dwutygodnik internetowy
23.02.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Choroby dziekańskie, choroby samorządowe

Niestety, wszystkie choroby, które papież zdiagnozował w Kurii Rzymskiej, występują w ramach poszczególnych kurii akademickich. Obok tych, które toczą uczelnię jako taką, da się jednak wskazać te, które są specyficzne dla relacji między władzą a samorządem studenckim.

ilustr.: Monika Grubizna

ilustr.: Monika Grubizna

22 grudnia 2014 r. w Sali Klementyńskiej Pałacu Apostolskiego, na spotkaniu z członkami Kurii Rzymskiej, papież Franciszek wygłosił przemówienie z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. „Kuria Rzymska i Ciało Chrystusa” – już sam tytuł brzmiał prowokacyjnie. Zaczęło się całkiem niewinnie – Franciszek przypominał nieco Benedykta XVI, gdy snuł teologiczne rozważania o mistycznym ciele Chrystusa, w oparciu o Pismo i doktrynę Kościoła. Po kilku minutach powstał jednak dziwny niepokój i zażenowanie w głowach czcigodnych hierarchów. Papież Bergoglio sformułował katalog piętnastu „chorób kurialnych” (malattie curiali) – na wzór ojców pustyni, którzy sporządzali takie spisy, aby przygotować się do sakramentu pojednania.

Niestety, wszystkie choroby, które jezuita zdiagnozował w Kurii Rzymskiej, występują w ramach poszczególnych kurii akademickich (tj. grup wspólnoty akademickiej). Obok tych, które toczą uczelnię jako taką, niezależnie od odmiennych uwarunkowań lokalnych, da się jednak wskazać te, które są – w mniejszym lub większym stopniu – specyficzne dla relacji między władzą a samorządem studenckim. Spróbujmy zatem sformułować katalog „chorób dziekańskich” i „chorób samorządowych”.

***

Choroba złej wojny jest dobrze znana – na tyle dobrze, że wydać się może banalna, podobnie jak choroby wieku dziecięcego, które prędzej czy później muszą dokonać agresji. Mamy z nią do czynienia wówczas, gdy jedna ze stron atakuje drugą bez powodu, dla zasady, w imię partykularnych interesów politycznych. Siewcy tej zarazy szczególnie chętnie wykorzystują arsenał znany z innej choroby franciszkańskiej – „choroby obmowy, szemrania i plotek”. To jednak ta druga – choroba zgubnego pokoju – jest bardziej przewlekła i bardziej perfidna. I choć występuje o wiele częściej, jest znacznie słabiej opisana (to właśnie dlatego jest tak groźna!). Jest niczym jedna z tych chorób, które przez lata systematycznie rozwijają się w organizmie, nie dając o sobie znać, aby ujawnić się (i zemścić – za brak badań i kontroli) w krytycznym momencie życia. Choroba ta pojawia się wówczas, gdy studenci – a właściwie ich reprezentanci w samorządzie – w rozmowie z władzą przestają dotykać spraw trudnych i kontrowersyjnych – w imię źle pojętej współpracy, dla świętego spokoju, w duchu appeasementu. Zwróćmy uwagę, jak wielu samorządowców prowadzi swoją kampanię pod hasłem „dobrych relacji z władzami wydziału”, a nawet szczyci się tym, że za ich kadencji stosunki z dziekanem były tak dobre jak nigdy wcześniej („co sam pan dziekan publicznie potwierdził”). Dostają brawa, a za nimi głosy, tak jakby dobre relacje z władzą – bez względu na to, co ta sobą reprezentuje – były czymś z definicji dobrym i pożądanym.

Ale choroba pokoju nie jest chorobą samoistną; jest niczym choroba skóry, która ogarnia całe ciało, lecz powstaje z problemów znacznie bardziej poważnych – na przykład ze schorzeń układu krążenia. Jedną z nich jest choroba strachu, lęku lub niepokoju – przed represjami, jakie spotkać mogą samorządowca w związku z jego zależnością – administracyjną, dydaktyczną czy środowiskową – od dziekana („jeśli się postawię, to skreśli mnie ze studiów”). Co ciekawe, w wielu przypadkach ów strach wynika z przesadnej wiary w siłę dziekana lub, po prostu, z nieznajomości przepisów prawa (w tym środków odwoławczych i instytucji gwarancji praw osobistych). Siostrą choroby strachu jest choroba korzyści. Franciszek mówi wręcz o „chorobie światowej korzyści, ekshibicjonizmu”, „kiedy apostoł przemienia swoją posługę we władzę, a swoją władzę w towar, by uzyskać światowe korzyści lub więcej władzy”. Samorząd nie podnosi spraw trudnych w obawie przed utratą profitów – tych obecnych (politycznych, materialnych, ale też: uśmiechów na przyjęciach z establishmentem) lub spodziewanych (dotacja specjalna na obóz zerowy). Choroba korzyści przybiera formę złośliwą, gdy dochodzi do korupcji – w rozumieniu nieetycznej taktyki politycznej lub – co gorsza – naruszenia przepisów karnych, na przykład w sytuacji, gdy samorząd wybiera dziekana na kolejną kadencję w zamian za miejsca dla swoich działaczy – na studiach doktoranckich lub w administracji wydziału. Od korupcji politycznej wyraźnie odróżnić trzeba klasyczne negocjacje polityczne: „Panie Michale, poprzecie mnie na rektora, a ja wycofam zmiany w tym regulaminie”. W końcu, bywają tacy „działacze”, którzy idą do samorządu, bo są na bakier z nauką – wychodząc z założenia, że to „działactwo” da im swoisty immunitet („dziekan mnie nie skreśli, bo straci ważnego sojusznika”). Jeszcze mocniej mówi o tym Franciszek, gdy tłumaczy, czym jest „choroba deifikowania szefów” i jej forma zakaźna – pokusa fałszywych pochwał (w naszym przypadku – dla studentów, samorządowców): „Na chorobę tę mogą zapaść również przełożeni, kiedy starają się przypodobać współpracownikom, by zyskać ich uległość, lojalność i psychologiczne uzależnienie, lecz końcowym rezultatem jest autentyczna współwina”.

***

Fetysz autorytetów i choroba ślepej wiary – to kolejne słabości, które prowadzą do zgubnego pokoju. Niejeden samorządowiec (z wyjątkiem tzw. starych wyjadaczy) – i znacznie więcej „zwykłych” studentów (może z wyjątkiem tzw. wiecznych studentów) – bywa onieśmielony kontekstem kulturowym, który stoi za jego rozmówcą (rektorem, dziekanem, profesorem), poczynając od dogmatu nieomylności, jaki wiąże się czasem z tytułem naukowym, poprzez archetypy kryjące się za nazwą „dziekan” (dziekan jako symbol władzy dyskrecjonalnej), po tradycję władzy monarszej, która wyziera z gronostajów Jej Magnificencji („pod togami smród tysiąca lat” – odpowiada chór studentów z Hamburga). Merytokratyczny model rządów, duży dystans do władzy (ilu studentów zna nazwisko swojego rektora?), przesadny respekt dla niej, w końcu feudalizm, jaki panuje na uniwersytecie – wszystkie te elementy budują podłoże, z którego pączkują argumenty z autorytetu (rector ipse dixit!, „sam rektor to powiedział!” – typowy argument odwołujący się do nieśmiałości). W ten sposób ogranicza się swobodę debaty między władzą a samorządem, co ta pierwsza zręcznie wykorzystuje; w razie wątpliwości dodaje, niczym refren w psalmie: „przecież działamy na korzyść studentów”.

Jest też choroba dyskrecji, a nawet więcej – choroba sekretności. O związkach między wiedzą, władzą i dyskursem przeczytamy u Foucaulta, a także w orzecznictwie sądów administracyjnych, które wskazują na niewystarczający stopień transparentności w funkcjonowaniu szkół wyższych. Jak wiemy, uczelnie są obowiązane – w myśl art. 61 ust. 1 i 2 Konstytucji RP oraz na podstawie przepisów ustawy o dostępie do informacji publicznej – do udostępniania informacji publicznej, gdyż wykonują zadania publiczne i korzystają ze środków publicznych – jednak, jak mawiają prawnicy, „praktyka bywa różna w tym względzie”. Wiele uczelni (łącznie z tymi najbardziej prestiżowymi) nie publikuje – nieraz z naruszeniem prawa – dokumentów, które stanowią podstawę bądź wyraz ich działalności (protokoły z posiedzeń rad jednostek, dokumenty finansowe, porozumienia z podmiotami zewnętrznymi i inne). W konsekwencji rodzi się pytanie: w jaki sposób samorząd ma rozmawiać z dziekanem o rozwoju swojego wydziału, skoro nie ma dostępu do kluczowych danych i dokumentów? Trudno mówić o współpracy, gdy dziekan jawi się niczym cerber, który strzeże dostępu do wiedzy tajemnej. Sam byłem świadkiem sytuacji, w której kierownik jednej z jednostek odmówił szefowej samorządu dostępu do budżetu tej jednostki – po czym, na zasadzie asekuracji, skierował ją do samej rektorki (naturalnie, w arsenale działań pozostaje wniosek o udostępnienie informacji publicznej). Na tym tle widzimy, jak opozycja jawne/ukryte – jako swoisty paradygmat kulturowo-behawioralny – kształtuje relacje dominacji i podporządkowania w feudalnym świecie akademickim.

***

Choroba strachu, dyskrecji i inne – wiele z tych schorzeń ma zasięg lokalny i epizodyczny. Zdarza się, że dana choroba atakuje tylko jedną, najsłabszą jednostkę wydziału, oszczędzając tę sąsiednią. Jest jednak choroba (a raczej wada wrodzona), która ma zasięg pandemii; jest to choroba złej reprezentacji – grzech pierworodny całej akademii. Jak wiemy, na uniwersytecie nie obowiązują powszechnie przyjęte zasady przedstawicielstwa demokratycznego. Zgodnie z przepisami ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym studenci i doktoranci stanowią łącznie co najmniej 20 procent członków kolegium elektorów, senatu uczelni i rady podstawowej jednostki organizacyjnej uczelni oraz – na mocy odrębnych przepisów – niektórych innych ciał decyzyjnych w uczelni i w jednostce uczelni (nie trzeba dodawać, że formuła „nie mniej niż 20 procent” w praktyce oznacza „nie więcej niż 20 procent”.) Głos studentów ma więc ograniczoną siłę przebicia i jeszcze mniejszą siłę wpływu.

Na korzyść studentów działa jednak fakt, że ci zazwyczaj głosują w sposób blokowy – podczas gdy przedstawiciele innych kurii bywają bardziej podzieleni – przez co funkcjonują jako polityczny „języczek u wagi”, atrakcyjny lub wręcz niezbędny dla dziekana. Wreszcie, dla porządku, trzeba dodać, że w przypadku niektórych spraw studenckich władze muszą działać „w uzgodnieniu”, „w porozumieniu” lub „po zasięgnięciu opinii” właściwego organu samorządu studentów. I tak właściwy organ samorządu może nie wyrazić zgody na danego kandydata na prorektora czy prodziekana ds. studenckich (może go „zablokować”), może nie zgodzić się na wejście w życie regulaminu studiów (czyli go „zawetować” – chociaż sprzeciw samorządu może być przełamany przez senat większością dwóch trzecich głosów jego statutowego składu). Wszystkie te zastrzeżenia nie docierają jednak do źródła problemu – w dalszym ciągu jest zbyt wiele spraw o profilu studenckim, w których dziekan nie musi rozmawiać z samorządem, co więcej: na wielu uczelniach istnieją takie ciała decyzyjne, w których studenci nie mają ani jednego przedstawiciela, nawet z głosem doradczym (w tym tak ważne z ich punktu widzenia jak komisje oceniające prace nauczycieli akademickich). Ustawodawca określa jedynie minimalne standardy reprezentacji środowiska studenckiego – a uczelnie nie zawsze decydują się na ich podwyższenie w aktach prawa wewnętrznego.

Studenci „przemykają” przez uczelnię – studiują przez pięć lat, po czym zazwyczaj odchodzą z akademii. Działacze samorządowi zmieniają się więc stosunkowo szybko, podczas gdy druga strona trwa przez długie lata i – budując sieć sojuszników – konsekwentnie wspina się po szczeblach kariery administracyjnej. Równocześnie zdarza się, że „starsi koledzy” tracą łączność ze swoimi następcami – na skutek własnej decyzji lub niechęci „nowej ekipy” (która pochodzi z przeciwnej listy politycznej). W efekcie młodzi samorządowcy dają się nabrać się na najtańsze chwyty ze strony władzy, uczą się od zera, na własnych błędach. Ta „choroba zmienności” przypomina nieco „chorobę złej koordynacji” z kazania Franciszka – chociaż tę drugą można przysposobić do choroby złej wojny między władzą a samorządem.

Wreszcie, choroba złej reprezentacji rodzi się z pokusy ciekawej, choć słabo rozpoznanej – pokusy wyboru swojego rozmówcy. Samorząd studencki tworzą wszyscy studenci – o czym stanowi art. 202 ust. 1 PSW (członkostwo w tym samorządzie ma zatem charakter obligatoryjny, podobnie jak w przypadku niektórych samorządów zawodowych). Ust. 2 przywołanego artykułu stanowi jednak, że wyłącznym reprezentantem studentów są właściwe organy samorządu. Zdarza się jednak, że dziekan – „poprzestając” na ust. 1 – dobiera sobie rozmówcę wedle własnych preferencji i interesów. Mogą nim być studenci z jego grupy zajęciowej, może nim być stały „pupil” dziekana, który – robiąc za „kreta” – rozsiewa kąkol w strukturze samorządu. Sam byłem świadkiem sytuacji, w której dyrektorka jednej z jednostek stwierdziła w rozmowie z szefem samorządu: „No co pan mówi, pytałam moich studentów i oni się zgadzają, a tak poza tym, to ile osób chodzi na wybory i wybiera was do tego samorządu?”.

***

Powyższy przytyk dotyka problemu o znaczeniu centralnym dla studenckiej samorządności – frekwencji wyborczej, która, jak wiemy, ma bezpośrednie skutki dla legitymizacji działań samorządu. W tym miejscu powinniśmy więc nazwać ostatnią jednostkę chorobową – chorobę bierności – która w skrajnych przypadkach może skończyć się śpiączką (na marginesie: spójrzmy na frekwencję w innych kuriach akademickich – i zastanówmy się, czy nie jest to choroba epidemiczna). Frekwencja w wyborach do samorządu studenckiego z trudem dobija do tej, którą zanotowano w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 r. (21 procent) – średnia frekwencja w wyborach w 2014 r. w najlepszej uczelni w Polsce (UW) wyniosła, i to nie jest błąd drukarski, 6,73 procent i od kilku lat nie może przekroczyć 10% (stan chorego można zatem określić słowami: „krytyczny, ale stabilny”).

Studenci są nad wyraz cisi; nieraz wydaje się, że wszelkie zmiany w warunkach studiów, jakie narzuca im władza (dziekan, rektor, minister), w tym te z zakresu studenckich „praw podstawowych”, przyjmują ze stoickim spokojem (względnie wewnętrznym, zrutynizowanym oburzeniem), wychodząc z przekonania – skądinąd słusznego – że nie dysponują odpowiednią reprezentacją polityczną, aby się im przeciwstawić (na forum uczelni czy w Sejmie RP). „Dziwię się, że studenci nie wychodzą na ulice” – powiedział mi jeden z dziekanów, skądinąd dość zachowawczy, pijąc do opłat za drugi kierunek studiów. Inny profesor, o przeszłości znacznie bardziej rewolucyjnej, stwierdził: „Gdybym był w waszym wieku, to bym strajkował pod Sejmem, tak jak górnicy i pielęgniarki. A teraz to mi nie wypada”. „Chcę, byście poszli na ulice robić raban. Chcę rabanu w waszych diecezjach. Chcę, żeby Kościół wyszedł na ulice” – mówił z kolei Franciszek na Światowych Dniach Młodzieży w Rio de Janeiro w lipcu 2013 roku.

Naturalnie, tzw. właściwe organy – w postaci Parlamentu Studentów RP – sprzeciwiały się wprowadzeniu nowych form odpłatności za studia – ale czy ktokolwiek widział masowe demonstracje? W 2006 roku uczniowie strajkowali przed MEN, żądając dymisji ministra Giertycha, zimą 2012 roku młodzi ludzie protestowali wobec ACTA. Ale w 2011 roku studenci – en bloc, jako grupa społeczna – przespali nowelizację „swojej” ustawy (niczym niektórzy purpuraci z Kurii Rzymskiej, którzy przysypiali podczas kazania Franciszka). Tym razem mieliśmy dużo szczęścia: w czerwcu 2014 roku niektóre jej przepisy, wprowadzające odpłatność za drugi i kolejny kierunek studiów oraz za dodatkowe punkty ECTS, ponad limit określony w ustawie, zostały uznane przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodne z Konstytucją RP.

Czasem odnieść można wrażenie, że studenci są tą grupą w świecie akademickim, o której – mimo iż jest najbardziej liczna – mówi się najmniej. Owszem, stosunkowo dużo uwagi media poświęcają na analizę systemu rekrutacji i „losów absolwenta”. Wypowiedzi na temat studiów najczęściej sprowadzają się jednak do lamentów na poziom studentów i cięcia w dydaktyce, w związku z niżem demograficznym i zmianami w algorytmie dotacji dla uczelni. Od dłuższego czasu na miejsce pierwsze w debacie o akademii wysuwa się problematyka finansowania badań naukowych i położenia „młodych naukowców” – co jest zresztą w dużej mierze wynikiem medialnej aktywności tego środowiska.

Znam dziekana, który z zasady nie znosi samorządu, bo uważa go za związek zawodowy – mimo że takie związki tworzy każda kuria akademicka (por. franciszkańska „choroba zamkniętych kręgów”). Paradoksalnie – abstrahując od strasznych chorób, na jakie cierpią powszechnie znane związki zawodowe – wydaje się, że samorząd studencki może się od nich trochę nauczyć: spójności, aktywności i zdecydowania w walce o swoje prawa i interesy.

 

Rafał Smoleń – student historii, prawa i orientalistyki w ramach Kolegium MISH na Uniwersytecie Warszawskim; lubi szachy i podróże.