło. A kto nie był, to albo nie chciał i nic go opis riffów i solówek nie obchodzi, albo nie mógł i czytanie o tym, jak było, powiększa rozczarowanie. Tę prawidłowość uświadomiłem sobie po latach skrupulatnego notowania blasków i cieni kolejnych edycji katowickiego OFF Festiwalu. W końcu zrozumiałem, że nie zostanę nowym Lesterem Bangsem i żeby mój służbowy pobyt zakończył się pożytkiem większym niż własna satysfakcja, należy zabrać się do sprawy z innej strony.

Za metodologiczny przewodnik po tegorocznym OFFie posłużyła mi jedna z najgłośniejszych książek okołomuzycznych, które ukazały się w tym roku: „Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością” Simona Reynoldsa. Jeden z najbardziej wpływowych brytyjskich krytyków muzycznych postawił tezę o miałkości popkultury, która (nie tylko w świecie muzyki) opiera się na wiecznych, nostalgicznych powrotach do tego, co kolejne pokolenia słuchaczek i słuchaczy pamiętają z dzieciństwa. Wedle Reynoldsa proces ten trwa już od lat 60. Napędzają go kolejne fale autentycznej lub wyobrażonej tęsknoty za utraconą niewinnością, autentyzmem, oryginalnością, biglem i fasonem. W muzyce pop, rock and rollu oraz ich kontrkulturowych antytezach od dziesięcioleci nie pojawiły się nowe jakości. Punk? Reynolds dowodzi, że był to przede wszystkim tryumfalny powrót tradycyjnego rock and rolla. Hip-hop – nowoczesna interpretacja zakorzenionych tradycji. Zbieranie kolekcjonerskich wydań płyt i poszukiwanie źródeł współczesnych mód? Ot, muzealizacja rocka, która prowadzi do umieszczenia muzyków w szklanych gablotach, przyszpilenia tak jak motyli na wystawach entomologicznych. Źródłem pociechy może być jedynie prawdopodobna perspektywa, w której internetowe archiwa pękną w szwach i historia muzyki zacznie toczyć się na nowo.

Jak te przewidywania mają się do wrażeń z festiwalu, którego program opiera się na ściganiu nowych trendów i poszukiwaniu oryginalności? Czy w ogóle warto ekscytować się muzyką, skoro wyśpiewano i zagrano już prawie wszystko? Co stanowi dziś o przyjemności ze słuchania nagrań: doświadczenie autentyczności czy kunsztowna stylizacja?

Postanowiłem o to zapytać najbardziej kompetentne osoby – muzyków z grup, których występy należały do najjaśniejszych punktów tegorocznego OFFa. Chcąc uzyskać jak najszerszą reprezentację postaw i poetyk zdecydowałem się zasięgnąć języka u rock and rollowych obrazoburców z Turbonegro, wymyślającego black metal na nowo składu Sierść (sensacja trzeciego dnia festiwalu) oraz odnowicieli polskiego folku z Kapeli ze Wsi Warszawa. Plon tych „rozmów z kluczem” poniżej, a na końcu relacji glossa z zestawieniem wykonawców, których po katowickich koncertach warto umieścić na prywatnych playlistach (oraz: ukłon w stronę nieobecnych masochistów).

Turbonegro. „Postmodernizm, albo coś w ten deseń”

Opowiadają Tony Sylvester (wokal) i Euro Boy (gitara solowa)

Właśnie zeszliście ze sceny po swoim pierwszym koncercie dla polskiej widowni.

Tony Sylvester: Tak. Był to też mój pierwszy pobyt w Polsce.

I jak oceniacie polską publiczność?

T.S.: Świetna! Zanim zaczęliśmy koncert, pod sceną nie było zbyt wielu ludzi. A jak zaczęliśmy grać pierwszy utwór, to wszyscy się zbiegli. To było fantastyczne.

Euro Boy: Bardzo nam się podobał nasz pierwszy polski występ. To naprawdę fajny festiwal. Szczerze mówiąc, jako zespół gitarowy z hard rockowymi wpływami częściej występujemy na festiwalach metalowych lub punkowych. Muzyka rockowa jest dziś trochę na uboczu. Fajnie było wziąć udział w festiwalu, którego program jest zróżnicowany.

Gracie w angielsko-norweskim składzie. Jestem ciekaw, czy znacie jakieś polskie zespoły. Na przykład Chopina.

T.S.: Kogo?

Kompozytora.

T.S.: Taaa i Góreckiego (śmiech). No i oczywiście Behemoth.

A Holy Toy? To norweski zespół sformowany przez Andrzeja Dziubka, polskiego górala, który uciekł z PRL do Norwegii.

E.B.: Tak, pamiętam ich z dzieciństwa. Byli gwiazdą naszej sceny, a ich płyta pewnie najlepszą w historii norweskiej muzyki zaraz po…

T.S.: Apocalypse Dudes i Retox.

O OFF Festivalu mówi się, że to „zjazd hipsterów”. Tymczasem „Hobbit Motherfuckers”, jeden z waszych najsłynniejszych utworów, wymierzony jest w postawy, które, z pewną dozą złej woli, można przypisać słuchaczom, którzy co roku pojawią się w Katowicach.

T.S.: Sugerowałem, żeby to dziś zagrać, bo to taka świetna piosenka (śmiech).

E.B.: Ta piosenka powstała w 1995 roku. Nie opowiada o hipsterach, ale o ówczesnym trendzie na tak zwany neoprymitywizm. Jego zwolennicy nosili dredy, grali na didgeridoo, próbowali powrócić do kultury plemiennej. Nie mamy nic przeciwko hipsterom. Sami nimi jesteśmy.

T.S.: Riff z „Hobbit Moterfuckers” był inspiracją do jednego z utworów na „Sexual Harassment”, naszej ostatniej płycie.

Pomówmy trochę o najnowszym albumie, „Rock and Roll Machine”. Brzmi jak muzyka ojców waszej publiczności. Jest na nim dużo nawiązań do lat 80., rocka stadionowego, tak zwanego hairmetalu. Turbonegro zawsze było gdzieś pomiędzy garażem a stadionem. Mam wrażenie, że tym razem postawiliście na stadion.

T.S.: Od lat nie mieliśmy w składzie klawiszowca. Pål Pot Pamparius odszedł ze składu, jeszcze zanim trafiłem do zespołu. Kiedy Crown Prince Haakon Marius zagrał swoje partie do „Hot for Nietsche” i „Special Education”, pomyślałem: „O tak, to jest to!”.

Lubimy taką muzykę. Słuchamy jej na bekstejdżu, wychowywaliśmy się na niej. Jeśli urodziłeś się w moim pokoleniu, to nie ma siły, żeby taka muzyka nie zaatakowała twojej psychiki, kiedy byłeś mały. Urodziłem się w 1973 roku. Dotarł do mnie szczytowy moment takiej muzyki w latach 1978–83. Siedziałem przed telewizorem, który nadawał muzykę, na której jeszcze nie bardzo się znałem.

I to była ostatnia rzecz, która cię zachwyciła, zanim odkryłeś punk?

T.S.: Dokładnie tak. To była muzyka, którą odbierałem biernie, w czasach, kiedy jeszcze nie wyrabiałem sobie własnych opinii. Ale polubiłem ją na zawsze.

E.B.: Nad tym albumem pracowaliśmy z prawdziwą radością. Pomyśleliśmy, że nie damy rady nagrać lepszych punkowych piosenek od tych, które już mamy w dyskografii. Więc postanowiliśmy nagrać muzykę, która będzie autentyczna przez odzwierciedlenie tego, kim jesteśmy teraz. To zupełnie naturalne. Nasza poprzednia płyta to był powrót do korzeni. Tym razem chcieliśmy zrobić coś nowego, sprawdzić, czy uda się ponownie wprowadzić klawisze do hard rocka, bo zdążyły wypaść z obiegu, jakoś w okolicach fali popularności grunge’u w latach 90.

To bardzo szczera płyta. Włożyliśmy w nią serce, prawdziwe emocje. To dla nas także powrót do dzieciństwa.

T.S.: Wszystko, co się z nią wiąże, ma tworzyć krainę niewinności. Klawisze jak z automatów do gry, brzmienie, okładka.

A z drugiej strony jest na tej płycie piosenka „Skinhead Rock and Roll”. Tekst dotyczy skinowskiego etosu, ale muzyka zupełnie nie koresponduje z tym, czego słuchają skini.

T.S.: Wyobraziliśmy sobie, co by się stało, gdyby Andrew Lloyd Webber napisał musical o skinheadach. Pomyśleliśmy, że to świetny koncept, i tak powstał ten utwór. To nie jest skinowska piosenka, ale piosenka o skinheadach.

E.B.: W 2016 pojechaliśmy na tournée do Stanów Zjednoczonych. Graliśmy tam piosenkę Eltona Johna „Saturday Night’s Allright for Fighting”, a to przecież piosenka o skinheadach, którzy na Wyspach byli popularną subkulturą w latach 70. i 80. Wpływały nich różne zespoły, na przykład the Who. Postanowiliśmy się zabawić tym klimatem. Ale może to zbyt złożony koncept.

T.S.: Kochamy klimat lat 70., glam rock i tak dalej. Ale nie chcieliśmy go dosłownie odtwarzać. Jest taki świetny włoski zespół Giuda. Grają stuprocentowy glam. My nie musimy.

E.B.: Nawet wczesne nagrania AC/DC wiążą się z tą subkulturą. W Australii była subkultura sharpies, kombinacja klimatów skinowskich z glam rockiem…

Która dziś doczekała się wskrzeszenia za sprawą grupy Amyl and the Sniffers…

T.S.: No właśnie, tych australijskich brzmień też słuchamy, zwłaszcza w klasycznym wydaniu: Rose Tattoo, Lobby Loyde’a, Coloured Balls i tak dalej.

Rozmawiamy w historycznym momencie. Rok temu była czterdziesta rocznica wybuchu punk rocka. Coraz większą popularność zdobywa pogląd, że w muzyce rockowej „wszystko już było” i nie da się osiągnąć niczego nowego. A wy jesteście jedną z ostatnich grup, która poprzez wspomniany „mariaż garażu ze stadionem” wniosła do niego świeżą energię.

T.S.: Trochę trudno mi o tym mówić, bo kiedy działy się te rzeczy, nie byłem członkiem zespołu. Dla mnie Turbonegro to coś jak przycisk z napisem „reset”. To było coś nowego. Bo rzeczy, których słuchałem w 1997 czy 1998, były znacznie bardziej zaawansowane, pretensjonalne. A kiedy usłyszałem to, pomyślałem, że to coś autentycznego, taki prawdziwek.

A jeśli chodzi o punk i w ogóle całą muzykę gitarową, to szczerze mówiąc, od tamtej pory nie słyszałem zbyt wielu innowacyjnych nagrań.

E.B.: Być może „punkt końcowy” w historii rocka i początek „nowej ery w muzyce” nastąpił w 1994 po śmierci Kurta Cobaina i rok później, kiedy internet zaczął być tak bardzo popularny. Po tych dwóch wydarzeniach rock przestał być formą rebelii, a stał się częścią tradycji.

Na ile poważnie traktujecie swoją muzykę i przekaz? Trochę przypomina „punkowy kabaret”, ale dla obecnych pod sceną ludzi z ekip waszego fan klubu Turbojugend, którzy do Katowic przyjechali z całej Polski i kilku innych krajów, młyn pod sceną to poważna sprawa, wręcz element tożsamości.

E.B.: Nasz zespół to nie dowcip. Traktujemy poważnie to, co robimy. Staramy się grać dobrą muzykę, wkładamy w to emocje. Ale też mnóstwo humoru. To zmyślna mikstura. Można powiedzieć, że to postmodernizm, albo coś w ten deseń. Niektórych może wprowadzać w zakłopotanie. Ma kilka warstw, można o nim mówić na różnych poziomach. Turbonegro jest jak pudełko: w jednym rogu jest śmiech, w drugim złość i agresja, w trzecim coś dla bystrzaków a w ostatnim szczere emocje.

A w środku pudełka mieści się transgresja i naruszanie politycznej poprawności.

T.S.: Już nie tak bardzo jak dawniej. W tekstach jest przede wszystkim nasze poczucie humoru, sposób, w jaki ze sobą rozmawiamy. Nie staramy się szokować za wszelką cenę. Nie jesteśmy bandą internetowych trolli wybierających tematy, które wzbudzają kontrowersje.

Zapewniam, że nie mam zamiaru wciągać w rozmowę o polityce. Ale uważam, że wasz zespół tworzy pewne ramy do ekspresji do pewnych niepoprawnych zachowań, naruszania tabu, odgrywania hipermęskich postaw.

T.S.: Hipermaskulinizm jest u nas obecny w tej samej formie, która pochodzi z kultury gejowskiej. Wiesz, lata 70., jeansy denim, cała ta estetyka, zespół Queen, czy nawet Mick Jagger z tamtych lat… To z jednej strony bardzo męskie, maskulinistyczne, ale z drugiej totalnie kampowe. Na scenie wyglądamy jak macho, pewnie najbardziej ja i Tom (Happy Tom – basista grupy, przyp. J.B.), ale jest to forma wielopoziomowej zabawy rolami.

E.B.: W czasie koncertów chcemy dać naszej publiczności poczucie wolności i dobrą zabawę, ale też doświadczenie wyjścia poza granice.

T.S.: Jest tyle zespołów, które mówią o poważnych sprawach i kondycji człowieka, mówiąc wprost, wskazują i krytykują problemy tego świata. A my jesteśmy dla tych, którzy po tygodniu w pracy chcą się trochę wyzerować.

Sierść, fot.: Michał Murawski

Sierść, fot.: Michał Murawski

Sierść. „Emocja blackmetalowa”

Opowiadają Ada Lizardziuk (wokal, bas), Jakub Lemiszewski (gitara, wokal) i Anatol Malinowski (perkusja)

Nic o was nie wiem. Muzykę Sierści poznałem dopiero podczas koncertu. A z biogramu wyczytałem, że wydaliście już trzy kasety i sporo koncertujecie.

Ada Lizardziuk: Nie robiliśmy żadnej promocji. Rozchodziły się wśród znajomych.

Anatol Malinowski: To były spontaniczne, trochę przypadkowe nagrania, na przykład z komórki. No, ale ukazały się.

Na wasz koncert na scenie eksperymentalnej przyciągnęła mnie etykietka black metal. A nie wyglądacie, jakbyście przybyli znad norweskich fiordów.

Jakub Lemiszewski: Bo nie o to nam chodzi. Nie chcemy kierować się zasadami wymyślonymi dwadzieścia lat temu.

A.L.Chodzi o emocje. Kogo obchodzi, jak wyglądamy?

A.M.: W black metalu ważne są tylko samotność i depresja. Cała reszta szopki lajfstajlowo-wizerunkowej niespecjalnie mnie interesuje.

Ale black metal to też pewien etos.

J.L.: Dla mnie to fascynacja czysto muzyczna. W gimbazie i liceum słuchałem całej masy surowego black metalu. Zawsze wiedziałem, że to jest to, chcę coś takiego robić. Ale nie miałem wczytu na ideologię ani na przebieranki. Nie lecimy za schematem. Ale zawarte w black metalu emocje mają dla nas wartość. Żyjemy w trudnych i dziwnych czasach. Potrzeba takiej radykalnej muzyki.

To dla nas instynktowny wybór. Nie gramy rozległych, progresywnych form, tylko walczymy z własnymi, niekoniecznie pozytywnymi emocjami.

A.L.: Najbardziej się cieszę, kiedy po koncercie podchodzą do mnie ziomale i mówią, że daliśmy im siłę, żeby mogli zmierzyć się z własnymi demonami.

Drugi ważny komponent w waszej muzyce to punk, jakkolwiek byśmy go nie definiowali. 

J.L.: Gramy muzykę, która jest oparta na krótkich zapętleniach gitary. Może to świadczy o pewnym podobieństwie. Natomiast typowego punka nie gramy, choć oczywiście szanujemy. Na przykład w Lipsku, który jest totalnie lewackim miastem, graliśmy w jakiejś komunie punków, którzy mieszkają w przyczepach. Szanuję ich doktrynę samowystarczalności, choć sam nie żyję w ten sposób.

A.L.: Punk to ściśnięta, zamknięta struktura. Punkowcy dobrze czują się pod własnym sztandarem, jeśli to, co grają, podoba się innym punkowcom i jest zagrane wedle metryki. Na innej true punkowej imprezie publiczność była skonsternowana tym, że na przykład perkusja nie leci w ich ulubionym bicie i nie mogą do tego pogować.

A.M.: Sam nigdy nie lubiłem pogo. Wbijałem na te wszystkie ciężkie koncerty, żeby sobie potańczyć.

Zagraliście sporo koncertów za granicą.

J.L.: Graliśmy trasę w Rosji i w Ukrainie, gdzie byliśmy po raz drugi. A oprócz tego mamy na koncie takie pojedyncze wypady do Czech i Niemiec. Chcielibyśmy z naszą muzyką zwiedzić jak najwięcej świata, ale wschód to dobry kierunek. W Ukrainie jest bardzo dużo ludzi, którzy czują naszą muzykę. Kiedy byliśmy tam po raz pierwszy w 2016, to dosłownie oszaleli. 120 osób na koncercie jakiejś tam noise’owej kapeli z Polski. Okazało się, że słuchają naszych kawałków, wiedzą, co robimy i kim jesteśmy. 

A.M.: Ludzie tam mają w sobie mocny dół. Temperatury, polityka, mnóstwo kłopotów, na przykład mieszkaniowych. W takiej sytuacji udział w scenie noise rockowej czy noise’owej jest równie naturalny co wyjście na miasto z ziomkami.

A.L.: Ludzie czują się pozbawieni nadziei. Nie mają priorytetów typu kasa, bo wiadomo, że tej kasy raczej nie będzie. Szukają wrażeń gdzie indziej.

A.M.: Z kolei to, że zagraliśmy w Moskwie, było wynikiem przypadku. Organizator festiwalu Noise-o-rama chciał ściągnąć jak najwięcej ciekawych zespołów. Wpadł na nas, wpisując tagi „black metal” i „noise” na bandcampie.

A jak wygląda sytuacja w Warszawie?

A.L.: Warszawa to miejsce spotkań. Wszyscy jesteśmy skądinąd. W Warszawie jest więcej ludzi niż w innych miastach. Robisz jakieś chore gówno i masz komu je przedstawić. Jeśli ktoś robi jakieś pojebane rzeczy w rodzinnej pipidówie, to serdecznie zapraszamy go do Warszawy (śmiech). Znajdą się ludzie, którzy będą nim zainteresowani.

J.L.: Z Bydgoszczy, Krakowa, Poznania. W Warszawie poznaliśmy się sześć lat temu. Wspólnie uczyliśmy się muzyki, łażąc na koncerty. W Poznaniu miałem problem ze znalezieniem ludzi do grania radykalnej muzyki. Miałem projekt Graveyard Drug Party, bliski temu, co dziś robi Sierść, ale nie dało się go kontynuować.

A.M.: Zależy mi na tym, żeby nie tylko w Warszawie działy się ciekawe rzeczy, żeby tworzyły się lokalne sceny, a ludzie z innych miast też mieli dostęp do takiej „regularnej dziwności”.

Następne pytanie wynika z mojego konceptu zwiedzania OFFa z książką „Retromania” Simona Reynoldsa pod pachą. Według niego szalenie trudno wymyślić dziś nową muzykę. Wy stanowicie w mojej opowieści jutrzenkę nadziei.

A.L.: Ludzka kreatywność nie zna granic.

J.L.: Głoszenie, że wszystko już było, to dla mnie zramolałe gadanie. Zawsze da się skminić coś nowego. Tylko trzeba mieć trochę odwagi, by to zrobić. Bo każdemu zespołowi da się udowodnić, że jest sumą poprzedników. Ale nowa jakość zależy od energii, zbiorowego ducha, a nie medialnego podbicia.

A.M.: Gdyby Animal Collective zaczynał grać w tej dekadzie, nie trafiłby w tak doskonały moment jak dziesięć lat temu. Dookoła jest mnóstwo nowej muzyki, często jeszcze dziwniejszej niż wcześniej. Tylko, paradoksalnie, trzeba jeszcze głębiej kopać, by na nią trafić.

Przecież internet to chyba najbardziej pojemna i dostępna forma dystrybucji i promocji.

A.M.: Ale tak z 8–10 lat temu istniało mnóstwo blogów muzycznych, na których ludzie pisali o nowej muzyce. Istniała wokół tego mikrosubkultura. Teraz te kanały poznikały.

Na koniec zostawiłem do bólu konwencjonalne pytanie o teksty.

J.L.: Bywają śpiewane „po Adowemu”.

A.L.: Teksty składają się z pojedynczych fraz. A kiedy śpiewam, to często mam w tyle bani, że „ooo, teraz muszę to zaśpiewać”, czasem uciekają mi słowa, „lecę na dźwięku”. Mam inny projekt, w którym piszę domknięte piosenki. W Sierści improwizuję.

Kapela ze Wsi Warszawa, fot.: Michał Murawski

Kapela ze Wsi Warszawa, fot.: Michał Murawski

Kapeli ze Wsi Warszawa „ziemscy matrioci”

Opowiadają Maciej Szajkowski (perkusjonalia), Sylwia Świątkowska (wokal, skrzypce, fidel płocka), Magdalena Sobczak-Kotnarowska (śpiew, cymbały), Piotr Gliński (perkusja, baraban)

Mamy mało czasu, a i pewnie jesteście zmęczeni po koncercie, więc zacznę z grubej rury: Polska! 

Sylwia Świątkowska: Polska… jaka jest, każdy widzi.

Maciej Szajkowski: Piękny jest nasz kraj z lotu ptaka.

Z wysokości sceny też?

M.S.: Nie, chyba nie. Nie aspirujemy do scen ustawionych wysoko nad ludźmi, ale nie na wszystko mamy wpływ. Mówisz Polska, ale mogłeś też powiedzieć: Azerbejdżan, Turkmenistan, Gruzja, Mongolia, Powsin, Karczew, Falenica. Nie mamy wpływu na to, gdzie się rodzimy i jakim językiem się posługujemy. To rzecz nabyta. Nie przywiązujemy dużej wagi do tego, kto skąd pochodzi. Raczej interesuje nas historia, jaką ze sobą niesie. Interesuje nas człowiek, jego plemię, później etnos, a nie granice, które wytyczono na mapie. Odnosimy się do kultury uniwersalnej, wskazując na źródła.

To jak na OFFie. Gra muzyka z całego świata, a wy jesteście odpowiedzialni za polski komponent w programie.

M.S.: Tak polski jak paprykarz szczeciński, żubrówka, kierpce i onuce (ogólny wybuch śmiechu). 

No, ale można waszą muzykę potraktować jak promocję polskiego dziedzictwa kulturowego, działalność patriotyczną…

S.Ś.: To duże słowa. Staramy się nie używać wielkich słów. Ale w pewien sposób tak jest. To patriotyzm w najbardziej pożądanej formie, poszukiwanie Polski, która jest otwarta, a nie ksenofobiczna, ludzi życzliwych, a nie zamkniętych w sobie i nienawistnych. Chcemy budować naszą muzyką mosty i jak najpiękniej pokazać Polskę. 

Piotr Gliński: Jestem dumny z tego, że jeździmy po całym świecie i promujemy naszą kulturę. Ale to nie jest cel ideologiczny.

M.S.: Nie przyszło nam to przez myśl aż do koncertu, który kilkanaście lat temu zagraliśmy w Ameryce. Po raz pierwszy pojawiła się polonijna publiczność. Wcześniej uważali, że jesteśmy zespołem amerykańskim, z miejscowości Warsaw we wschodnich Stanach, który gra popularną muzykę wywodzącą się z polki. Polonusi bardzo się wzruszyli naszym występem. To, że przywołaliśmy miłe wspomnienia, było dla nas sympatyczne. Ale nie chodzi nam o sentymenty. Chcemy budzić ducha i świadomość, ale też dopisujemy do tradycji własne, autorskie przekazy. Tworzymy continuum do tego, co dane nam było odziedziczyć albo samodzielnie odkryć. A czemu cię to tak frapuje?

Bo jeszcze parę lat temu nie do pomyślenia było, że dwudziestolatki będą wiedzieć, czym jest fidel płocka czy suka biłgorajska. A po sukcesie Kapeli pojawiła się „nowa fala folku”. Ludzie z takich koncertów wynoszą więcej niż z lekcji historii, wizyt w muzeum etnograficznym czy z tak zwanych uroczystości patriotycznych.

S.Ś.: Uważam, że samemu nie można ocenić własnego patriotyzmu. To tak, jakbyś pytał nas, czy jesteśmy dobrymi ludźmi.

P.G.: Ktoś może czuć się obywatelem świata, ale w międzynarodowym towarzystwie podkreślać swoje pochodzenie.

Magdalena Sobczak-Kotnarowska: Można być też patriotą ziemskim.

M.S.: Albo matriotą. O właśnie, jesteśmy matriotami ziemskimi. Swoją drogą w Kapeli zawsze podkreślaliśmy wątki kobiece. 

Choćby za pomocą utworu „Ej, ty gburski synie”, pierwszej polskiej piosence feministycznej, jaką udało się zanotować etnografom…

M.S.: I nie tylko! Pierwszy skład z 1997 roku to ja i pięć dziewczyn na froncie. To był (jeszcze wtedy podświadomy) przekaz „dziewczyny, wychodzicie i realizujecie się i pokazujecie swoją moc w czasach ostrej, gitarowej kultury”. W kontrze do post punka sięgnęliśmy po instrumenty akustyczne, by eksponować je tak jak gitary elektryczne, a po drugie pokazywać żeński pierwiastek w kontrze do kultury macho.

A jak się nagłaśnia ludowe instrumenty w warunkach rockowego koncertu?

M.S.: Trudno. Przez dziesięć lat zmagaliśmy się z totalną ignorancją. Akustycy nie wiedzieli, jak ugryźć brzmienie tych instrumentów. W końcu zaprosiliśmy Mario Dziurexa Activatora, człowieka z innej planety, ale o podobnej do nas wrażliwości. (Mario Dziurex, właść. Mariusz Dziurawiec, jest producentem muzycznym, DJ-em, autorem remiksów, członkiem kolektywu Joint Venture Sound System, jedną z najważniejszych postaci polskiej sceny dub – przyp. J.B.). On nadał naszym występom przestrzeni, odpowiednich barw, proporcji, dynamiki i pokazał nasze brzmienie za pomocą konsolety. To, co dla nas zrobił, wielokrotnie przerosło nasze oczekiwania. Dał brzmieniu zupełnie nowe życie.

M.S.-K.: Mario jest członkiem załogi, jednym z muzyków. 

P.G.: Powszechnie uważa się, że instrumenty akustyczne powinny brzmieć naturalnie, bez zniekształceń. Tak jak w orkiestrze klasycznej. W ten sposób wychowano większość realizatorów dźwięku. Chcemy pokazać, że takie ludowe instrumenty mogą się odnaleźć w dzisiejszych czasach, we współczesnej kulturze i rzeczywistości. Nie muszą brzmieć archaicznie, mogą konkurować z instrumentami elektronicznymi. Staramy się łączyć muzykę ludową i współczesną.

A dla występujących dziś z wami śpiewaków z kurpiowskiego chóru występ na takim festiwalu to pewnie nowe przeżycie. Czy panowie komentowali dzisiejszy koncert?

M.S.: Dla nich to fantastyczna przygoda. Mogą wyjść ze świata imprez folklorystycznych, rodzinnych, puszczańskich i skonfrontować swój śpiew z nową publicznością. Staramy się nie dzielić naszych odbiorców na tych, co przyszli do nas ze światów reggae, folku, jazzu czy punk rocka. Staramy się docierać do wszystkich. Ale w wypadku kurpiowskiego chóru pełnimy też w pewnym sensie rolę posłańców.

Na szczęście czasy się zmieniają i znikają muzyczne getta. Mój syn zaraz skończy 18 lat. Kiedy obserwuję jego i kolegów, to widzę, że to ludzie pozbawieni kalek, schematów, mundurków, w które my wskakiwaliśmy w ich wieku. Nie mają na sobie brzemienia szufladek i subkultur. Jednego dnia inspirują się muzyką elektroniczną, ale świetnie bawią się też na koncertach jazzowych i etnicznych. I nie widzą w tym nic zdrożnego. To piękne. Jesteśmy świadkami wielkiej przemiany. Ludzie, tworząc muzykę, zaczynają czerpać z wielu źródeł. A muzyka może się rozwijać jedynie w ten sposób. W makrokosmosie muzycznym szalenie trudno opowiedzieć nową historię, wymyślić nową formułę, brzmienie. Ale jeśli się jest osobą otwartą i poszukującą, to się udaje. W sztuce nie istnieją ograniczenia, obawy, fobie, kryteria.

P.G.: Trzeba być także konsekwentnym. Od ponad dwudziestu lat pracujemy nad tym, żeby muzyka tradycyjna przebiła się do mas i choć oczywiście nie jesteśmy jedynym zespołem działającym w ten sposób, to mamy ogromną satysfakcję ze zmiany podejścia do tradycji muzycznych.

Chciałbym też trochę opowiedzieć o naszych gościach. To bardzo świadomi artyści, przedstawiciele kurpiowskiej elity. Dyrektor szkoły, lokalni przedsiębiorcy. Zajmują się pracą, ale jednocześnie mają świadomość, że ich tradycja jest bardzo wartościowa. Świadomie promują lokalną kulturę. Kiedy mają okazję wystąpić, odkładają pracę, biorą urlopy, bo uważają, że występ na scenie w stroju kurpiowskim jest tego wart.

Przełamaliście niemal wszystkie muzyczne granice. Połączyliście polski folklor z tradycjami z odległych zakątków świata, punk rockiem, elektroniką. A czy jest coś, czego byście z nim nie zrobili?

M.S.-K.: Ostatnio odmówiliśmy napisania piosenki do gry, która jest totalną strzelanką.

P.G.: Unikamy polityki, nie nagralibyśmy płyty dla żadnej partii politycznej.

M.S.: To oczywiste, że nie wspieramy żadnych krwawych korporacji ani niszczycieli planety. Ale jeśli chodzi o mariaże muzyczne, nie ma gatunku, z którym byśmy nie pożenili polskiego folku.

***

Na koniec garść drobnych uwag i spostrzeżeń.

Po tegorocznych występach do playlist i urządzeń odtwarzających muzykę wypada wkleić nagrania następujących wykonawców: post punkowej grupy Shortparis (wbrew nazwie pochodzą z Petersburga); czarujących matron z Como Mamas, których żarliwy śpiew gospel przebił się przez ściany gitar i potoki elektronicznych hałasów z pobliskich scen; grających stylowego rocka the Mystery Lights (Simon Reynolds pewnie kręciłby nosem) oraz koniecznie o eterycznym uroku Derya Yıldırım & Grup Şimşek (wypada też żywiej zainteresować się turecką muzyką, która łączy lokalne tradycje z zachodnim rockiem, popem i fusion).

Odkurzenie i uważny odsłuch po latach należy się też programowi płyty „Spokojnie” grupy Kult. Zespół od kilku lat uchodzący co najwyżej za ozdobę juwenaliowych koncertów wyszedł z konfrontacji z offową publicznością „z tarczą”. Wbrew docinkom krytyków i trudnym czasom dla „etosowego” rocka o okołopunkowych fundamentach grupa wypadła autentycznie i cieszyła się wielkim aplauzem. Jedną z mniej oczywistych zalet OFF Festivalu jest „odczarowywanie” wykonawców tak zasłużonych i legendarnych, że aż skazanych na zapomnienie, lub swoista nobilitacja tych, po których festiwalowa publiczność raczej nie sięga. To drugie udało się parę lat temu za sprawą wzruszającego występu Zbigniewa Wodeckiego wraz z Mitch & Mitch Orchestra. Z kolei odegranie słynnych utworów Kultu w okolicznościach innych niż piwne bachanalia skutecznie przypomniało o wielkiej wartości ich nagrań ze „Spokojnie”. Głos Kazika w obecnej formie, pozbawionej dawnego żaru i niekiedy „wysiłkowej”, brzmi wiarygodnie jak „życiowe świadectwo rockmana”. Warto przy okazji zanotować, że tym występem Kult zaprzeczył jednej z tez postawionych przez Reynoldsa w „Retromanii”. Według brytyjskiego krytyka odgrywanie w całości legendarnych płyt to jeden z przejawów rockowego muzealnictwa. Okazuje się, że w niektórych przypadkach taki program zamiast balsamować odświeża pozycję artystów. Zabawne, że na katowickim festiwalu tezie Reynoldsa zadał kłam ojciec polskiego wydawcy „Retromanii”.

Debatę o pozostałych punktach programu należy pozostawić indywidualnym gustom i zdolnościom percepcyjnym.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj

***

Polecamy także:

Znaleźć i zgubić na OFF-ie