dwutygodnik internetowy
08.10.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Choćby Dla Siebie I Innych

Promocja wolontariatu ma na celu przekonanie do długoterminowej pracy przy formalnych instytucjach. Warto jednak pamiętać, że nie każdy musi być członkiem NGO-su czy wolontariuszem przy PCK.

Ilustr.: Tomek Kaczor

 

Wolontariat. Wydawałoby się, że nie ma bardziej chlubnej i niewzbudzającej sporów idei. Każdy wie, że „dobrowolna, bezpłatna, świadoma praca na rzecz innych lub całego społeczeństwa, wykraczająca poza związki rodzinno-koleżeńsko-przyjacielskie” (definicja wolontariatu cytowana za Wikipedią) jest szlachetna, a niektórzy mówią nawet, że wartościowa dla osoby, która się jej podejmuje. Nieśmiało przekonują o tym inicjatywy takie jak obchody Europejskiego Roku Wolontariatu 2011 (ale kto o tym słyszał?) lub liczne, acz mało głośne, akcje mające na celu promowanie aktywności obywatelskiej. Co więc stoi na przeszkodzie w działaniu 64% dorosłych Polaków, którzy nie deklarują zaangażowania ani w organizacje obywatelskie, ani poza nimi (badania CBOS przeprowadzone w 2010 roku)? Warto zadać sobie też przekorne pytanie, czy ich zaangażowanie jest w ogóle konieczne i jeśli tak, to w jakiej formie.

Jakąkolwiek debatę o wolontariacie należałoby chyba rozpocząć od pytania, jakie aktywności obejmuje to pojęcie. Przeciętny człowiek z hasłem „wolontariat” skojarzy działalność charytatywną, zbiórki pieniężne, pomoc ubogim. Ale skoro pod definicją kryję się po prostu bezinteresowna, świadoma praca na rzecz innych, to czy pomoc rodziców przy organizacji studniówki w szkole nie jest wolontariatem? W tym momencie należałoby uświadomić sobie, że wolontariuszem jest nie tylko osoba z puszką WOŚP-u rozdająca czerwone serduszka, ale właściwie każdy w którymś momencie swojego życia. Oczywiście należy rozróżnić działalność przy konkretnej organizacji od prywatnej pomocy oraz zaangażowanie trwałe od tego jednorazowego. Można domniemywać, że promocja wolontariatu ma na celu przekonanie do pracy przy formalnych instytucjach i raczej na dłuższy czas. Nikt nie przeczy, że takie zaangażowanie jest potrzebne, a także niezwykle rozwijające, ale warto pamiętać, że nie każdy musi być członkiem NGO-su czy wolontariuszem przy PCK.

 

Działanie a robienie

Narzekamy na niskie zaangażowanie społeczne. Podczas debaty „Miejscy herosi czy darmowa siła robocza, czyli o wolontariacie miejskim” zorganizowanej przez Pracownię Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia” porównywano wyniki sondaży dotyczących Polaków i tych mówiących o działalności na Zachodzie. Nietrudno domyślić się, jak słabo w badaniach tych wypadamy. Jednak, czy aby na pewno problemem jest tylko nasza bierność? A może chodzi tu właśnie o to, co rozumie się pod pojęciami takimi jak wolontariat czy praca społeczna? W debacie „Młodzież w działaniu” zorganizowanej przez Kancelarię Prezydenta uczestniczyli licealiści, działacze – należący do organizacji pozarządowych, udzielający się w Młodzieżowych Radach Miast, będący członkami ZHP czy KIK-u (jak autorka artykułu). Na próżno było szukać wśród panelistów osób, które po prostu robią zakupy starszej sąsiadce czy po lekcjach pomagają kolegom w nauce. Osób, które robią coś konkretnego motywowane dobrowolną chęcią rozwiązania problemów, które widzą wokół siebie. Mówiono dużo o wartości działania, ale niewiele o tym, na czym powinno ono dokładnie polegać. Podobna sytuacja ma miejsce, gdy pojawia się temat wolontariatu miejskiego. Dopiero pod koniec debaty Stoczni, dr hab. Anna Giza-Poleszczuk zdała sobie sprawę, że mówiąc o wolontariacie miejskim tak naprawdę nie wie, o jakie działania chodzi. Problem polega więc chyba na tym, że zapomnieliśmy, iż działanie samo w sobie ma jednak dużo mniejszą wartość niż robienie CZEGOŚ. Chociażby zasianie trawnika, opieka nad bezdomnymi zwierzętami czy zorganizowanie szkolnego festiwalu. I wartość ta nie spada, nawet jeśli sami nie określamy się jako wolontariusze, a inni widzą naszą działalność jako coś zupełnie normalnego.

 

Dla własnej przyszłości

Rafał Flis, koordynator projektu stypendium „Choćby Dla Własnej Przyszłości”, przekonywał na debacie Stoczni, jak ważne w promowaniu wolontariatu jest uświadomienie potencjalnych wolontariuszy, jakie korzyści wiążą się z podjęciem tego typu działalności. Przede wszystkim wpis do CV, który pomoże w otwieraniu drzwi do przyszłej kariery. Z tego, co można było zrozumieć z jego słów, wynika, że właściwie nieważne, jak wykorzystamy stypendium oferowane przez CHDWP, ważne, żeby zacząć DZIAŁAĆ, nawet jeśli, jak mówi nazwa stypendium, będzie to choćby, a nawet wyłącznie dla własnej przyszłości. Można polemizować, czy ta droga jest słuszna. Jest minimalna szansa, że osoba pragnąca zdobyć jakże cenny wpis do CV, po zgłoszeniu się do CHDWP odkryje w sobie powołanie społecznika. Możliwe. Ale jedno jest pewne – kierowanie się przy podejmowaniu aktywności społecznej własnym zyskiem (w tym przypadku niematerialnym) ciężko nazwać wolontariatem.

 

Wolontariusz, czyli frajer

Twórcy CHDWP, związani z organizacją Polska Młodych, unikają nazywania swojego projektu wolontariatem. Nie ma to jednak nic wspólnego z dostrzeżeniem sprzeczności między obiema ideami. Jak mówi Flis, „nie podejmują się trudnego zadania, jakim jest odczarowanie słowa wolontariat”. Mając świadomość o krążącym stereotypie wolontariatu jako pracy za darmo, a wolontariusza jako, kolokwialnie mówiąc, frajera, nie chcą, żeby ich pomysł był z tym kojarzony. To tendencja, którą dostrzec można wśród wielu działaczy organizacji non profit, którzy bardzo świadomie dobierają słowa przy określaniu swojej działalności. Nic w tym dziwnego, przecież o ile lepiej brzmi „realizacja lokalnego projektu społecznego” (jak przeczytać można na stronie CHDWP), niż np. „organizacja konkursu plastycznego dla dzieci z podwórka”. Tu także unika się mówienia, co kryje się pod DZIAŁANIEM. Może także dlatego, że czar trochę pryska, jeśli okazuje się, że młody stypendysta, realizator własnego projektu społecznego zajmuje się tak prozaiczną czynnością, jak sadzenie kwiatów i posianie trawy w ogródku na podwórku własnej kamienicy.

Wolontariat. To oczywiście bardzo chlubna idea, bardzo dobrze, że coraz częściej dostrzega się jej istotę. Ale nie warto działać dla samego działania, nie warto też chyba wyłącznie z uwagi na własną przyszłość czy z powodu pewnego trendu. Lepiej raczej, widząc problem, nieudogodnienie lub nieatrakcyjność, po prostu wziąć sprawy w swoje ręce i coś z tym zrobić. Nie trzeba wtedy w ogóle używać słowa „wolontariat” ani określać się „działaczem społecznym”, żeby efekty były widoczne i docenione przez innych. Bo wolontariat jest przecież środkiem do osiągnięcia jakichś celów, a nie celem samym w sobie.

 

  • JanK

    Szanowna Pani, ja sobie zdaję sprawę, że najważniejsza w działalności społeczniej jest pomoc innym, a nie wpis do CV. Ale skoro sama radość z pomagania innym nie skłania tak dużej części społeczeństwa do działania, to może zachęcanie innymi “nagrodami”, jak na przykład uświadomienie, że inicjacja projektu społecznego może być dokładnie tym samym, czym w przyszłości zarządzanie projektem w korporacji, jest jakimś rozwiązaniem.
    “Wolontariat. To oczywiście bardzo chlubna idea, bardzo dobrze, że coraz częściej dostrzega się jej istotę. Ale nie warto działać dla samego działania, nie warto też chyba wyłącznie z uwagi na własną przyszłość czy z powodu pewnego trendu.”

    Ma Panie rację, lepiej siedzieć z założonymi rękoma, obrażonym na kanapie. Ale to świata nie zmieni.

    Uważam, że warto działać dla samego działania, czy warto dawać pieniądze dla samego dawania (lub poczucia satysfakcji z ich dawania) bo w daleszej kolejności również ktoś inny na tym zyska. Jaką różnicą jest czy ktoś robi to z egoistycznych pobudek, czy z poczucia solidarności, jeśli na koniec zrobiona jest dobra rzecz? Wydaje mi się, że CHDWP w ten sposób prowadzi swoją kampanię zachęcającą do organizowania projektów społecznych.

  • Szania

    Rozłożył mnie brak spójności. Z jednej strony “kierowanie się przy podejmowaniu aktywności społecznej własnym zyskiem (w tym przypadku niematerialnym) ciężko nazwać wolontariatem”, z drugiej “Lepiej raczej, widząc problem, nieudogodnienie lub nieatrakcyjność, po prostu wziąć sprawy w swoje ręce i coś z tym zrobić” :)

  • Ala Budzyńska

    Czym innym jest zysk, który otrzymuje się (i otrzymują go inni) bezpośrednio z podjętego działania, np. pożytek z placu zabaw, który pomogło się urządzić na osiedlu. A czym innym jest nagroda, czyli np. wpis do CV, która jest często jedynym powodem podjęcia przez niektórych bezinteresownej pracy. Mam nadzieję, Szaniu, ze dostrzegasz różnicę.                                                                                 Jeśli chodzi o sposób motywowania przez projekt CHDWP rozumiem go, ale się z nim nie zgadzam. Myślę, że to patrzenie bardzo krótkodystansowe. Warto się chyba zastanowić, jak odpowiadać będą na potrzeby mieszkańców próby działania podjęte przez osoby, które nie zaangażowały by się gdyby nie perspektywa zysku w przyszłej karierze. Być może w niewielu przypadkach będą wartościowe. Ale i tak wolałabym, żeby pretekstem do bezinteresownej aktywności była chęć wpłynięcia na rzeczywistość, a nie rozwój korporacyjnej kariery. Siedzenie na kanapie świata nie zmieni i nie namawiam bynajmniej do bierności. Poddaję po prostu w wątpliwość to, czy świat zmienią (a jeśli zmienią, to jak?) ludzie angażujący się społecznie wyłącznie z uwagi na nagrodę, która ułatwi im wspinanie się po szczeblach kariery zawodowej.

  • Szania

    Zupełnie się nie zgadzam z Pani rozumowaniem. Zysk to zysk (dalej będę używał słowa “korzyść”). Tak samo o swojej korzyści myśli organizator placu zabaw jak i uczestniczka projektu szukająca wpisu do CV. I tak samo w obu przypadkach “inni” też coś otrzymują. I nie widzę tu miejsca do wartościowania na “lepsze i gorsze”, bo mechanizm jest ten sam – w swoich działaniach społecznych bardziej lub mniej otwarcie szukamy korzyści dla siebie. Mam nadzieje, że Pani Redaktor dostrzega, że nie ma tu różnicy.
    W drugim akapicie trochę Pani wyjaśnia, dlaczego korzyść w postaci myślenia o przyszłej karierze jest “zła” – zakłada Pani, że jest to sposób postępowania przyszłych pracowników korporacji. To stereotyp! Większość z moich znajomych “działaczy społecznych” w tej chwili prowadzi swoje firmy, zajmuje się nauką lub polityką, dalej działa w NGOsach – kreują otaczającą nas rzeczywistość, ponieważ w trakcie swojej aktywności społecznej nabyli potrzebne umiejętności. Dlatego jestem przekonany, że organizacja projektów społecznych jest dobra bez względu na korzyści, o jakich myślą organizatorzy. Ba, wręcz trzeba ludziom pokazywać te korzyści po to, żeby ruszyli tyłki i nauczyli się, że można i jak można oddziaływać na swoje otoczenie.

  • Misza Tomaszewski

    Myślę, że w tej dyskusji trzeba wyodrębnić:

    Po pierwsze, to oczywiście lepiej, że ludzie angażują się w działalność służącą dobru wspólnemu bądź dobru drugiego człowieka ze względu na interes własny (wpis do CV, kompetencje, moda), niż gdyby mieli się wcale w niego nie angażować.

    Po drugie, problematyczne wydaje się używanie w takich wypadkach terminu “wolontariat”. W efekcie mamy “wolontariat pracowniczy” i “wolontariat” szkolny, stanowiący podstawę do podwyższenia oceny z zachowania (i często głównie tym motywowany). Taki wolontariat jest karykaturą samego siebie i, niestety, płynnie wpisuje się w korporacyjny model kariery, którego nie musi niuansować

    Po trzecie, istnieje możliwość, że w niektórych przypadkach działalność podejmowana z pobudek egoistycznych będzie stanowiła moment zwrotny, który pozwoli im podjąć kolejne działania już jako wolontariat w sensie ścisłym. Pytanie, czy to wystarczający powód, by “wolontariatem” nazywać każdą działalność (teoretycznie) non-profit.

    Po czwarte, istnieje zasadnicza różnica pomiędzy działalnością podejmowaną ze względu na interes własny i interes drugiego człowieka. Wolontariat podejmowany ze względu na CV przynosi dobre skutki niejako przypadkowo, jako efekt uboczny (rzecz jasna, wartościowy). Istnieje szansa na to, że – równie przypadkowo – ukształtują one określoną postawę moralną człowieka. Istnieje jednak również ryzyko, że punktowanie takiego “wolontariatu” wbije ludziom do głębiej do głów ich egoizm. Gdy opłacalne stanie się podejmowanie działalności wprost przeciwnej do omawianej – dlaczego mieliby się oprzeć?

    Pozdrawiam.

  • Szania

    Rozwinięcie definicji wolontariatu, przytoczonej przez Panią Redaktor za Wikipedią: “określenie bezpłatna (praca) nie oznacza bezinteresowna, lecz bez wynagrodzenia materialnego.
    W rzeczywistości wolontariusz uzyskuje liczne korzyści niematerialne:
    satysfakcję, spełnienie swoich motywacji (poczucie sensu, uznanie ze
    strony innych, podwyższenie samooceny
    itd.), zyskuje nowych przyjaciół i znajomych, zdobywa wiedzę,
    doświadczenie i nowe umiejętności, a w związku z tym i lepszą pozycję na
    rynku pracy.”

  • Janek Mencwel

    “Istnieje jednak również ryzyko, że punktowanie takiego “wolontariatu” wbije ludziom do głębiej do głów ich egoizm.” No właśnie. Moim zdaniem zagrożenie jest realne.Porównałbym to do tego, jak zdegenerowało się zjawisko “czynu społecznego” w PRL.”Przymusowa” praca na rzecz “dobra ogółu”, podobnie jak robienie czegoś “dla innych” ale po to, by mieć z tego korzyści dla siebie, prowadzi do alienacji od samej pracy czy zadania, które się wykonuje. W tym sensie przegięcie w stronę indywidualizacji jest równie niebezpieczne jak w stronę kolektywizacji. A chyba zaczynamy przeginać, promując wolontariat jako sposób na wpisy w CV i drogę do kariery. Z tego powodu kampania CHDWP budziła we mnie duży niesmak.
    Rydz

  • Marysia Piotrowska

    Brawo, ładny tekst, dobrze się go czyta i trafna puenta.
    Zgadzam się z autorką :)
    Z tym jednym zastrzeżeniem, że hmm… “zysk” przychodzi sam, niezależnie czy się go oczekuje, czy nie. Bardzo się cieszę, że przez ok. 10 lat pracowałam jako wolontariusz (choć chyba wtedy bym tak tego nie nazwała). Wierzyłam w sens i cel tej całej roboty, no i miałam z niej dużą radość. Ale również teraz się cieszę, że  mogę to wpisać w CV. Wpisuję właśnie dlatego, że wiem, jak wiele się sama – zupełnie “przy okazji” nauczyłam. Po prostu chcę o tym doświadczeniu mówić na rozmowach kwalifikacyjnych i chcę, żeby było ono zauważone – bo dzięki niemu (między innymi) jestem tu teraz z takimi, a nie innymi umiejętnościami. Jest to po prostu prawdziwe, a tego staram się trzymać.
    Myślę, że trochę tak jest, że motywacja początkowa (interesowna lub bezinteresowna) weryfikuje się w praniu. Może też się zmieniać, tak jak zmienia się i dojrzewa wolontariusz. Osoba z motywacją interesowną nie będzie długo wolontariuszem, po prostu nie przejdzie próby czasu :)) Żeby wolontariat “coś Ci dał”, żeby okazał się Twoim zyskiem (zyskiem umiejętności, doświadczenia itp) trzeba wiele razy zacisnąć zęby i wiele razy zrobić coś pomimo. Moja teza jest taka, że zbyt dużo wyrzeczeń wolontariat wymaga, żeby mógł oprzeć się na tak wątłej motywacji, jaką mogłoby być “wpisanie w CV”. Natomiast jeśli w między czasie (lub najlepiej na starcie) znajdzie się inną motywację, taką nieskierowaną na siebie, wtedy na końcu gdzieś, okazuje się, że poza wszystkim innym była to gigantyczna i fantastyczna robota, i wtedy śmiało można to nazywać “niespodziewanym zyskiem” z takiego karierowego punktu widzenia. Pomijam już oczywiście “zysk” jakim są trwałe przyjaźnie i małżeństwa :)))