dwutygodnik internetowy
03.06.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Chrześcijanin wobec aborcji

Tym, co przeraża w wypowiedziach części katolików, jest ich brak zainteresowania skutkami ewentualnego zaostrzenia ustawy aborcyjnej. Można przy tym odnieść wrażenie, że bardziej niż na ochronie życia zależy im na wprowadzeniu samego zakazu aborcji, niezależnie od tego, czy będzie on respektowany, czy też nie.

W zeszłym tygodniu „Gazeta Wyborcza” opublikowała tekst Kasi Kucharskiej, który spowodował niemałe zamieszanie na forum dyskusyjnym „Frondy”. Opublikowany artykuł jest recenzją książki Gail Kligman, w której zanalizowane zostały drastyczne konsekwencje wprowadzenia restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej w Rumunii Ceauşescu. W swojej odpowiedzi na powyższy tekst Tomasz Terlikowski bezrefleksyjnie określił podzielane przez całą redakcję poglądy Kasi Kucharskiej jako „proaborcyjne”. Lektura kolejnej polemiki utwierdziła nas w przekonaniu, że dalsza wymiana komentarzy nie doprowadzi niestety do porozumienia, a jedynie do nakręcenia spirali wzajemnej niechęci.

Poniższy tekst kierujemy przede wszystkim do osób trzecich: do czytelników „Kontaktu”, którzy poczuli się zaniepokojeni bądź oburzeni artykułem Kasi Kucharskiej; do obserwatorów i uczestników naszej wymiany zdań z Tomaszem Terlikowskim; wreszcie do wszystkich tych, którym marzy się, by oblicze Kościoła nie było definiowane przez radykalne i niepozostawiające miejsca na dyskusję stanowisko „Frondy”.

 

***
Uważamy, że aborcja jest złem, którego nie wolno traktować jako ostatecznego, bo najskuteczniejszego, środka antykoncepcyjnego. U podstaw naszego stanowiska leży przekonanie, że życie ludzkie, jako dane nam przez Boga, jest święte. Stąd nakaz „nie zabijaj”. Zdarza się jednak, że my, chrześcijanie, czynimy od tego nakazu pewne wyjątki, np. usprawiedliwiając zabicie człowieka w obronie własnej. Nie uważamy, żeby było to dobre – wszak życie napastnika jest równie święte jak życie ofiary – lecz uznajemy, że każdy ma prawo do obrony swojego istnienia. Za księdzem Janem Zieją podziwiamy tych, którzy wyrzekli się przemocy, ale nie potępiamy nikogo za to, że nie pozwolił się zabić.

Podobnie rzecz się ma w przypadku aborcji, gdy zagrożone jest życie matki. Nienarodzonego jeszcze dziecka nie można oczywiście porównać ze świadomym swoich celów napastnikiem, a jednak w obydwu wypadkach mamy do czynienia z zagrożeniem ludzkiego życia. Często powtarza się, że życie dziecka jest święte. To oczywiście prawda, lecz prawdą jest również to, że święte jest życie jego matki. Tak jak podziwialibyśmy kobietę, która decyduje się urodzić dziecko, poświęcając własne życie, tak od żadnej kobiety nie wolno nam czegoś podobnego wymagać. Od nikogo, poza samym sobą, nie wolno nam oczekiwać heroizmu. Nie wolno nam mówić: „Ja na twoim miejscu…”, bo nigdy nie możemy być pewni, jak sami byśmy postąpili, znalazłszy się w sytuacji granicznej. Gdy znajduje się w niej ktoś inny – nie przestając bynajmniej wierzyć w świętość każdego życia – powinniśmy z pokorą pochylić głowę i przyznać, że nie potrafimy go zrozumieć. Skoro zaś nie rozumiemy, to i nie oceniamy.

 

***
Mówiąc o bezwzględnej „świętości życia” i domagając się prawnego jej usankcjonowania, Kościół bynajmniej nie sprawia, że życie faktycznie staje się bardziej szanowane. Uciekając od duszpasterstwa i formacji sumień w stanowienie prawa i język, w którym nie sposób dostrzec śladu zrozumienia dla podejmujących dramatyczne wybory ofiar gwałtu, kobiet ciężko chorych i nastolatek, nie wpływamy najczęściej na ich decyzje o usunięciu ciąży. Udaje nam się tylko głęboko je zranić i zredukować do zera naszą możliwość wpływu i pomocy im w przyszłości.

Skoro zależy nam na zmniejszeniu liczby zabiegów aborcyjnych wykonywanych w Polsce, nie powinniśmy wybierać drogi prowadzącej do ludzkich sumień na skróty, przez prawodawstwo. Weźmy się wreszcie za formowanie tych sumień! Mówmy do matek językiem, który są w stanie przyjąć, a nie zaczynajmy od nazywania „morderczyniami”, bo to nie tylko w ryzykowny sposób uogólniające, ale i przeciwskuteczne. Określmy więc, czy bardziej zależy nam na „tak, tak; nie, nie”, który to wyimek z Kazania na Górze jest tak bardzo popularny w skłonnych do potępień środowiskach katolickich, czy też na skutecznej ochronie ludzkiego życia. Jedno wcale nie musi iść z drugim w parze.

Do zrobienia jest zresztą znacznie więcej niż tylko złagodzenie języka i kształtowanie sumień. Tu potrzeba realnej pomocy: świeckich poradni, stowarzyszeń udzielających wsparcia materialnego, sprawnego systemu adopcji. Kobiety, które znalazły się w sytuacjach granicznych, powinny móc liczyć na społeczną solidarność i wiedzieć, że jeśli zdecydują się na urodzenie dziecka, to otrzymają potrzebne im wsparcie. Nie wystarczy bowiem przekonać je do tego, trzeba także wziąć odpowiedzialność za konsekwencje ich decyzji. Jest to jedno z najważniejszych wyzwań stojących przed współczesnym Kościołem.

 

***
Tym, co nas przeraża w wypowiedziach części katolików, jest ich brak zainteresowania skutkami ewentualnego zaostrzenia ustawy aborcyjnej. Można przy tym odnieść wrażenie, że bardziej niż na ochronie życia zależy im na wprowadzeniu samego zakazu aborcji, niezależnie od tego, czy będzie on respektowany, czy też nie. W ten sposób walczą oni nie z korzeniem zła, lecz tylko z jego objawami, a jedynym, co mogą na tym wygrać, jest ich własne spokojne sumienie. Tak oto dochodzimy do paradoksu: nawet gdyby – czysto teoretycznie – zaostrzenie prawa miało spowodować rozrośnięcie się aborcyjnego podziemia i aborcyjnej turystyki, śmierć wielu dzieci i kobiet, to według nich należałoby je uchwalić, ponieważ głoszenie zasady świętości życia jest dla nich ważniejsze od samego życia.

Zadaniem Kościoła jest przede wszystkim formowanie sumień, nie wpływanie na prawodawstwo. Człowiek ma postępować dobrze nie z lęku przed karą, lecz z miłości do Boga i drugiego człowieka. Jeśli tego nie robi, to nie ma co się na niego obrażać. Trzeba raczej zastanowić się nad tym, dlaczego chrześcijańskie orędzie w danym przypadku okazało się nieskuteczne. Chrześcijanin ma świat uświęcać, a nie oburzać się, że wciąż jeszcze nie jest on święty. Wbrew pozorom, nasze „święte oburzenie” nie sprawia bynajmniej, że w kwestii aborcji nie mamy sobie niczego do zarzucenia. Wręcz przeciwnie. Ten problem dobitnie uświadamia nam, jak bardzo sami jesteśmy niedoskonali i jak daleka droga dzieli nas od punktu, w którym zaczniemy móc stanowić moralny drogowskaz dla świata.

  • Andrzej Paszewski

            W Polsce zabicie człowieka jest karalnym przestępstwem. Prawo nie wyłącza spod ochrony człowieka w okresie prenatalnym. Takie wyłącznie musiałoby być całkowicie arbitralne,ponieważ nie istnieją obiektywne kryteria pozwalające wyróżnić w rozwoju człowieka jego przedludzką i ludzką fazę. Stąd zabicie człowieka w tym okresie, co ma miejsce w przypadku aborcji, musi z mocy prawa być uznane za przestępstwo.
           Prawo jednak uwzględnia okoliczności, w których można odstąpić od karania. Tak jest również w przypadku aborcji, gdy prawo wprost wymienia kilka takich okoliczności, choć pewnie mogą występować także inne. Takich sytuacji dotyczy tekst Miszy Tomaszewskiego, z którym się zgadzam, ponieważ bywa, że ludzie stają przed dramatycznymi wyborami w sytuacjach, którym nie mogą podołać. Tym co optują za karaniem za aborcję bez względu na okoliczności, można zazdrościć dobrego samopoczucia.
          Nie można jednak  uznawać człowieczeństwa płodu i jednocześnie wypowiadać się za prawem do aborcji na życzenie jak to postuluje Andrzej Wielowieyski. Abstrahując od aspektów etycznych, stanowisko takie nie jest logiczne i nie do pogodzenia z polskim prawem.
    Andrzej Paszewski