dwutygodnik internetowy
17.06.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Chleba i nieba. Rzecz o Liskowie.

Maria Dąbrowska napisała o Liskowie: „z jego kamiennymi chodnikami, z doskonale wybrukowanymi i oświetlonymi elektrycznością ulicami, z zespołem szkół, pocztą, wspaniałymi gmachami swych warsztatów i spółdzielni – czyni wrażenie jak gdyby snu na jawie”.

ilustr.: Tomek Kaczor


 
Tekst pochodzi z 25. numeru kwartalnika “Kontakt” pt. “Niemoc pomocy”.
 
Niech na całym świecie wojna,
byle polska wieś zaciszna,
byle polska wieś spokojna.

 
W tym samym roku 1901, w którym „Wesele”, z którego pochodzi ta słynna kwestia, ujrzało światło dzienne, do pewnej wsi w okolicach Kalisza zawitał przybysz, który miał sprawić, że już nigdy nie będzie tam tak spokojnie jak dawniej.
 
Droga wyboista, pełna kałuż i błota. Walące się strzechy widać już z daleka. Koło setki lichych chałup i tylko jedna murowana. Płotów brak. A w tej najgorszej chałupie – jedna na całą parafię szkoła.
Tak na pierwszy rzut oka mogło wyglądać wiele polskich wsi na początku XX wieku. Tak też mniej więcej wieś Lisków zapamiętał ksiądz Wacław Bliziński. Trzydziestoletni kapłan z Warszawy przybył w okolice Kalisza, aby objąć tu probostwo, niemal z wybiciem dzwonu oddzielającego wiek XIX, w którym ostatnie pokolenia chłopów wyzwoliły się spod jarzma kilkuwiekowego niewolniczego systemu pańszczyzny, od wieku XX, który miał jeszcze bardziej dogłębnie zmienić oblicze tej i innych polskich wsi.
 
5 stycznia 1900 roku księdza Blizińskiego w Liskowie nie witał nikt. Dopełnił formalności objęcia parafii. Rozejrzał się po świątyni, w której przez następne trzydzieści dziewięć lat miał odprawiać msze. Wyglądała trochę jak wielka stodoła. Ani ołtarzy, ani podłogi, ławek, organów. Poprzedni proboszcz zbyt wiele po sobie nie zostawił. Przeniósł się razem z dobytkiem, który udźwignąć musiały dwadzieścia cztery furmanki, do Wolborza. „Źli ludzie, nic tu zrobić nie można” – mówił pytany o Lisków.
W święto Trzech Króli ksiądz Bliziński wygłosił powitalne kazanie. Prosił o pobłażliwość i obiecał, że będzie tak pracować, żeby parafianom, jak to ujął, „przychylić nie tylko nieba, ale też i chleba”.
 
*
 
Lato 1937. Do Liskowa przybywają prezydent Ignacy Mościcki i premier Felicjan Sławoj Składkowski. Towarzyszy im ekipa kroniki filmowej. Miejscowość, przez którą przedefiluje głowa państwa i jego otoczenie, wygląda jak dekoracje wybudowane specjalnie na potrzeby filmu. Wielkie, murowane budynki. Chodniki i utwardzone drogi. Wiatraki i magazyny. Dookoła premiera i prezydenta świta wojska, strażacy, biskupi. Wszędzie na pierwszym planie przyprószona siwizną głowa księdza Blizińskiego. Jest tu jako gospodarz. Otwiera wraz z głowami państwa wystawę „Praca i kultura wsi”. To już druga taka ogólnopolska wystawa pokazująca skok cywilizacyjny, jaki dokonał się w Liskowie. Pierwsza odbyła się w roku 1925, równo ćwierćwiecze od momentu, kiedy – niewitany przez nikogo – ksiądz z Warszawy przybył błotnistą drogą na chyboczącym się wozie do nowej parafii.
 
Wystawa to jedno, ale to, jak funkcjonuje wówczas wieś, to drugie. W Liskowie działają wówczas trzy spółdzielnie – mleczarska, kredytowa oraz rolniczo-hodowlana z własnym młynem, piekarnią i cegielnią. Zamiast szkoły w rozpadającej się chacie jest siedmioklasowa szkoła powszechna i trzy szkoły zawodowe (Szkoła Hodowlana, Szkoła Zawodowa Żeńska i Szkoła Rzemieślniczo-Przemysłowa). Cóż jeszcze mogli zobaczyć przybywający na wystawę do, jak się już wówczas mówiło, „modelowej wsi”? Sierociniec dla trzystu dzieci, Dom Ludowy i ośrodek zdrowia. Siedem studni artezyjskich, własna mała elektrownia, stałe połączenie komunikacyjne z Kaliszem, dwanaście telefonów i pięćdziesiąt odbiorników radiowych. Przybywające tysiące gości witają przedstawiciele organizacji społecznych i kulturalnych – straży ogniowej, Koła Gospodyń Wiejskich, kółka rolniczego, a nawet… Klubu Inteligencji. O tym, co dzieje się we wsi, można przeczytać w wydawanej tu gazecie „Liskowianin”. Wydawanej we wsi, w której jeszcze w poprzednim pokoleniu tylko jeden na dziesięciu mieszkańców nie był analfabetą.
 
Ale o tym, jakie były początki Liskowa, mało kto wówczas pamiętał. I pewnie nie domyśliłby się, że wszystko zaczęło się niemal przez przypadek.
 
*
 
„Gdy myślałem o poprawie doli i obiecanym przychyleniu »chleba« (bo co do »nieba« dawałem sobie radę)” – wspominał ksiądz Bliziński po latach – „wpadły mi wówczas w ręce broszury o spółdzielczości, o kooperatywach zwłaszcza zagranicznych, bo wszak u nas w Polsce te rzeczy w ogóle nie miały jeszcze zastosowania, a już w Kongresówce prawie że ich nie było”. Nie miał do końca racji. Jeszcze zanim przyszedł na świat, dokładnie rok wcześniej, w 1869 roku, w Warszawie powstała organizacja uważana za prekursora spółdzielczości w Polsce – Stowarzyszenie Spożywcze Merkury. Jeszcze wcześniej, bo już w 1816 roku, Stanisław Staszic zakładał Towarzystwo Rolnicze Hrubieszowskie, które również z powodzeniem mogło posłużyć za wzór dla działalności księdza Blizińskiego.
 
Skąd pochodziły broszury, które, jak tajemniczo napisał kapłan, „wpadły mu w ręce”? Nie wiemy. We wspomnieniach nie poświęcił wiele miejsca na wtajemniczanie nas w swoje inspiracje. Jedno jest pewne: ksiądz Bliziński należał do tych, którzy szybko przekuwają idee w czyny. W dwa lata po przybyciu do Liskowa, w styczniu 1902 roku, utworzył wraz z grupą kilkudziesięciu mieszkańców, których wcześniej zgromadził wokół siebie w ramach przyparafialnego chóru, pierwszy spółdzielczy sklep we wsi. Zawiązano też stowarzyszenie, któremu nadano nazwę „Spółka Rolniczo-Handlowa Gospodarz”.
 
„Tak oto skromny sklep spółdzielczy, w zapadłej wsi, w ówczesnych warunkach skrępowania publicznego, przejął na siebie rolę rozsadnika kultury wśród ludu” – wspominał potem. Rzeczywiście: sklep stał się miejscem zebrań, na których omawiano palące sprawy wsi. Co istotne – działał on oczywiście nielegalnie, bo zaborca nie zgodziłby się na tego rodzaju działalność wywrotową, zmierzającą niechybnie do upodmiotowienia polskich chłopów. Jedną z pierwszych inicjatyw, która urodziła się w działającym przy parafii konspiracyjnym „sklepie-domu kultury”, było wzajemne ubezpieczenie od ognia. Bo jak się szybko okazuje, spółdzielnia jest dochodową instytucją. Dzięki zaoszczędzonym wspólnie pieniądzom można dokonywać inwestycji, które na dobre zmieniają wieś. Na przykład – można je spożytkować na wysłanie dziesięciu gospodarzy na kursy pszczelarsko-ogrodnicze do Warszawy. Wkrótce chłopi, zamiast upijać się w okolicznych gospodach (pijaństwo było jednym z pierwszych problemów, którym stawił czoła ksiądz, jeszcze w 1900 roku zakładając Bractwo Trzeźwości), zaczynają po nocy spiskować na zapleczu spółdzielczego sklepu. „Żony zaczęły podnosić bunt, że chłopy późno spać przychodzą, że się ich bałamuci tymi wieczorynkami” – wspomina Bliziński po latach.
 
Z inicjatywy księdza Blizińskiego w Liskowie powstaje w ciągu kilkunastu lat szereg instytucji, a wieś przechodzi gruntowną przemianę. Punktem kulminacyjnym jest wspomniana już wystawa, która była niejako zwieńczeniem dokonań księdza Blizińskiego we wsi pod Kaliszem. Po ubłoconej drodze i rozpadających się chałupach pozostało już tylko wspomnienie zanotowane w napisanym w trakcie wojny pamiętniku księdza. Tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej, która, jak nietrudno się domyślić, położyła kres rozwojowi wsi, propagatorka spółdzielczości Maria Dąbrowska napisała o Liskowie: „z jego kamiennymi chodnikami, z doskonale wybrukowanymi i oświetlonymi elektrycznością ulicami, z całym zespołem szkół, pocztą, wręcz wspaniałymi gmachami swych warsztatów i spółdzielni – czyni trochę wrażenie jak gdyby snu na jawie”.
 
*
 
Trudno pisać o historii Liskowa i postaci księdza Wacława Blizińskiego, nie popadając w pełen zachwytu, niemal hagiograficzny ton. Skala zmiany społecznej, jaka dokonała się w Liskowie dzięki jego pracy, słusznie przysporzyła mu sławy w międzywojennej Polsce. Jeśli szukać jakichś rys na tym niemal spiżowym posągu, to znajdziemy je zapewne, czytając wspomnienia księdza. Pojawiają się w nich postaci, które wyraźnie budzą negatywne odczucia bohatera. Niektóre ich działania można nawet uznać za rodzaj negatywnego bodźca, który popycha go do działania. Któż to taki? Żydowscy sklepikarze, u których początkowo chłopi z Liskowa przepuszczają wszystkie swoje oszczędności. Budzą oni wyraźną chęć rywalizacji u nowo przybyłego duchownego. W pewnym momencie pisze wprost, że otwarcie kolejnego sklepu przez Żyda utwierdziło go w przekonaniu, że należy działać. Jak oceniać z dzisiejszego punktu widzenia te pobudki? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna. I trudno byłoby zmieniać też przez nie ocenę owoców jego pracy.
 
Nie była to jednak jedyna wątpliwość, jaką można mieć pod adresem dzieła księdza Blizińskiego. Echa innej, być może poważniejszej, znaleźć można już u ówczesnych obserwatorów jego prac – choćby Marii Dąbrowskiej. Nie tylko u tej entuzjastki spółdzielczości rodziło się bowiem pytanie: czy to wszystko, co udało się osiągnąć w tak krótkim czasie, nie było w zbyt dużej mierze oparte na postaci samego księdza? Czy miałoby zatem szanse przetrwać bez niego? Z dzisiejszego punktu widzenia należałoby też zapytać – czy nie było wręcz czegoś paternalistycznego w tym powszechnym podziwie dla „modelowej wsi” zbudowanej siłami nie samych chłopów, ale dzięki uporowi i pomysłowości księdza, w dodatku przybyłego z Warszawy?
 
Pozostaje faktem bezspornym, że ksiądz Bliziński pozostawił po sobie jeden z najbardziej przekonujących dowodów na to, że spółdzielczość w przedwojennej Polsce była niezwykłą siłą zdolną prowadzić do prawdziwych społecznych zmian. Zawłaszczona przez komunistów po wojnie i pozbawiona swojej niezależności oraz autentycznego charakteru, nie miała szans się odrodzić. Sam ksiądz Bliziński w spisywanych już w trakcie wojny refleksjach jasno patrzył w przyszłość. Świadczyć mogą o tym jego słowa, które stanowią rodzaj gorzkiego epilogu do historii Liskowa: „Rola spółdzielczości w powojennych warunkach niewątpliwie nabierze dużego znaczenia, będzie to jakby ewolucyjne przeobrażenie systemu dotychczasowego, przejście łagodne, bez wstrząsów, do wyższych form gospodarki, z zachowaniem jednostkom maksimum swobody osobistej inicjatywy, a przy tym bez podważania fundamentalnych zasad złączonych z właściwościami psychicznymi jednostki – własnością prywatna, bez której nie ma postępu, nie ma twórczego rozwoju i życia moralnego”.
 
Poprzedni proboszcz zbyt wiele po sobie nie zostawił. „Źli ludzie, nic tu zrobić nie można” – mówił pytany o Lisków.
Jedno jest pewne: ksiądz Bliziński należał do tych, którzy szybko przekuwają idee w czyny.