dwutygodnik internetowy
06.04.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Frank. Państwo umywa ręce.

należy zadać sobie pytanie, dlaczego w ogóle decyzja narodowego banku innego kraju ma tak duże znaczenie dla polskich gospodarstw domowych. Jest to efektem świadomego bądź nieświadomego oddania części swojej suwerenności przez polski rząd, który pozbawił się możliwości kształtowania polityki gospodarczej wobec znaczącej grupy obywateli. Dopuszczając do sytuacji, w której 700 000 mieszkańców naszego kraju wzięło kredyt we frankach, odebrał możliwość wpływu na te kredyty polskim instytucjom – np. Radzie Polityki Pieniężnej, decydującej o wysokości stóp procentowych, które determinują wysokość oprocentowania kredytu – przekazując te kompetencje instytucjom szwajcarskim.

ilustr.: Antek Sieczkowski

ilustr.: Antek Sieczkowski

 

W styczniu 2015 roku Szwajcarski Bank Centralny przestał bronić kursu swojej narodowej waluty względem euro. Jednym z efektów tej decyzji był drastyczny wzrost kursu franka szwajcarskiego względem złotego. Wydarzenie to ma istotne konsekwencje dla dużej grupy obywateli naszego kraju – tych, którzy zaciągnęli kredyty hipoteczne w szwajcarskiej walucie. Jeśli do spłaty pozostało im na przykład 100 000 CHF, to 14 stycznia była to równowartość 357 000 PLN, a 15 stycznia, po decyzji SNB, 416 000 PLN (choć kurs franka sięgnął nawet 4,32 złote, obecnie wartość ta wynosi 3,92 złote). Nic więc dziwnego, że decyzja SNB rozpętała w Polsce burzliwą dyskusję na temat odpowiedzialności za zaistniałą sytuację i możliwości jej rozwiązania.

Nie jest naszym celem opisywanie kolejnych niechlubnych praktyk stosowanych przez banki. Nie chcemy zdejmować z nich odpowiedzialności ani stwierdzać, że nie powinny zachowywać się w sposób bardziej etyczny. Niemniej pogoń za szybkim, ryzykownym, często narażającym innych na straty zyskiem nie jest problemem tylko polskiego sektora bankowego. Jeśli chcemy coś w tej kwestii zmienić, konieczne są kompleksowe działania, a nie tylko bieżąca krytyka i wyciągnięcie konsekwencji wobec praktyk poszczególnych banków (co oczywiście również jest potrzebne). Pojawia się tu pytanie o celowość i skuteczność działań państwa, regulatora i nadzorcy systemu bankowego, a co więcej jedynego podmiotu spoza sektora stricte ekonomicznego mogącego realnie kształtować klimat wokół podejścia do gospodarki i ekonomii. Zastanówmy się więc, co zamieszanie wokół kredytów we franku mówi nam o celowości i skuteczności działań państwa polskiego.

Rezygnacja z suwerenności

Na początku należy zadać sobie pytanie, dlaczego w ogóle decyzja narodowego banku innego kraju ma tak duże znaczenie dla polskich gospodarstw domowych. Jest to efektem świadomego bądź nieświadomego oddania części własnej suwerenności przez polski rząd, który pozbawił się możliwości kształtowania polityki gospodarczej wobec znaczącej grupy obywateli. Dopuszczając do sytuacji, w której 700 000 mieszkańców naszego kraju wzięło kredyt we frankach, odebrał możliwość wpływu na te kredyty polskim instytucjom – np. Radzie Polityki Pieniężnej, decydującej o wysokości stóp procentowych, które determinują wysokość oprocentowania kredytu – przekazując te kompetencje instytucjom szwajcarskim. Nie to jednak, w sytuacji, w której Szwajcarzy obniżyli stopy procentowe poniżej zera, jest największym problemem. Najbardziej kłopotliwe dla polskich kredytobiorców są wahania kursu franka, a właściwie jego wzrost. W latach 2005 – 2008 (wtedy udzielono największej ilości kredytów w tej walucie) frank kosztował miedzy 2,0 a 2,5 PLN. Później kurs zaczął rosnąć, aby w tym roku chwilowo przekroczyć 4 PLN. Osoby, które zaciągnęły kredyt w latach 2005 – 2008, muszą często zwrócić kwotę w sumie dwukrotnie większą, niż ta którą pożyczyli. Polskie instytucje państwowe nie mają na to żadnego wpływu.

Co więcej państwo polskie, czy tego chce czy nie i tak ostatecznie będzie musiało zmierzyć się z problemem zadłużonych frankowiczów. Są oni szeroką grupą społeczną, ich finansowych problemów nie da się zamieść pod dywan, a mogą mieć one wpływ na całość gospodarki. Ciekawe jest to, że duża część kredytów we frankach została udzielona za rządów PIS, partii głoszącej potrzebę istnienia silnego państwa, obrony Polskości i suwerenności przed obcym kapitałem i instytucjami politycznymi. I choć problemu z kredytami we frankach nie należy utożsamiać jedynie z tą formacją, jest to jaskrawy przykład tego, jak głoszone poglądy odległe są w Polsce od późniejszej praktyki.

W tym momencie na pewno pojawią się głosy twierdzące, że jeśli ktoś zaciągnął taki kredyt, jest sam sobie winien. Zapewne chciał w ten sposób zarobić, skorzystać na niższym oprocentowaniu (stopy procentowe w Szwajcarii są na razie wciąż niższe niż w Polsce). Chciał być sprytny, podjął ryzyko, niech teraz poniesie konsekwencje, w końcu – jak twierdzi znacząca część teorii ekonomii – wszyscy jesteśmy racjonalnymi konsumentami. Należy jednak zastanowić się, czy te głosy są uzasadnione.

Po pierwsze, nie wszyscy kredytobiorcy mieli wolny wybór. Części z nich proponowano jedynie kredyty we frankach, uzasadniając to tym, że tylko w tej walucie posiadają zdolność kredytową. Argumenty przemawiające na korzyść tych ograniczających swobodę decyzji konsumentów praktyk, budowane były na niepewnych przesłankach. Kredyty w różnych walutach mogą w poszczególnych okresach generować rożne koszty (związane np. z inną stopą procentową w różnych krajach), niemniej przyjęcie założenia, wedle którego w ciągu 25 lat koszty kredytu we franku dla polskiego konsumenta będą na pewno niższe niż w złotówce, jest niezwykle ryzykowne. Tym bardziej ryzykowne, jeśli kredytu udzielamy w obcej walucie, nad którą instytucje naszego kraju nie mają żadnej kontroli. A co gorsza, udzielamy go obywatelom, których podobno nie stać na kredyt we własnej walucie, a więc konsumentom w nie najlepszej sytuacji ekonomicznej, o najwyższym ryzyku niewypłacalności. Tego typu praktyki powinny być zakazane, mogą bowiem doprowadzić nie tylko do pogorszenia sytuacji ekonomicznej obywateli, którzy wzięli kredyty we frankach, ale również bankructwa banków, które niesie za sobą utratę oszczędności przez wszystkich klientów.

Czy w związku z tym państwo powinno zabronić bankom udzielania kredytów w obcej walucie? Nie jestem pewien, czy należy podjąć aż tak drastyczne kroki, choć z perspektywy suwerenności państwa byłyby one słuszne. Być może należy pozostawić możliwość zadłużenia się w obcej walucie pewnej grupie obywateli, na pewno nie powinni znaleźć się w niej konsumenci z największym ryzykiem niewypłacalności. Muszą być to kredytobiorcy o bardzo solidnym zapleczu finansowym, mający dużą świadomość ekonomiczną, zdający sobie sprawę z ponoszonego ryzyka, przygotowani na ewentualne wahania kursowe.

Edukacja, głupcze!

Po drugie, należy się zastanowić, czy polskich kredytobiorców możemy nazwać racjonalnymi konsumentami. Postać homo oeconomicus nie jest obecnie częścią w pełni akceptowanego paradygmatu ekonomii. Jest użytecznym założeniem, pozwalającym budować modele zachowań konsumentów, nierzadko jednak trudno dostrzec ją w obserwacjach empirycznych. Tym bardziej o racjonalności decyzji konsumenckich trudno mówić w przypadku tak zwanej asymetrii informacji, sytuacji, w której jedna ze stron posiada znacznie uboższą wiedzę niż druga. Tu dochodzimy do największego zaniechania polskiego państwa – edukacji. Pomimo wielu reform szkolnictwa, nie jest ono w stanie zagwarantować swoim obywatelom podstawowego wykształcenia obywatelskiego, a tym bardziej ekonomicznego.

Problem z nauczaniem ekonomii jest jednak bardziej złożony. Składa się na niego ogólny klimat, jaki wytworzył się wokół tej nauki. Głośno mówi o tym czeski ekonomista Tomas Sedlacek, który właściwie w każdym udzielonym przez siebie wywiadzie przyrównuje ekonomistów do kapłanów, a ekonomiczne teorie do mitów. Kapłani ci próbują zachować dogmaty swojej wiary jak najdalej od ingerencji zwykłych śmiertelników. Swój cel osiągają poprzez używanie skomplikowanego, matematycznego języka. Nadają w ten sposób swoim teoriom znamion naukowości, profesjonalnej, tajemnej wiedzy, niedostępnej zwykłym wyznawcom, zmuszonym do ślepego posłuszeństwa swoim przywódcom duchowym. Tymczasem zdaniem Sedlacka ekonomiczne teorie są podobnymi mitom opowieściami, które często nie mają zbyt wiele wspólnego ze światem rzeczywistym. Efektem takiego podejścia jest oderwanie ekonomistów i ekonomii jako nauki zarówno od otaczającej nas rzeczywistości, jak i od reszty społeczeństwa.

Co gorsza, w Polsce zaniedbania związane z edukacją jeszcze bardziej oddzielają ekonomię od obywateli. Po wejściu w życie nowej podstawy programowej uczniowie mają łącznie 120 godzin przedmiotu o nazwie „historia i społeczeństwo” (klasy 4 – 6 w szkoły podstawowej) i 60 godzin wiedzy o społeczeństwie (w gimnazjum). W tym samym czasie uczęszczają na 240 lekcji przyrody w podstawówce i po 120 godzin fizyki, chemii, biologii i geografii w gimnazjum. Wiedza o społeczeństwie jest przedmiotem, na który (choćby z samej arytmetyki godzin) polska szkoła kładzie zdecydowanie mniejszy nacisk. W całym tym okresie nie pojawia się żaden przedmiot skupiony na podstawowej edukacji ekonomicznej. Na edukację społeczną nie ma miejsca również w liceum. Oczywiście dużo WOS-u mają ci uczniowie, którzy zdają z niego maturę, reszta, po roku edukacji obywatelskiej, wraca do znanej z podstawówki formuły: przedmiotu o nazwie „historia i społeczeństwo”.

W szkole ponadgimnazjalnej pojawia się za to edukacja ekonomiczna. Po wprowadzeniu nowej podstawy programowej składa się ona z aż dwóch przedmiotów – podstaw przedsiębiorczości i ekonomii w praktyce. Już same nazwy wskazują na to, że nie są one pełnoprawnymi zajęciami. Dlaczego nie mogą nazywać się po prostu ekonomią czy przedsiębiorczością, dlaczego w szkole nie mamy „podstaw fizyki” czy „biologii w praktyce”? Od samego początku ekonomia, nie dość że wprowadzona dopiero po gimnazjum, kreowana jest na inną, dziwną i trudniejszą od pozostałych naukę. Jak można myśleć o niej inaczej, skoro w szkole jest się w stanie nauczyć jedynie jej „podstaw”? Jeśli wszyscy uczniowie używają matematyki na lekcjach fizyki, dlaczego nie mogą skorzystać z podstawowych działań na zajęciach z ekonomii? Dlaczego pełnoprawna uniwersytecka nauka nie może być wykładana w szkole i kończona egzaminem maturalnym na równych prawach z fizyką, biologią, historią czy matematyką?

W efekcie wychodzimy ze szkoły ze zdobytą na geografii wiedzą o różnych typach wybrzeży morskich. Z lekcji biologii pamiętamy, jakie cechy budowy ptaka pozwalają mu latać, z fizyki zapamiętujemy wzór na pęd, nie mamy natomiast pojęcia czym jest stopa procentowa, spread, od czego zależy przyszłe oprocentowanie i wysokość rat naszego kredytu. Nie chcę negować potrzeby zdobycia podstawowej wiedzy o otaczającym nas świecie i likwidować lekcji geografii czy chemii. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że nie każdy z nas będzie musiał w praktyce rozróżnić typy morskiego wybrzeża, większość zaś, prędzej czy później, będzie myśleć o wzięciu kredytu. Akcenty w polskiej szkole są zdecydowanie źle rozłożone.

Państwo umywa ręce

Nasze państwo umywa ręce nie tylko w trakcie naszej edukacji ekonomicznej i obywatelskiej.

Wchodząc do banku, większość z nas nie ma praktycznie żadnej wiedzy ekonomicznej ani prawniczej. Stajemy oko w oko z wykwalifikowanym bankierem – kapłanem, przekonującym nas co do swojej racji. Nie wiemy, na co zwracać uwagę w umowie, gdzie mogą się kryć kruczki prawne, za które możemy w przyszłości słono zapłacić. Państwo nie dostarcza nam narzędzi potrzebnych do podjęcia prawdziwie świadomej ryzyka decyzji ani nie powołuje instytucji, które obiektywnie ex ante powiedziałyby nam, co dokładnie zawiera nasza umowa i jakie niesie ze sobą ryzyka. Wobec tak wielkiej dysproporcji informacji nie mamy innego wyboru niż uwierzyć. Nie jesteśmy racjonalnymi konsumentami, możemy stać się jedynie wyznawcami bankowej religii.

Również później, już na sali sądowej, kiedy próbujemy dochodzić swoich racji w sporze z bankiem, państwo nie wyciąga pomocnej dłoni. Jako konsumenci, w oczach sądu jesteśmy przecież osobami racjonalnymi, świadomymi swoich decyzji, wyedukowanymi, uważnymi, tak więc musimy ponosić konsekwencje swoich ryzykownych decyzji.

Podsumowując działania naszego państwa, trudno nie odwołać się do najczęściej cytowanego w tym roku zdania wygłoszonego przez ministra Bartłomieja Sienkiewicza: „Państwo polskie istnieje tylko teoretycznie, a jego poszczególne instytucje ze sobą nie współdziałają”. Brak jest przemyślanej polityki edukacyjnej mogącej rozwiązać wiele problemów, których można by uniknąć, gdyby lepiej przygotowywać obywateli do czekających ich wyzwań. Brakuje świadomości i wrażliwości w instytucjach mających chronić prawa obywatelskie. Nie ma dalekowzrocznej polityki, przewidującej konsekwencje bieżących posunięć, nawet w tak ważnych kwestiach, jak te dotyczące choćby suwerenności ekonomicznej. Co gorsza niewiele wskazuje na to, że po czekających nas w tym roku wyborach coś się w tych sprawach zmieni.

Współpraca: Zuzanna Morawska

  • Staszek Krawczyk

    Tak, zdecydowanie. Od siebie dodam, że w szkole powinno też być miejsce na psychologię czy socjologię – a więc ogólnie na nauki społeczne.