dwutygodnik internetowy
14.05.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Chrześcijanin zatroskany

Chwycić Boga za nogi, choć na chwilę, ułamek sekundy. Chwycić, żeby poznać, by móc puścić, zaspokoiwszy piekielną ciekawość, nieposkromioną żądzę wiedzy i posiadłszy ją, zachować i przekazać ludzkości. Wiedzę nie o istocie zbawienia, również nie o Niepokalanym Poczęciu czy tajemnicy Trójcy Świętej. Te zagadnienia są ważne, wzorem do naśladowania w ich rozważaniu stali się Mędrcy […]

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Chwycić Boga za nogi, choć na chwilę, ułamek sekundy. Chwycić, żeby poznać, by móc puścić, zaspokoiwszy piekielną ciekawość, nieposkromioną żądzę wiedzy i posiadłszy ją, zachować i przekazać ludzkości. Wiedzę nie o istocie zbawienia, również nie o Niepokalanym Poczęciu czy tajemnicy Trójcy Świętej. Te zagadnienia są ważne, wzorem do naśladowania w ich rozważaniu stali się Mędrcy ze Wschodu, poszukiwacze mądrości, ale są też odległe i w pewien dziwny sposób nieistotne. Paradoksalnie. Co zatem jest przedmiotem zainteresowania chwytającego podmiotu? Czy może istnieć coś bardziej budzącego ciekawość niż niemożliwy do logicznego wytłumaczenia fenomen tożsamości Trzech i Jednego, bądź wytłumaczenie z przyrodniczego stanowiska zagadki Dziewicy, która rodzi Dziecię? Nie są to jednak, jak sądzę, pytania, które wpływają na kondycję ludzkiej egzystencji na ziemi. Tym, co towarzyszy nam zawsze w naszej ziemskiej wędrówce, jest doświadczenie zła i cierpienia. Nie odczuwamy go jedynie na własnej skórze, ale również, a może przede wszystkim, ciąży nam ból obarczający innych. Nie daje nam spokoju i przysłania ciemną powłoką nasze nieskażone sumienia.

O cierpieniu, jego istocie i sensie pisali już ci, których ono doświadczało, ci, którzy go nie akceptowali, dla których było ono przyczyną buntu przeciw światu i Bogu, którzy w swej wrażliwości bunt ten kładli niczym podwaliny pod ideę humanizmu, która tak bliska jest chrześcijaństwu. Rozmyślali o nim również teologowie, którzy w zaciszu monastycznej celi jedynie teoretycznie godzili jego istnienie z wszechmogącym i miłosiernym Absolutem. Niektóre odpowiedzi były bardzo stanowcze i ferowane z wielkim przekonaniem, inne wskazywały na tajemniczy charakter problemu, jeszcze inne były sprzeciwem i, tak jak De Sade, opisywały Boga nie jako miłosiernego Ojca, a raczej jako „istotę zbrodniczą, która miażdży i neguje człowieka”, jak to referuje Camus w swoim „Człowieku Zbuntowanym”. Wszystkie te diagnozy, apologie i wyrazy protestu łączyła chęć poznania i wrażliwość na losy człowieka.

 

Obwinić za zło można pośrednio ludzi, którzy, w myśl idei stworzenia na podobieństwo Boga, otrzymali możliwość wolnego wyboru. Sądzę jednak, że czynią je przede wszystkim nieświadomie, w zaślepieniu, a nawet jeśli zdają sobie z tego sprawę, często nie potrafią sobie z nim i samymi sobą poradzić. Bo są, bo jesteśmy tak słabi. Na taki plan stworzenia nie godzi się Iwan Karamazow, „oddając bilet do raju”, nie chce bowiem, nawet za cenę wolności, żyć w takim świecie. To literacka egzemplifikacja postawy buntu – człowiek wychowany w kręgu kultury chrześcijańskiej występuje przeciw jej ideom i założeniom, motywowany wielką empatią. Możliwe, jednak że wrażliwość ta wzrosła właśnie dzięki moralnym drogowskazom tej kultury. To znów paradoks. W podobnej sytuacji był Szestow, który stąpając po Akropolu negował korzyści wynikające z synkretyzmu płynącego z Aten i Jerozolimy. Autonomiczność sumienia i swoboda naszego działania nie tłumaczy jednak, dlaczego właściwie na świecie dochodzi do konfliktu interesów. Często tak wielkich, że na obu jego szalach spoczywa czyjeś życie.

Czy nie dało się inaczej tego zaprojektować? Dlaczego drapieżny lew, aby przeżyć, musi zjeść antylopę, która ginie w jego szczękach w niewyobrażalnej trwodze i bólu? Wyjątkowo trafnie podobny strach, pozbawiony nadziei, opisuje Dostojewski ustami księcia Myszkina. Jego refleksja nad kondycją psychiczną skazanego na śmierć wielce ujmująco porusza czytelnika. Jest szczerym wyznaniem tego wyjątkowego egzystencjalisty, którego prawdziwie przejmuje los jednostki, który próbuje współodczuwać z pogrążonym w udrękach człowiekiem. Chrześcijańska narracja ukazuje Chrystusa, Boga, który przyjmuje na siebie ogrom tej męki i w solidarności z człowiekiem podejmuje ze złem heroiczną walkę. Co jednak, kiedy nie czujemy tej solidarności i bliskości? Również cierpimy. Tak, jak nieszczęśliwe były siostry Łazarza po jego śmierci. Opuszczone przez swojego Nauczyciela. Jesteśmy wówczas skazani na nas samych. Na innych, ci inni zaś na nas. Dlatego może nawet wykluczywszy istnienie Boga lub pojmując negatywnie jego rolę, jaką odgrywa w świecie, można obronić i dowodzić sensu wpierania bliźnich. Czeka nas bowiem ten sam, jeden, wspólny los. On nas zatraca, ale powinien też jednoczyć w walce z nim samym. Los, którym jest doświadczanie trudu i wszelkich wymiarów psychofizycznego dyskomfortu.

 

Pisząc to, siedzę wygodnie w łóżku, popijając herbatę. Kiedy skończę, zjem obiad. Jak co dzień. Jak co noc, będę miał gdzie się umyć i gdzie spać. Prowadzę teoretyczne spekulacje, rozważając, czy pewnym sensem człowieczej niedoli nie jest wzrastanie w empatii, by łatwiej nam przychodziła kenoza, poświęcenie dla bliźnich, których niedola doświadcza. Życie potraktowało mnie bardzo łagodnie. Czy nie jestem tego winien tym, którzy na każdym kroku spotykają przeszkody, dla których codzienność jest ciągłym zmaganiem z otaczającą rzeczywistością? Staram się żyć tak, by „nie tchnąć dżumy w twarz drugiego”, starając się nie ranić słowami, nie czynić pospolitych świństw. Wychodzi różnie, ale nie wymaga to wielkiego wysiłku.

Dżumę roznoszę jednak moją bierną postawą wobec ludzkich udręk. Patrząc bezczynnie na cierpienie, przyczyniam się do jego istnienia. Mając tego świadomość, nigdy nie będę mógł powiedzieć, że zrobiłem wszystko, by mu zapobiec. W tym sensie pewnie należy rozumieć Augustiańskie pojmowanie zła, które jest brakiem dobra. I chyba to właśnie jest zasadą chrześcijańskiej odpowiedzialności za bliźnich. Odpowiedzialności, ale chyba też permanentnego poczucia winy, wynikającej z zaniedbania obowiązku niesienia pomocy.

 

Wydaje mi się, że wrażliwość podążającego za nauką Chrystusa oraz jego ciągle pogłębiana świadomość istoty ludzkiej egzystencji, jest przygnębiająca i napawa smutkiem. Mówiło się o tym, że uczeń Jezusa powinien być szczęśliwy. Święty Franciszek, reformator Kościoła, głosił filozofię radosnego przeżywania wiary, przez dostrzeganie piękna i rozumności stworzenia. Radością powinna również napawać chrześcijanina perspektywa życia wiecznego w komunii z Bogiem. Ale jakże ta perspektywa jest odległa, jakże owiana wątpliwościami. Więcej dostrzegam też w świecie chaosu niż konsekwentnego projektu. W opisywaniu otaczającej rzeczywistości lepiej przemawia do mnie filozofia absurdu niż logika matematyczna. Wybieram zatem Jerozolimę z jej Ogrójcem i Golgotą, która jest „zgorszeniem dla Żydów i głupstwem dla pogan”, niż Ateny abstrakcyjnego i pozbawionego ludzkich cech absolutu. Harmonia świata, do życia w której przekonuje święty z Asyżu, nie trafia do mnie, również z powodu zła, które ją burzy. Intuicja mówi mi, że chrześcijanin powinien być smutnym człowiekiem. Takim, który głęboko przeżywa grzech zaniedbania i cierpi razem z tymi, którzy się źle mają, wyrażając solidarność – wzorem Chrystusa ukrzyżowanego. Może świadome i głębokie przeżywanie wiary powinno czynić człowieka zatroskanym i wiecznie niespełnionym?

 

  • http://aleksykettler.blox.pl/ a.k.

    “Czy to możliwe: przeżywać szczęście wieczne w Niebie, mając świadomość, że przynajmniej jeden grzesznik w tym samym czasie cierpi piekielne męki?” zapytano jakiegoś księdza w wywiadzie, mającym czytelnikom przybliżyć kulisy życia pozagrobowego. 
    O ile dobrze pamiętam, ksiądz ów odparł, że zadając tego typu pytanie może i silimy się na wielkoduszność, każdy jednak otrzymał na ziemi czas, by zdecydować o niebie czy piekle sam, tak więc czemu nie przekonujemy ludzi do wyboru tego pierwszego właśnie teraz, za życia?Oczywiście detali publikacji ani nazwiska księdza nie pamiętam, słowa również brzmiały inaczej, być może niosły nawet inny sens, ale przeze mnie zostały odebrane właśnie tak. Rozzłościła mnie ta wypowiedź. Łatwo powiedzieć: “żal mi tych w piekle”. Ale równie łatwo powiedzieć: “pomagajmy już teraz.” Sądzę, że chrześcijaństwo opiera się na współczuciu, solidarności i pomocniczości. Jednak opiera się też na wolności. Nikt z nas nie przeprogramuje bliźniego, nie pomoże wszystkim, nie zawsze zostanie chociażby wysłuchany. Jeśli każda odrzucona bądź niemożliwa do udzielenia pomoc miałaby być przyczyną niekończącego się smutku, to w końcu załamalibyśmy się wszyscy, świat stanąłby w miejscu, bez żadnej nadziei. Nie spocznę, dopóki nie pomogę… Ale nie pomożesz, bo sam nie jesteś Bogiem. Nawet jeśli zrobisz dużo dobrego, zawsze zostanie ktoś, kto na własne życzenie będzie dalej tkwił w swoim piekle. I wtedy ani smutek, ani najbardziej popisowa depresja nie pomogą. Pozostanie nadzieja i modlitwa, no bo co innego? Co? 
    Jeśli wszyscy staniemy się nieszczęśliwi i markotni, nagle samo szczęście zostanie uznane za nienaturalne i “niegodne” chrześcijanina. Niedobrze. Bóg jest przecież szczęściem. A gdyby dobrobyt oznaczał zło, jałmużna figurowałaby na liście grzechów ciężkich, a nie jako jeden z podstawowych dobrych uczynków. 

    • Staś

      Dziękuję za ciekawy komentarz.
      “Czy to możliwe: przeżywać szczęście wieczne w Niebie, mając świadomość, że przynajmniej jeden grzesznik w tym samym czasie cierpi piekielne męki?”- to ciekawy problem, z którym wiąże się teza Thomasa Talbotta, że “istnienie cierpiących ludzi w piekle naruszałoby szczęście w niebie, ponieważ zbawieni odczuwaliby ból na myśl o męce potępionych”- tak opisuje to o. Wacław Hryniewicz OMI w tekście o nadziei powszechnego zbawienia na łamach styczniowego Znaku. Zakłada to oczywiście, że przyjęci do Domu Ojca zachowają pamięć i więzi międzyludzkie, oraz emocje. Jeśli nie, to powstaje kolejny problem w jaki sposób zachowamy naszą tożsamość. Inaczej- co sprawi, że my, to my. 
      Jeśli chodzi o wolność, to nie uważam, że należy pomagać na siłę.
       Myślę, że jest wystarczająco wiele potrzebujących, którzy wypełnili by cały nasz rozsądnie zagospodarowany czas. Nie potrafimy jednak tego czasu odpowiednio zaplanować i się lenimy, poddajemy się naszym słabościom. Nie zawsze celem naszego działania jest drugi człowiek. A powinien nim być (zawsze!). 
      Sądzę też, że takie poczucie winy i smutek jest czymś co stymuluje i mobilizuje dobroczynność. W moim tekście skupiłem się jednak na samej świadomości, nie  działaniu. Serdecznie pozdrawiam. 
      Staś