dwutygodnik internetowy
04.06.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Cień Marca, mit Maja – 50 lat później

Rocznica Marca i Maja ukazała społeczną aktualność problemów, które leżały u źródeł zdarzeń sprzed pięćdziesięciu lat.

ilustr.: Urszula Zabłocka

ilustr.: Urszula Zabłocka

Oficjalne obchody 50. rocznic Marca oraz Maja 1968 roku miały być skromne. Chociaż zarówno we francuskiej, jak i polskiej wyobraźni narodowej wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat odgrywają ważną rolę, władze tych państw z różnych powodów nie były zainteresowane głośnym upamiętnieniem minionego półwiecza. Niemniej to właśnie przez rządowe działania – które w żaden sposób nie miały być związane z Marcem czy Majem – wspomnienia tych miesięcy wywołały poruszenie wśród Polek i Francuzek.

Rząd w składzie porcelany

Obchody Marca zostały poprzedzone nowelizacją ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która wprowadziła art. 55a, penalizujący przypisywanie, używając słów ustawodawcy, „Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu” odpowiedzialności lub współodpowiedzialności za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką albo za inne zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości bądź zbrodnie wojenne czy też za rażące pomniejszanie odpowiedzialności rzeczywistych sprawców tych zbrodni. W dyskursie publicznym powyższy przepis został sprowadzony przede wszystkim do kwestii obozów koncentracyjnych, a precyzując: do „polskich obozów śmierci”. Ta zmiana legislacyjna doprowadziła z jednej strony do ostrej krytyki rządu polskiego przez między innymi Izrael czy Stany Zjednoczone, z drugiej do nasilenia się antysemickich wypowiedzi. O ile tweety prezentowane w trakcie programu „Studio Polska” 27 stycznia 2018 roku, w rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, spotkały się ze sprzeciwem prowadzących i prezesa TVP, o tyle żarty Rafała Ziemkiewicza i Marcina Wolskiego z „żydowskich obozów śmierci” nie zostały skrytykowane przez władze telewizji. Co więcej, pierwszy z tej dwójki zasłynął także pisaniem o „głupich wzgl. chciwych parchach”.

Atmosfera ta wpłynęła na dyskusję wokół pięćdziesięciolecia Marca, w której podkreślano przede wszystkim antysemicki wymiar tamtego okresu. Pozwoliło to na przełamanie obrazu Marca ’68 jako protestu studentów, którzy z niewiadomych powodów i w niewiadomym celu zdecydowali się na organizację manifestacji politycznych. Słowa premiera Morawieckiego, jakoby wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat powinny być dla Polaków powodem do dumy, a nie wstydu, wzmocniły głosy w dyskusji podkreślające cierpienia osób wygnanych z Polski. To napięcie w dyskursie publicznym zbiegło się z wydarzeniami kulturalnymi oraz społecznymi, które także podejmowały przede wszystkim temat relacji polsko-żydowskich. Premierę miały spektakle „Kilka obcych słów po polsku” Anny Smolar, „Zapiski z wygnania” Magdy Umer oraz „Sprawiedliwość” Michała Zadary. W księgarniach pojawiły się „Księga wyjścia” Mikołaja Grynberga oraz „Ani tu, ani tam” Krystyny Naszkowskiej, a także wznowienie „Życia przeciętego” Joanny Wiszniewicz. Sama dyskusja miała miejsce nie na państwowych obchodach, lecz podczas wydarzeń organizowanych przez Muzeum POLIN czy Uniwersytet Warszawski.

Trwały antysemityzm, przepracowana Zagłada

Pozostaje jednak pytanie o to, czy można mówić o skutkach lub konsekwencjach tegorocznych obchodów Marca ‘68. Nieustannie aktualny pozostaje argument o warszawocentryczności (albo elitarności) wspominanych wydarzeń. Można z nim jednak polemizować, wskazując, że żaden z innych „polskich miesięcy” nie doczekał się szeroko obchodzonych rocznic (a przecież Sierpień ’80 czy Grudzień ’70 w powszechnej świadomości, budowanej takimi tekstami kultury jak „Czarny czwartek” Antoniego Krauzego, były o wiele bardziej egalitarnymi protestami). Co więcej, sama „warszawka”, skupiając się w swoich debatach przede wszystkim na antysemickim wymiarze Marca, dała głos tym, którzy dotychczas znajdowali się na marginesie dyskursu o tych wydarzeniach (a przynajmniej tak ich postrzegano). Za przykład może służyć wspomniany wcześniej spektakl Zadary, stworzony na podstawie akt IPN-u z Łodzi i Katowic, czy wznowienie książki Wiszniewicz. Można uznać to za kolejny akt podkreślania ogólnopolskiego doświadczenia Marca.

Wraz z końcem tegorocznych obchodów burza wokół nowelizacji ustawy o IPN ostatecznie umilkła, chociaż nie było to oczywiste. W okolicach marca bieżącego roku wydano dwie książki, o których jeszcze nie wspomniałem. Chodzi o „Pod klątwą” Joanny Tokarskiej-Bakir oraz „Dalej jest noc” pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego. Obydwie – skrajnie upraszczając wywód autorów – wskazują na aktywną rolę Polaków w mordowaniu Żydów. I o ile publikacje te spotkały się z krytyką wśród prawicowych mediów, o tyle w przeciwieństwie do „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa nie wywołały szerokiego społecznego oburzenia. Oczywiście, ten brak reakcji można tłumaczyć na wiele sposobów, niemniej uważam, że z analizy tegorocznych obchodów Marca ’68 można wyprowadzić dwa powiązane ze sobą wnioski. Mianowicie demon antysemityzmu nieustannie istnieje, schowany w polskiej kulturze, niemniej po osiemnastu latach od premiery książki Grossa stwierdzenie, że Polacy dopuszczali się zbrodni na Żydach, nie wywołuje powszechnej paniki i nie jest negowane przez większość stron o poglądach konserwatywnych.

Wspomnienia i puste barykady

Obchody Maja ’68 także były zdominowane przez działania pozarządowe. Instytucje naukowe oraz kulturalne stworzyły portal soixantehuit.fr, gdzie znajdują się informacje o wszystkich akcjach związanych z pięćdziesięcioleciem wydarzeń majowych. Jednym ze współorganizatorów tej akcji jest Centre Pompidou, które przygotowało wystawę „Maj ’68 – Zgromadzenie Ogólne” (Mai 68 – Assemblée Générale), a także serię seminariów „Maj ’68 w teorii” (Mai 68 en théorie). Również w mediach temat Maja pojawiał się stosunkowo często. W debatach zwykle zastanawiano się nad dziedzictwem tych wydarzeń oraz ich współczesnym znaczeniem. Dziennik „Libération” przez cały miesiąc codziennie publikował przemyślenia kolejnych pisarek lub pisarzy na temat Maja, co wpisuje się w inteligencki sposób obchodzenia tego półwiecza.

Brak uczestnictwa państwa w organizacji obchodów wydaje się nieprzypadkowy. Legenda i mit majowych wydarzeń silnie wpłynęły na społeczeństwo francuskie. Wiele osób, które brało udział w manifestacjach, nadal jest aktywnych politycznie, społecznie czy zawodowo. Innymi słowy, nastroje z tamtego miesiąca pozostają czymś wręcz namacalnym, łatwym do ponownego rozpalenia.

I to właśnie w takich warunkach Emanuel Macron przeprowadza swoje liberalne reformy (między innymi francuskiego państwowego przewoźnika kolejowego SNCF czy szkolnictwa wyższego, tak zwane loi Vidal), które bynajmniej nie spotykają się z powszechnym poparciem społecznym, a są raczej potencjalnym katalizatorem protestów antyrządowych. Francji udało się jednak uniknąć polskiego scenariusza i nie doprowadzić do eskalacji konfliktu, który znacząco uderzyłby we władze. Nie było to oczywiste, gdyż w kwietniu kolejarze zaczęli protestować przeciwko rządowym reformom, a na przełomie maja rozpoczął się protest okupacyjny na Uniwersytecie Nanterre, który pięćdziesiąt lat temu był kolebką manifestacji studenckich. W mediach popularność zaczęło zdobywać hasło „Maj ’68 – oni upamiętniają, my rozpoczynamy na nowo” (Mai 68, ils commémorent, on recommence), niemniej tym razem nie doszło do zawiązania się tak powszechnego i znaczącego ruchu protestacyjnego jak pół wieku wcześniej.

Nie oznacza to jednak, że manifestacje i strajki zakończyły się samoistnie z końcem miesiąca. 26 maja bieżącego roku w Paryżu odbył się marsz „masy ludowej” (marée populaire) przeciwko reformom Macrona; połączył on około sześćdziesięciu organizacji, w tym między innymi związek zawodowy CGT (Powszechna Konfederacja Pracy, Confédération generale du travail) oraz partię Niepokorna Francja (La France Insoumise) Jeana-Luca Mélenchona. Do tej pory liderzy tych organizacji nie występowali razem. Niemniej przy takiej mnogości organizatorów frekwencja okazała się rozczarowująca. W Paryżu było to 31 700 osób (według instytutu Occurence, z którego korzystają między innymi „Le Figaro”, „Le Monde”, „Libération”, „France Inter” czy RTL), 21 000 (według policji) lub 80 000 (według CGT). W całym kraju (zgodnie z obliczeniami Occurence) manifestowało 93 315 osób. Z drugiej strony: wszystko wskazuje dziś na to, że protesty będą trwać.

Każde pokolenie odejdzie w cień

Pięćdziesięciolecie Marca oraz Maja to przede wszystkim dowód na słabość władz Polski oraz Francji, jeśli chodzi o własną politykę historyczną związaną ze stosunkowo bliskimi czasowo wydarzeniami. Żadne z tych państw nie ma pomysłu na sposób upamiętniania 1968 roku, dlatego też oba próbują funkcjonować w cieniu obchodów organizowanych przez instytucje naukowe oraz kulturalne. Co więcej, chociaż marzec i maj 2018 roku były momentem próby dla władz, to wygląda na to, że udało im się uniknąć spektakularnej porażki (choć rząd Polski spotkał się ze zdecydowanie ostrzejszą krytyką i konsekwencjami).

Jednakże to nie aspekt polityczny jest tutaj kluczowy. Te dwa miesiące wskazały przede wszystkim na społeczną aktualność problemów, które leżały u źródeł zdarzeń sprzed pięćdziesięciu lat. Przypadek polski i francuski należy jednak analizować odrębnie.

Obchody Marca ’68 były próbą zerwania z przedstawianiem tych wydarzeń jako przede wszystkim protestów studenckich. To odczarowanie pozwoliło podkreślić kwestię antysemityzmu, a także niezdolność społeczeństwa polskiego do poradzenia sobie z tym problemem. Dotychczasowa odpowiedź, którą było zwykle wyparcie oraz milczenie, okazała się niewystarczająca. Warto zauważyć, że spektakle Smolar oraz Zadary łączy frustracja wywołana dotychczasowym sposobem traktowania Marca ’68. Pierwszy z nich domaga się dyskusji na temat tożsamości osób dotkniętych nagonką, drugi żąda wymierzenia sprawiedliwości wobec osób (a także narodu), które są odpowiedzialne – użyjmy pierwotnego tytułu spektaklu – za wypędzenie Żydów z Polski w 1968 roku.

Natomiast przykład Francji wskazuje na wypalenie się mitu Maja ’68. Tegoroczne protesty na pierwszy rzut oka wydają się niezwykle niebezpieczne dla francuskich władz – Nanterre to symbol zdarzeń sprzed pięćdziesięciu lat, a związki zawodowe są ciągle poważnymi graczami politycznymi. W tej sytuacji reformy Macrona powinny okazać się iskrą rzuconą na beczkę prochu. A tak jednak – biorąc pod uwagę chociażby frekwencję na marszu „masy ludowej” – się nie stało. Zmiany legislacyjne weszły w życie i nic nie wskazuje na to, żeby miały zostać w jakikolwiek sposób zablokowane. Najwyraźniej Maj ’68 stał się głównie tematem debat akademickich czy dziennikarskich, nie jest już natomiast inspiracją dla rzeczywistych zmian. A równocześnie Francja, podobnie jak pół wieku temu, popadła w stan pewnego rodzaju anomii. Wprawdzie pytanie, czy plany Macrona okażą się skuteczną odpowiedzią na tę sytuację, pozostaje otwarte, ale można uznać, że obecnie to jego wizja stała się we Francji dominująca.

Chociaż jest jeszcze zbyt wcześnie na nazwanie obchodów pięćdziesięciolecia Marca i Maja 1968 roku przełomowymi, to z pewnością nie powinno się ich bagatelizować. Zarówno w Polsce, jak i Francji dotychczasowy dyskurs na temat tych wydarzeń został – z różnych powodów i różnymi sposobami – przełamany. A co więcej, w jego miejsce pojawił się nowy, dotyczący niemal tych samych problemów, które pół wieku wcześniej doprowadziły do protestów. Być może dzięki temu Marzec i Maj 1968 roku w końcu zostaną uznane za wydarzenia historyczne, z których wyrasta – choć już nie bezpośrednio – współczesne społeczeństwo polskie oraz francuskie.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Uniwersytet 50 lat po Marcu

„Piece też wyremontować, bo zima nadchodzi”. O niektórych podobieństwach antysemityzmu i islamofobii

Granie Marcem