dwutygodnik internetowy
8.02.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Cichońska: Krajobraz z monumentalnym kościołem

Ogrodzony kościół zamiast stanowić otwartą przestrzeń, zamyka się na otaczającą go rzeczywiśtość. Tak, jakby jednak nie darzył zaufaniem wszystkich. Nadal dominuje architektonicznie, ale już nie angażuje nas na co dzień w takim stopniu jak kiedyś, odgradza się od codzienności.

Kościół w Kraśniku; zdj. Igor Snopek

Kościół w Kraśniku; zdj. Igor Snopek

O projekcie Architektura VII Dnia z Izabelą Cichońską rozmawia Ala Budzyńska.

Autorzy projektu: Izabela Cichońska, Kuba Snopek oraz Fundacja Bęc Zmiana z Warszawy. Wystawę poświęconą projektowi można oglądać do 28 lutego w Muzeum Etnograficznym w Warszawie.

 *** 

ALA BUDZYŃSKA: Kościoły zajmują w Polsce, nawet dosłownie, fizycznie, niezwykle dużo miejsca. Z waszej wystawy dowiadujemy się, że jest to jedna z niewielu inicjatyw, badań na temat architektury sakralnej. Skąd pomysł na zajęcie się akurat tym tematem?

IZABELA CICHOŃSKA: Badanie architektury sakralnej było naszym pomysłem – odpowiedzią na temat zadany architektom przez Rema Koolhasa „Absorbing Modernity 1914–2014” dla weneckiego biennale w 2014 roku. Główna myśl kuratora wystawy dotycząca utraty przez architekturę narodowego charakteru, jej umiędzynarodowienie i w rezultacie – nijakość i jednakowość, dotyczy również Polski. W zniszczonych wojną miastach powstała zunifikowana, ujednolicona zabudowa. Obiekty, które w tym czasie wymknęły się standaryzacji, to „Architektura VII Dnia” – czyli kościoły, które zaczęliśmy z Kubą badać.

Ten temat był zawsze w jakimś stopniu podejmowany i jako dowód na to znaleźliśmy stylistyczne klasyfikacje architektury sakralnej poprzednich badaczy architektury lub profesorów, którzy wykładali na uczelniach państwowych. Mówię tu o pracach architekta Konrada Kuczy-Kuczyńskiego, architekta Jana Zachwatowicza, profesora historyka sztuki nowoczesnej Andrzeja Olszewskiego oraz Marii Ewy Rosier-Siedleckiej. Nie mieli oni takich możliwości komunikacji, jakie dzisiaj mamy: Internetu, szybkiego przesyłu danych, zdjęć satelitarnych i tak dalej. Nikt nie mógł popatrzeć na tę architekturę tak naprawdę w całości. Każdej z klasyfikacji przyjrzeliśmy się dokładniej po tym, jak zebraliśmy zdjęcia wszystkich kościołów, które powstały w Polsce po II Wojnie Światowej, i żadna z nich nie pomogła nam posegregować zbioru obiektów, które zaczęliśmy badać. Dzisiaj, z pomocą technologii, możemy zrobić całościowe badania tej architektury i popatrzeć na pewne problemy i zjawiska globalnie.

Jednak mimo obecności tematów architektonicznych w debacie publicznej problematyka architektury sakralnej jest w niej niemalże nieobecna.

Tak, to prawda. 8 grudnia minęło pięćdziesiąt lat od zakończenia II soboru watykańskiego. Od tych trzydziestu, czterdziestu, pięćdziesięciu lat te kościoły po prostu wrosły w kontekst, a my ich chyba nie zauważyliśmy. Często też wstydzimy się ich, gdyż większości z nich nie cechuje wysoka wartość estetyczna. Są za to „bylejako” wykonane: nieumiejętnie dobrano materiały budowlane i nie uszanowano kontekstu architektonicznego.

Dzięki waszej bazie danych możliwe staje się całościowe spojrzenie na pewne zjawiska. Jak w waszej ocenie sobór wpłynął na architekturę? Jakie są najważniejsze różnice w architekturze przed i posoborowej?

Celem Soboru Watykańskiego II było wzmocnienie poczucia wspólnoty oraz zwiększenie świadomego udziału wiernych w nabożeństwie. Dlatego sobór zmienił mszę świętą, wprowadzając do liturgii języki narodowe. Niezwykle znaczące było odwrócenie księdza twarzą do wiernych. Te wszystkie zabiegi z pewnością „przybliżyły wiernych do Boga”. Kiedy rozmawialiśmy z ludźmi na ten temat, mówili oni, jak bardzo było to nowatorskie. Ale również kłopotliwe. Wierni zupełnie nie wiedzieli, co odpowiadać na mszy świętej, więc spotykali się na przykład w soboty, żeby to przećwiczyć.

W mojej ocenie największym owocem soboru było właśnie utworzenie tej wspólnoty, która tak silnie wpłynęła na krajobraz miast i wsi, wznosząc „nowe kościoły”. W sposób szczególny w Polsce, która stała się „laboratorium” posoborowej architektury. SWII nie wprowadził sztywnego kanonu, ale wręcz przeciwnie, umożliwił swobodę architektoniczną, wymagając jedynie funkcjonalności. Wszelkie wytyczne zostały opisane głównie w dwóch dokumentach: „Konstytucji o liturgii świętej” i w „Instrukcji o należytym wykonywaniu Konstytucji o liturgii świętej Inter Oecumenici”.

Jedną z obecnych  tendencji w architekturze sakralnej jest zanik projektowania kościołów trójnawowych. W takim układzie nawy boczne dawały możliwość budowania kaplic poświęconych konkretnym świętym. Każdy ksiądz miał zazwyczaj swoją kaplicę, w której odprawiał msze w tygodniu. Sobór to zlikwidował, uznał, że kaplice te nie są konieczne.

Podobnie, jeśli chodzi o dekoracje – uznał, że nie muszą być bardzo bogate, wystarczy, żeby były w jakiś sposób godne. Ale tu również nie było jasnych nakazów, raczej zniesienie tego, co wcześniej wydawało się obowiązkowe.

Odwrócenie księdza twarzą do wiernych przyczyniło się natomiast do zmiany układu ołtarza – należało umożliwić obejście ołtarza, a także odpowiednio wyeksponować go, by strefa liturgii eucharystycznej była zawsze widoczna. Było to przyczyną wielkich rekonstrukcji, których dokonywano w kościołach historycznych, zbudowanych przed soborem. Nowe kościoły budowane są często w układach centralnych, ponieważ to właśnie ołtarz staje się elementem podporządkowującym sobie przestrzeń w kościele posoborowym.

Kościół w Kraśniku; zdj. Igor Snopek

Kościół w Kraśniku; zdj. Igor Snopek

Reformy posoborowe porównuje się do reform teatru Grotowskiego. Co jeszcze, oprócz przybliżenia wiernych do ołtarza i zaangażowania ich w liturgię, przemawia za tym porównaniem?

Przede wszystkim to, że wierny i widz przestają być bierni, pojawiają się w aktywnych rolach zarówno dla spektaklu, jak i misterium. Źródłem kreowania przestrzeni dla obu staje się wspólnota. W teatrze Grotowskiego widz staje się elementem przestrzeni stworzonej dla przedstawienia. W kościele układ krzeseł lub ław powinien podkreślać jedność wnętrza, a celebrans i asysta powinni być widoczni dla wszystkich wiernych, jednocześnie pozostając częścią zgromadzenia, i jedność ta powinna być odczuwalna. Przyglądając się uważnie wskazówkom SWII, mam nieodparte wrażenie, że projektowanie kościoła posoborowego powinno zacząć się właśnie od tego układu funkcjonalnego, od świadomego rozrysowania wnętrza wraz z jego detalami – „skorupą otaczają wspólnotę”.

Kolejnym elementem wspólnym jest podejście do dekoracji. W 1968 roku Jerzy Grotowski publikuje w Danii swój manifest „Ku teatrowi ubogiemu”, w którym proponuje pozbycie się bogactwa, rozmachu i zasięgu medialnego teatru na rzecz prostoty, ubóstwa i ascezy. Mówi, że teatr musi wreszcie uznać swoje granice. Skupić się na aktorze, który w ubogim teatrze jest niemalże „święty”. Reforma Soboru także dotyka „dekoracji”. Nie eliminuje ich, ale wprowadza zasadę wyznaczającą podejście do sztuki, która brzmi: „Szlachetne piękno aniżeli przepych”.

Kościół we Wrocławiu; zdj. Igor Snopek

Kościół we Wrocławiu; zdj. Igor Snopek

Dla polskiej architektury posoborowej bardzo ważnym kontekstem jest ten polityczno–ekonomiczno–społeczny. To, że kościoły powstawały w specyficznym systemie, jakim był peerelowski socjalizm. W jaki sposób wpłynęło to na architekturę?

To jest dobre pytanie, bo daje możliwość wyjaśnienia bardzo wielu kwestii. Początkowo, jak zabieraliśmy się za projekt, braliśmy tylko pod uwagę kwestie estetyczne. Chcieliśmy stworzyć kategorie wizualne, według których moglibyśmy usystematyzować całą bazę danych. I to nam się nie udało, zresztą podobnie jak poprzednim badaczom, którzy wcześniej szukali klucza do kościołów posoborowych w estetyce.

Okazało się, że wartość ich nie tkwi w samej bryle, ale w procesie budowy, który tę architekturę wygenerował. Czyli znowu we wspólnocie, która podjęła trud wzniesienia świątyni. Zauważyliśmy, że proces budowy jest za każdym razem inną, ciekawą historią, bez względu na rezultat końcowy. I dlatego nasz projekt skupia się na wyłapaniu tych najciekawszych opowieści. Wątpię, czy kiedykolwiek w Polsce powtórzy się podobne zjawisko fali samoorganizujących się sąsiedztw lub wspólnot budujących i finansujących dla siebie obiekty użyteczności publicznej.

Do lat 90. kościoły posoborowe były budowane tak zwanym systemem gospodarczym (Kościół sam wymyślił na to taką nazwę), czyli wspólnie. Wierni składali się na budowę, nie tylko dostarczając materiały, ale przede wszystkim poświęcając swój własny czas, swoje „roboczogodziny”. Ksiądz przyjmował odpowiedzialną rolę menedżera budowy współpracującego ściśle z architektem, który z kolei bardzo często pracował za darmo. Jeden architekt wykonywał nierzadko wszystkie rysunki projektu budowlanego i wykonawczego. A efekt końcowy zależał w dużej mierze od umiejętności organizacyjnych księdza i od jego kontaktów. To pokazuje nam, że mamy do czynienia z zupełnie innym społeczeństwem, które w myśl założeń PRL-u buduje coś razem dla siebie. Postulaty władzy, paradoksalnie, zrealizowały się w tych kościołach posoborowych.

Wystarczy spojrzeć na dane, na przykład na to, że w parafii pw. Odkupiciela Świata we Wrocławiu wierni rocznie przepracowywali od dwunastu do szesnastu tysięcy „roboczogodzin”. W Ustrzykach Dolnych w kościele pw. Świętego Józefa Robotnika w 1984 roku do prac budowlanych zgłosiło się 2634 pracowników, spośród których wielu poświęciło swój urlop na rzecz budowy. To jest fenomen, który z naszej perspektywy jest już czymś archaicznym. Dlatego na naszej stronie zbieramy wspomnienia z budowy, by odkryć sposoby i techniki crowdfounding’u oraz crowdsourcing’u z lat „bezinternetowego” PRL. Chcemy poznać jak najwięcej historii, bo każda z nich jest zupełnie wyjątkowa.

 

Kościół w Ustrzykach Dolnych; zdj. Igor Snopek

Kościół w Ustrzykach Dolnych; zdj. Igor Snopek

Co było według was głównym czynnikiem motywującym ludzi do takiego zaangażowania w budowę kościołów?

To, że budowali dla siebie „azyl”. Budowa kościoła była aktem ideologicznego sprzeciwu, a sam obiekt sakralny był nie tylko domem Boga, ale stawał się też oknem na Zachód, bezpiecznym miejscem dla wrogów systemu politycznego i – w pewnym sensie – domem kultury. Wierni budowali więc miejsce, w którym mogli się modlić, spotykać, czuć bezpiecznie. Kościoły powstawały na znak protestu, chociaż budowano je metodami propagowanymi przez władzę. Nie zmienia to faktu, że zaangażowanie w budowę kościoła było w opozycji do promowanego stylu życia i poglądów. Kościół stawał się nadzieją na coś lepszego i ucieczką od życia codziennego.

Czy z tego wynika ich awangardowość?

Wydaje mi się, że to jest jeszcze inna historia. Jej źródłem jest ta specyficzna sytuacja, w której za całą budowę odpowiada ksiądz proboszcz i jeden architekt. Dla architektów projekt kościoła stawał się szansą zrealizowania unikalnego obiektu, niekiedy z eksperymentalną konstrukcją. Projektu obiektu samego dla siebie.

Państwowe biura architektoniczne – oczywiście nie wszystkie – kopiowały bloki, które już kiedyś gdzieś powstały, dostosowując je tylko do innej lokalizacji. Ambitni architekci mogli natomiast realizować się, projektując właśnie kościoły. Architektura sakralna dla projektantów stała się niejako manifestacją wyobraźni, eksperymentem urbanistycznym, ale też pokazem indywidualnego podejścia do podjętego tematu przestrzennego. Pytanie, skąd oni brali inspiracje do tej twórczości. Jakie książki były wtedy dostępne, co prezentowano w czasopismach? Okazuje się, że do lat 80. na łamach popularnego czasopisma „Architektura” opublikowano tylko cztery projekty kościołów posoborowych. Gazety wypełnione były natomiast projektami kin, teatrów, oper oraz domów kultury. O wycieczkach za granicę nie było mowy, a zabytki sakralne ocalałe w centrach miast w stylach gotyckim, renesansowym, barokowym i tak dalej nadal zachwycały swoją atmosferą i nastrojem wnętrz. Może właśnie dlatego w posoborowych kościołach wymieszało się takie bogactwo stylów i rozwiązań. Okazuje się, że w późnym modernizmie wymyśliliśmy wszystkie postmodernizmy, i to właśnie w architekturze sakralnej.

Kościół w Olsztynie; zdj. Igor Snopek

Kościół w Olsztynie; zdj. Igor Snopek

A co zmieniło się po 1989? Wiadomo, że proces budowy z oczywistych względów nie wygląda już tak jak dawniej. Ale jak procesy polityczne wpłynęły na samą architekturę?

Największy boom budowlany kościołów przypada na lata 80. i jego kontynuacja przeciąga się przez całą kolejną dekadę, między innymi dlatego, że powstają wtedy największe obiekty sakralne (powyżej 1500 m²).  W latach 90. budowa systemem gospodarczym powoli zanika i ustępuje miejsca bardziej kapitalistycznemu rozwiązaniu. Zmienia się zaangażowanie parafian w budowę: nie biorą fizycznie w niej udziału, ale wspierają przedsięwzięcie wpłacaniem datków.

Wydaje mi się, że powstaje też dużo mniej dobrych realizacji niż w latach 70. czy 80. między innymi ze względu na długość realizacji projektów.  Metoda gospodarcza wręcz zakładała, że budowanie kościoła to długi proces, wszystko przemyśli się i zrobi na spokojnie. Niektóre kościoły powstawały właściwie metodami średniowiecznymi. To wszystko dawało czas na planowanie, większą rozwagę i długie zaangażowanie jednego architekta. Najlepszym przykładem na to jest jeden z moich ulubionych kościołów pw. Najświętszej Maryi Panny w Świdnicy autorstwa architekta Mariana Tunikowskiego. Kiedy skończył studia, jego ojciec, znany architekt Roman Tunikowski, był w trakcie realizacji osiedla mieszkaniowego w Świdnicy. Proboszcz poprosił go o projekt kościoła, który znalazłby się między blokami. Ojciec zaprosił Mariana, żeby ten też opracował wstępną koncepcję, którą potem zaopiniuje proboszcz. Okazało się, że ksiądz wraz z parafianami przegłosowali projekt młodszego Tunikowskiego. Zanim rozpoczęła się budowa, Marian Tunikowski miał jeszcze cztery lata na zrobienie uprawnień. Wszystkie rysunki wykonał samodzielnie. Chociaż kościół ma żelbetową konstrukcję, do budowy nie używano dźwigu. Cały proces trwał dwadzieścia lat, a zdaniem architekta kościół nadal nie jest skończony.

Rzeczywistość kapitalistyczna sprawia, że zupełnie inaczej liczymy się z czasem. Dziś rzadko zdarzają się architekci, którzy poświęcają się budowie do tego stopnia, żeby przez pięć czy dziesięć lat przychodzić codziennie na budowę z linijką i wszystko sprawdzać. To odbiło się na architekturze kościołów po ’89.

Kościół w Świdnicy; zdj. Igor Snopek

Kościół w Świdnicy; zdj. Igor Snopek

Przykład Świdnicy, o którym wspomniałaś, to osiedle i kościół, które powstawały w tym samym czasie. Takie całościowe założenie architektoniczne to chyba ewenement.

Plany na Osiedle Młodych, czyli największą dzielnicę mieszkaniową Świdnicy, powstały o ponad dekadę wcześniej i na samym początku nie przewidywały budowy obiektu sakralnego. Z czasem mieszkańcy osiedla zaczęli ubiegać się o pozwolenie na kościół, które otrzymali w 1980 roku.

W tym czasie, gdy przegłosowano projekt kościoła, architekt Roman Tunikowski ubiegał się o zatrzymanie budowy jednego z segmentów mieszkaniowych zaprojektowanego przez siebie osiedla, żeby stworzyć oś widokową na kościół. Nigdy nie wybudowany segment mieszkalny udało się wstrzymać na etapie fundamentów.

W waszym projekcie, dzięki temu, że pokazujecie zdjęcia z „lotu ptaka”, bardzo ważny staje się kontekst urbanistyczny, w którym funkcjonuje kościół. W wielu przypadkach budynek kościoła dominuje na tyle, że podporządkowuje sobie nawet wcześniejsze zabudowania.

Faktycznie, zdjęcia „z perspektywy Boga”, wykonane przez drony dają możliwość zupełnie innego wglądu w Polską architekturę i urbanistykę. Dzięki nim widać, że na polskich suburbiach nie wybudowaliśmy niczego lepszego od tych posoborowych kościołów.

Zdjęcia z drona uświadamiają też skalę tych przedsięwzięć.

Odkryliśmy, że niektóre kościoły, zwłaszcza w latach 80., były budowane na wyrost. Bardzo często projekty tych obiektów powstawały w poprzedniej dekadzie (przed wielkim boomem budownictwa sakralnego w Polsce) w przekonaniu, że może to być ostatni kościół, który uda się wybudować. Jednym z takich przykładów jest kościół Chrystusa Odkupiciela Człowieka w Olsztynie powstały dla osiemnastu tysięcy wiernych. Kolejnym wielkomiejski kościół w Kraśniku, powstały w ówcześnie trzydziestotysięcznym miasteczku, w dzielnicy, która według ówczesnych władz miała ostać się bez Boga.

Z nowszych realizacji dysproporcja obiektu sakralnego względem kontekstu urbanistycznego jest widoczna w Licheniu, nieposiadającym nawet praw miejskich. Mieszka w nim nieco powyżej tysiąca mieszkańców.

Kościół w Licheniu, zdj. Igor Snopek

Kościół w Licheniu, zdj. Igor Snopek

Tak, ale to przykład specyficzny o tyle, że to nie parafia, ale sanktuarium, do którego się pielgrzymuje.

To rzeczywiście w jakiejś mierze tłumaczy skalę tego sanktuarium, jednak nie uzasadnia decyzji projektantów o całkowitym zignorowaniu kontekstu urbanistycznego.

Zwróciłam uwagę na jeden, wydawać by się mogło, szczegół dotyczący kościołów zbudowanych po 1989 roku. Ich cechą wspólną jest to, że bardzo często, wraz z zabudowaniami przykościelnymi, są ogrodzone. Niemalże jak strzeżone osiedla. A tymczasem kościół powinien być przecież przestrzenią otwartą i wspólną.

To ciekawe spostrzeżenie. Jestem pewna, że pojawienie się każdego z tych murów jest uzasadnione na różne sposoby. Mogą to być tłumaczenia mówiące o nieudanej wspólnocie, o niebezpiecznej dzielnicy wokół kościoła, o księdzu, który stawia ogrodzenie, „bo tak mu się podoba”. Efekt tego jest jeden: kościół zamiast stanowić otwartą przestrzeń, odgradza się od otaczającej go rzeczywistości. Tak, jakby jednak nie darzył zaufaniem wszystkich. Nadal dominuje architektonicznie, ale już nie angażuje nas na co dzień w takim stopniu jak kiedyś, odgradza się od codzienności. To ciekawe zobrazowanie relacji w jakiej Kościół jest obecnie ze społeczeństwem.

Kościół na pewno bardziej niż kiedyś dzieli ludzi. Jak to wpłynęło na relacje, których wysłuchaliście? Z jakimi reakcjami na wasz projekt się spotkaliście?

Dzięki fundacji Bęc Zmiana z Warszawy, we współpracy z którą rozwijamy projekt, zdobyliśmy zainteresowanie studentów architektury, architektów i badaczy przestrzeni. Dla najmłodszego pokolenia historia kościołów budowanych metodą gospodarczą brzmi zupełnie nieprawdopodobnie, są więc zainteresowani tematem i chętni do współpracy z nami.

Dla pokolenia naszych rodziców to barwne wspomnienie, często też przekoloryzowane, brzmiące jak doświadczenie pracy na statku pirackim. A dla architektów, którzy budowali te kościoły, to sentymentalna i wzruszająca podróż w czasie do stworzonych przez nich samych „zabytków nowoczesności”.