dwutygodnik internetowy
13.02.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Cierpliwie znosić drugiego

Obowiązkiem chrześcijanina jest stać po stronie krzywdzonego. Choć przykazanie „krzywdy cierpliwie znosić” często odczytujemy jako zachętę do pracy nad urazami, których sami doznajemy, to przecież można je też rozumieć w kontekście społecznym.

ilustr.: Marta Basak

ilustr.: Marta Basak

Tekst pochodzi z 32. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Kobiety w Kościele”.

O „cierpliwym znoszeniu krzywd” – szóstym uczynku miłosiernym względem duszy – zawsze myślałem jako o uczynku przede wszystkim względem siebie. Bycie cierpliwym wobec spotykających mnie przykrych doświadczeń wydaje się mieć w sobie co nieco ze stoicyzmu, nienaruszalności postawy życiowej wobec zmiennego wiatru sytuacji zewnętrznej. Długo zakładałem, że „krzywdy cierpliwie znosić” oznacza – cytując klasyka – „być twardym, a nie miętkim”. Pora zmierzyć się z tym przekonaniem.

Tolerowanie krzywd czy krzywdziciela?

Co tak naprawdę kryje się pod przykazem „cierpliwego znoszenia krzywd”? Jego podmiotem jest osoba, wraz z jej całym życiem wewnętrznym, która doświadcza pewnego czynnika zewnętrznego, jakim są krzywdy jej zadawane. Wytworzona przez czynnik zewnętrzny dynamika powoduje, że podmiot musi znaleźć odpowiednią wobec niej postawę. Liczba mnoga („krzywdy”) zdaje się potwierdzać powiedzenie, że „nieszczęścia chodzą parami”. Zalecenie dla doświadczanej osoby brzmi: „znoś je cierpliwie”. „Cierpieć”, „znosić” to polskie ekwiwalenty łacińskiego „tollerare”. A zatem: tolerować krzywdy. Ale co to znaczy? Czy zatem mamy być bierni wobec napotykanych przez nas trudności: duchowych, materialnych, ekonomicznych? Tolerancja wobec krzywd – to nie brzmi zachęcająco.

Wątpię, by w omawianym uczynku miłosierdzia faktycznie chodziło o tolerowanie krzywd. Kościół – za świętym Augustynem – uczy nas, by zawsze kochać człowieka, grzesznika, ale nienawidzić grzechu. Czy nie znaczy to tyle, co kochać krzywdziciela, a nienawidzić krzywdy? Ciekawy trop podsuwa w tej kwestii ksiądz Mirosław Tykfer w tekście na ten temat opublikowanym we wspólnym cyklu Laboratorium „Więzi” oraz Deon.pl „(k)Rok Miłosierdzia”. Redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego” zauważa, że „w języku włoskim (sopportare pazientemente le persone moleste) mowa jest o cierpliwym znoszeniu osób, które krzywdy zadają. I jest to zasadnicza różnica”. Gdyby przyjąć włoską interpretację, to do opisu dynamiki tego „dzieła miłosierdzia” (jak nakazywałoby dosłowne tłumaczenie z łaciny) trzeba byłoby dodać jeszcze jeden element: krzywdziciela. Dopiero w triadzie: podmiot – krzywdy – krzywdziciel możemy zrozumieć pełny sens „tolerowania krzywd”, a może raczej „tolerowania krzywdzicieli”.

Ubrudźmy sobie ręce

Co jednak miałoby w praktyce oznaczać oddzielenie krzywdy od krzywdziciela? Jak powiedzieć kobiecie bitej przez swojego męża, by nienawidziła krzywdy, której od niego doznaje, ale jednocześnie tolerowała czy wręcz kochała oprawcę? Jak wytłumaczyć czarnoskóremu chłopakowi z Brazylii, mieszkającemu od kilku lat w naszym kraju, że wyzwiska i groźby, które padają pod jego adresem w środkach komunikacji publicznej ze strony młodych Polaków są ohydne, ale że powinien tolerować (a zatem w pewnym sensie: akceptować) swoich krzywdzicieli?

Próba uzasadnienia patologicznych zachowań kontekstem społecznym (zachowania rasistowskie często pojawiają się w środowiskach doświadczających wykluczenia społeczno-ekonomicznego) czy psychologicznym (mąż bijący żonę mógł w rodzinie mieć silne – często wyparte – doświadczenie przemocy) jest zdecydowanie niewystarczająca i może być wręcz przeciwskuteczna. Obowiązkiem człowieka, chrześcijanina w szczególności, jest przecież stać po stronie krzywdzonego, dawać mu poczucie, że nie musi się ze swoimi krzywdami mierzyć w samotności. Choć przykazanie „krzywdy cierpliwie znosić” najczęściej odczytujemy jako zachętę do pracy indywidualnej nad urazami, których sami doznajemy, to przecież można je też odczytywać w kontekście społecznym. Naiwnością byłoby oczywiście sądzić, że możemy wziąć na siebie cudze krzywdy i przepracować je w zastępstwie za tę osobę. Ale na pewno towarzysząc i wysłuchując historii pobitej kobiety czy wspierając atakowanego Brazylijczyka, możemy pomóc im zmierzyć się z tragediami, które ich spotkały. O tym mówi papież Franciszek, apelując, aby Bóg nauczył nas „brudzenia sobie rąk”, wchodzenia z odwagą i pokorą w trudną rzeczywistość drugiego człowieka. „Brudzić sobie ręce” to znaczy być otwartym na całe doświadczenie konkretnej osoby, włącznie z krzywdami, które ją spotkały.

Wobec krzywd – być aktywnym

Wróćmy jednak do perspektywy krzywdzonego. Czy jego postawą ma być bierność i milczenie? Można to zdecydowanie wykluczyć. Przede wszystkim nie zapominajmy, że mówimy o „uczynkach miłosierdzia” czy też „dziełach miłosierdzia”. Pierwszy człon obu określeń zawiera w sobie „czyn” i „działanie”. Wobec krzywd i krzywdzicieli należy być aktywnym, nie wolno dać im rozgrywać sytuacji na własną modłę, nie wolno dać się stłamsić i zamknąć w myśleniu o sobie jako ofierze. To może mieć tragiczne skutki.

Każdy ma prawo, a wręcz obowiązek – w takim stopniu, w jakim jest w stanie go wypełnić – by bronić się przed cierpieniem i tymi, którzy je zadają. „Tolerować krzywdzicieli” nie jest nakazem, który przybiera w praktyce zawsze jednolitą formę. Można sobie łatwo wyobrazić sytuację, w której będzie on zachętą do pogodzenia się z krzywdzicielem poprzez skrócenie dystansu, rozmowę, kontakt fizyczny. To zapewne najlepsza forma rozwiązywania problemów związanych z krzywdzeniem – zwłaszcza na etapie, na którym krzywda jest stosunkowo niewielka. Bliskość i szczerość relacji może pozwolić zarówno ofierze, jak i krzywdzicielowi postawić pierwszy krok ku pojednaniu. „Tolerowanie krzywdziciela” jest w tym wypadku nieustanną otwartością na pojednanie, niezamykanie się w skorupie subiektywnie odczuwanej krzywdy.

Podnieśmy jednak poziom trudności, jaki stawia nam nakaz „tolerowania krzywdzicieli”. Kiedy w grę wchodzi bezpieczeństwo fizyczne krzywdzonej osoby, „tolerowanie krzywdzicieli” nie może być wymówką przed radykalnymi decyzjami. Trafnie wyraził to ksiądz Jan Kaczkowski w przeprowadzonym przez Katarzynę Jabłońską wywiadzie-rzece „Szału nie ma, jest rak”: „Uważam, że człowiek ma prawo chronić siebie przed relacjami, które z jakichś powodów są dla niego szkodliwe. Warto uświadomić sobie, że chrześcijaństwo nie jest cierpiętnictwem i jeżeli relacja z kimś nas rani, to mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek chronić siebie. Jeżeli mąż znęca się nad żoną i patrzą na to dzieci, ona ma obowiązek odizolować się od tego męża. Nie ma nikogo, kogo bym nienawidził. Co nie znaczy, że nie ma osób, które bym po ludzku niespecjalnie lubił albo że nie mam relacji, które mnie bolą czy wkurzają. Do tego mamy prawo. I to nie jest niechrześcijańskie”.

Przytoczony przez księdza Kaczkowskiego przykład ukazuje całą skalę trudności, którą stawia przed nami omawiany uczynek miłosierdzia. Mowa o sytuacji dramatycznej, w której obok krzywdziciela i ofiary są jeszcze bezbronni świadkowie, de facto nieświadome ofiary rykoszetu. Jak żona może tolerować męża krzywdzącego ją i ich dzieci? Jak ma się od niego odseparować, a jednocześnie pozostać otwartą na pojednanie i nie zamknąć się w poczuciu doznanej krzywdy?

Miłosierdzie nas wyzwala

By to zrozumieć, warto przywołać wartość, która stoi w centrum całego konstruktu uczynków miłosierdzia. Jest nią wolność (której nierozłączną współtowarzyszką – jak często powtarza ksiądz Tomáš Halík – jest odpowiedzialność). Praktykowanie dzieł miłosierdzia uwalnia nas ze złudzeń naszego ego, otwiera nas na drugiego człowieka, a także – poprzez przywracanie solidarności z cierpiącymi i naprawianie podniszczonych relacji – oczyszcza nam pole dialogu z „absolutnym Ty”, jak powiedziałby Martin Buber. Można oczywiście przyjąć, że wolność jest nie tylko skutkiem, ale także praprzyczyną miłosierdzia, zakładając, że jedynie człowiek wolny może być miłosierny. Perspektywa odwrotna jest jednak bardziej twórcza – to dopiero praktyka miłosierdzia czyni nas wolnymi. Dopiero dotknięcie ran tego świata, wspomniane „ubrudzenie sobie rąk” poprzez stałą bliskość z ubogimi, chorymi i przybyszami nas uwalnia. Wychodząc im na spotkanie, możemy być przecież pełni górnolotnych, ale zupełnie egoistycznych i protekcjonalnych haseł – chcąc „robić dobro”, „pomagać biedakom”, aby doświadczyć samozadowolenia z „bycia dobrym”. Tymczasem otwarcie się na pokrzywdzonych uświadamia nam marność takiego sposobu myślenia.

Mam na to osobisty przykład. Od niemal trzech lat przychodzę na spotkania wspólnoty Sant’Egidio. Początkowo traktowałem je – a jakże – jako okazję do podniesienia własnego ego, zrobienia czegoś wartościowego. Szybko okazało się jednak, że moje wyobrażenia zostaną zakwestionowane. Na jednym z pierwszych spotkań długo rozmawiałem z czterdziestoletnim Tomkiem. Był pod wpływem alkoholu, czego skutkiem było nie tyle rozkojarzenie i bełkot, ale otwartość, szczerość i bezpośredniość. Okazało się, że siedział. Za zabójstwo. Pytał mnie wtedy wielokrotnie: – Po co tu jesteś, wśród nas, życiowych przegranych? Po co jesteś wśród alkoholików, narkomanów, morderców, starców, chorych?

Naciskał na odpowiedź, mówił, że jeśli nie będę z nim w pełni szczery, to sobie pójdzie i nigdy więcej nie wróci. To on pomógł mi sobie uświadomić, że „robienie dobra” nie wystarczy, że nie odnajduję innego uzasadnienia dogłębnej solidarności z każdym skrzywdzonym człowiekiem, niż w tajemnicy krzyża Chrystusa. I że ta pełna odpowiedź na jego pytanie jest ciągle jeszcze przede mną. Tomek na szczęście później wracał, nigdy więcej pijany.

Miłosierdzie zatem uwalnia i zmienia obie strony go doświadczające. Zmieniło mnie i zmieniło Tomka. Zawsze jesteśmy jego beneficjentami, nawet jeśli wydaje nam się, że to my go komuś udzielamy.

ilustr.: Marta Basak

ilustr.: Marta Basak

Ocalić krzywdziciela

Bogdan Białek, prezes Stowarzyszenia im. Jana Karskiego w Kielcach i redaktor naczelny psychologicznego pisma „Charaktery”, w rozmowie opublikowanej w jesiennym numerze kwartalnika WIĘŹ zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt „tolerowania krzywdzicieli”, a mianowicie na to, że krzywda zadana rani nie tylko ofiarę, ale i sprawcę: „Z osobistego doświadczenia wiem, co to znaczy być ofiarą. Byłem kiedyś bardzo głęboko skrzywdzony i potrzebowałem kilku lat, by zrozumieć, że to ja muszę pierwszy wyciągnąć rękę. Zrozumiałem, że ta krzywda zraniła nie tylko mnie, ale i krzywdzicieli. I ta rana będzie trwała, dopóki nie wykonamy wspólnie pewnego wysiłku, by ją zagoić. To ja wyciągnąłem pierwszy rękę – nie ze współczucia dla krzywdzicieli, ale ze współczucia dla siebie samego. Bycie ofiarą kaleczyło mnie”.

Trudno nam pewnie przyjąć do wiadomości, że oprawca jest – w pewien sposób – jednocześnie ofiarą. Nie chodzi o usprawiedliwianie krzywdzącego tanimi chwytami typu: „ale on jest biedny, przecież miał trudne dzieciństwo”. Ale walcząc z własną krzywdą i własnym bólem, warto zawalczyć także o ocalenie tego, który nas skrzywdził. Pielęgnując w sobie urazy, zamykając się w relacji ofiara-krzywdziciel, w pewien sposób pozwalamy krzywdzie trwać, nie dajemy sobie szansy na wyjście z niej. Dla skrzywdzonego oznacza to życie z widoczną, krwawiącą raną. Rana krzywdziciela jest zupełnie inna, niewidoczna gołym okiem, ma charakter zakrzepu, który może przynieść tragiczne skutki wiele lat później.

Krzywda jest powodem do wstydu, zarówno dla sprawcy, jak i – niestety – dla ofiary. Pobita żona rzadko zgłasza przemoc na policję, bo boi się ostracyzmu, wstydzi się być postrzegana jako ofiara. Milczy. Brutalny mąż także milczy, nie chce postrzegać siebie jako krzywdziciela. Milczenie w dłuższej perspektywie prowadzi do zanegowania, obie strony liczą, że czas leczy rany. Ale czas nie jest magiczną sztuczką, nie jest też lekarstwem. Z krzywdą trzeba się zmierzyć, spojrzeć jej w oczy, przyznać przed sobą, że do niej doszło. I przepracować ją ze wszystkimi konsekwencjami. Do „tolerowania krzywdzicieli” może naprawdę dojść dopiero, gdy sami przed sobą przyznamy, że zostaliśmy skrzywdzeni.

Nie dać się nienawiści

Warto też spojrzeć na listę uczynków miłosierdzia względem duszy, aby dostrzec, że za „tolerowaniem krzywdziciela” idzie „darowanie uraz”. Polskie „darowanie” ma w sobie ów piękny element „daru”. Oczywiście w tym kontekście chodzi o odpuszczenie, przebaczenie – w łacińskim oryginale wyraża to słowo remittere, które oznacza także „umarzać” – ale przecież przebaczenie ma w sobie właśnie pierwiastek daru, jest prezentem. Zrozumieć to łatwo może bez wątpienia każdy z nas, gdy tylko przypomni sobie, jak niesamowitą radość sprawiło mu, gdy osoba przez niego skrzywdzona „darowała” mu winy.

Oba te nakazy są ze sobą blisko związane – świadczy o tym choćby fakt, że w łacińskiej wersji uczynków miłosierdzia mają one odwrotną kolejność. Najpierw występuje offensas remittere – polskie „urazy darować” – a dopiero potem molestos patienter sustinere, czyli „tolerować krzywdzicieli”. Ta łacińska kolejność wydaje się nieco trafniejsza. O ile mogę sobie jakoś (choć niełatwo) wyobrazić, że można komuś odpuścić winy bez tolerowania go, o tyle tolerowanie osoby, której nie darowaliśmy uraz, wydaje się niemożliwe. Pierwsza możliwość byłaby pewnym etapem, przez który przechodzą osoby głęboko skrzywdzone. To moment, gdy nie są jeszcze gotowe na utrzymywanie relacji ze swoim krzywdzicielem (pytanie, czy w ogóle przyjdzie chwila, w której będą na to gotowe). Druga sytuacja wydaje się wewnętrznie sprzeczna. Bo tolerowanie zakłada otwartość na drugą osobę, a także domaga się akceptacji dla tego, kim ona jest. Tolerowanie bez przebaczenia jest tak naprawdę skrywaną nienawiścią, odrzuceniem, przeczy samemu sobie.

Pisze o tym w cytowanym wcześniej artykule ksiądz Mirosław Tykfer: „Otóż nienawiść – według profesora Tomasza Węcławskiego – nie jest zazwyczaj silnym uczuciem, emocjonalnym napięciem prowadzącym do gwałtownych wybuchów złości. Zgodnie z powiedzeniem: gdzie strzelają działa, tam nadal trwa wojna, a więc utrzymuje się kontakt między stronami sporu. Nawet jeśli jest on wzajemnie raniący, nadal trwa. Tam, gdzie nie ma zerwania, nawet pośród bólu – wciąż o coś chodzi, o kogoś się walczy. Nienawiść prawdziwa – mówił profesor – zaczyna się tam, gdzie dla krzywdziciela nie ma już zupełnie miejsca, gdzie kamienowanie słowem, niedającym żadnej szansy odbudowania naderwanej silnie relacji, doprowadza do jej uśmiercenia poprzez lakoniczne: nie chcę cię więcej znać. To ów «święty spokój», w którym nie pozostaje nic innego, jak szykować się do kolejnej emocjonalnej wojny”.

Niczego nie oczekiwać

„Cierpliwe znoszenie krzywd” jest tak naprawdę chrześcijańską apologią pojęcia „tolerancji”. Choć dziś przez wielu chrześcijan „tolerancja” kojarzona jest negatywnie, ma ona swoje korzenie właśnie w naszej religii. Jak zauważa tegoroczny laureat nagrody Templetona, rabin Jonathan Sacks, w książce „The Home We Build Together. Recreating Society”: pojęcie tolerancji narodziło się w poreformacyjnej Europie. Stary Kontynent – wcześniej zjednoczony w formule średniowiecznej christianitas – musiał uporać się z faktem, że jedność religijna została rozbita, a wiele terenów zamieszkiwanych było zarówno przez katolików, jak i protestantów. Należało więc określić relacje między nimi. Tolerancja była ideą, która dopuściła do istnienia pewnych mniejszości wyznaniowych i religijnych. Nie była to pełna akceptacja, ale jednak uznanie odrębności za pewną wartość, którą należy chronić (nawet jeśli miało się wobec niej zapędy prozelityczne). W kontekście uczynków miłosierdzia „tolerowanie krzywdzicieli” to zachęta, by – oprócz próby ocalenia siebie w kontekście doznanej krzywdy – nie rezygnować całkowicie z próby ocalenia drugiego człowieka, naszej relacji z nim.

W „cierpliwym znoszeniu krzywdy” (czy „tolerowaniu krzywdzicieli”) nie chodzi o udowadnianie sobie, że wszystko przetrzymam. Chodzi o wolność. Od matki bitej przez męża na oczach dzieci na pewno nie można oczekiwać, by wróciła do swojego krzywdziciela. Nie można od niej oczekiwać, by była zawsze otwarta na pojednanie. W ogóle nie można niczego od niej oczekiwać, można jedynie jej towarzyszyć i wspierać ją. To już miłosierdzie. Miłosierdzie, które nas zmienia, otwiera i uwalnia. Gdy raz go doświadczymy, chcemy je okazać drugiemu człowiekowi. Także temu, który nas kiedyś dogłębnie, nieludzko – a może właśnie aż nazbyt ludzko? – skrzywdził.