dwutygodnik internetowy
23.11.2015
magazyn papierowy


Celuloid. Syty słuchacz, zawiedziony kibic

Gdzie podziały się gitarowe popisy, do których obaj muzycy – wiem to na podstawie ich dotychczasowych dokonań – są zdolni? Gdzie pojedynki na solówki, tempa na granicy zdrowego rozsądku i ludzkich możliwości? Gdzie ta szczypta rywalizacji, która mogłaby uczynić ze mnie muzycznego „kibica”?

celuloid

materiały prasowe

Zakończony kilka tygodni temu Konkurs Chopinowski roztoczył wokół siebie atmosferę łączącą cechy święta muzyki i widowiska sportowego (doskonale uchwyconą w tekście Macieja Papierskiego), czyniąc na krótko wybitnych pianistów zawodnikami, a słuchaczy – kibicami. Gdy emocje wyzwolone ogłoszeniem konkursowego werdyktu zdążyły już nieco przygasnąć, postanowiłem poszukać (na moją małą, osobistą skalę) substytutu muzycznych i zarazem „sportowych” wrażeń w obrębie innego paradygmatu muzycznego – takiego, w którym czułbym się kompetentnym „kibicem”.

Od razu pomyślałem o wybitnych przedstawicielach gitarowego jazzu. Kto, jeśli nie wirtuozi gitary – potrafiący z drewnianego pudła i drutu wydobyć raz słodki śpiewny temat, to znów kanonadę szybkich precyzyjnych nut, składających się w egzotyczną gamę – pozwoli mi na przeżycia równie intensywne, jak te towarzyszące zmaganiom sław światowej pianistyki? I chociaż wyrasta z innych wykonawczych założeń i oparty jest na innych środkach wyrazu, dorobek takich wykonawców jak choćby Al Di Meola, Paco De Lucia, John McLauglin, Biréli Lagrène, Pat Metheny, Joscho Stephan, Piotr Domagała czy Jacek Królik ma wszystkie niezbędne atuty, by odwoływać się do wzruszeń słuchacza, a zarazem łechtać jego rozum.

Mając w głowie gęstwinę podobnych wyobrażeń i oczekiwań, trafiłem na „Celuloid”, czyli niedawno wydaną płytę Artura Lesickiego i Marka Napiórkowskiego – dwóch doświadczonych i uznanych muzyków (o czym świadczyć może współpraca z czołówką sław polskiego i światowego jazzu), słynących z technicznej perfekcji. Właśnie ta ostatnia pozwala umieścić twórców „Celuloidu” wśród gitarowych herosów wymienionych w poprzednim akapicie.

Pozytywka zamiast dorożki

Wybierając materiał do albumu, wykonawcy posłużyli się, atrakcyjnym z marketingowego punktu widzenia, rozwiązaniem, sięgnęli bowiem po znane tematy polskich kompozytorów muzyki filmowej. Utwory między innymi Krzysztofa Komedy, Andrzeja Kurylewicza, Jerzego „Dudusia” Matuszkiewicza czy Wojciecha Kilara stały się na „Celuloidzie” nośnikami dla wrażliwości, temperamentu i dźwiękowej wyobraźni Napiórkowskiego i Lesickiego.

Za okładką z osłaniającym twarz Gustawem Holoubkiem (kadr z filmu „Prawo i pięść”) kryje się sześć takich twórczych interpretacji. Pierwszą – którą usłyszałem natychmiast po umieszczeniu krążka w odtwarzaczu – jest gitarowe opracowanie motywu rozpoczynającego serial „Lalka” z 1977 roku. Już kilka pierwszych jego taktów obudziło moje zdziwienie. Pamiętając oryginalne wykonanie kompozycji Kurylewicza – szybkie, pulsujące, nerwowe, doskonale odbijające usposobienie neurotycznych bohaterów dziewiętnastowiecznej powieści Prusa – spodziewałem się podobnej, może nawet intensywniejszej, aury niepokoju i pośpiechu. Ale gitarzyści–aranżerzy poszli zupełnie inną drogą – zwolnili i uspokoili swoją „Lalkę”, zróżnicowali nieco dynamikę utworu, dodając przestrzeni na wybrzmienie nut tematu i dołączając do improwizowanej części ścieżki kilka nowych harmonicznych kolorów. O ile pierwowzór mógł przywodzić na myśl stukoczącą kołami o bruk dorożkę przecinającą Krakowskie Przedmieście, o tyle „Celuloidowa” adaptacja „Lalki” będzie raczej wieczornym obchodem po sklepie J. Mincla. „Rzut oka na nakręcane zabawki na wystawie – wciąż delikatnie plumka jedna z pozytywek. Czy utarg się zgadza? Zamknięcie kasy. Jeszcze krótka wizyta na zapleczu w pokoju Starego Subiekta”.

Efektownie? Efekciarsko?

Druga ścieżka albumu to motyw zaczerpnięty z filmowego „Pożegnania z Marią”. Składający się na muzykę Tomasza Stańki do tego obrazu zbiór kilku czy nawet kilkunastu wariacji wokół jednego tematu Lesicki i Napiórkowski wzbogacili o jeszcze jedną – znacznie bardziej surową, pełną pogłosów, tajemniczą. Metaliczne dźwięki dwunastostrunowej gitary wydobywają się jakby z katakumby, a towarzyszy im perkusyjny akompaniament.

Po tym, następnym i kolejnym utworze moje zdziwienie nie przestaje rosnąć. Gdzie podziały się gitarowe popisy, do których obaj muzycy – wiem to na podstawie ich dotychczasowych dokonań – są zdolni? Gdzie pojedynki na solówki, tempa na granicy zdrowego rozsądku i ludzkich możliwości? Gdzie ta szczypta rywalizacji, która mogłaby uczynić ze mnie muzycznego „kibica”?

Motywy przebiegają po sobie gładko, spokojnie. Wykonawcy bawią się formą, to wznoszącą się, to znów opadającą dynamiką, harmonią uzupełnianą o coraz mniej spodziewane składniki, modulowanym tempem i zmieniającą się rytmiką. Co warte zauważenia, gitarzyści wykorzystują chyba całe spektrum brzmieniowe swoich instrumentów, imitując oryginalne instrumentarium filmowych kompozycji – przeciągłe nuty o długim wybrzmieniu naśladują smyczki, flażolety rozbrzmiewają raz celestą, a raz wibrafonem, co i rusz słychać dudnienie bębnów albo szum talerzy. Za przykłady takich gitarowych imitacji posłużyć mogą: patetyczny „Człowiek z żelaza” Korzyńskiego, pełna dysonansów, mroczna „Death and the Maiden” z filmu Romana Polańskiego i rozrywkowa, swingująca „Wojna Domowa” Jerzego „Dudusia” Matuszkiewicza. Ten ostatni kawałek zamyka krótka żwawa wirtuozerska coda, którą odczytuję jako wiadomość od wykonawców dla odbiorców: „Nie musimy wam niczego udowadniać”.

Napiórkowski to czy Lesicki?

Po kilku przesłuchanych piosenkach dopadło mnie dziwne uczucie – uświadomiłem sobie, że nie mam pojęcia, który z gitarzystów gra w danym momencie którą z partii (czy to Lesicki odgrywa właśnie temat? czy to Napiórkowski ma solo?). Zazwyczaj rozróżnienie muzyków na nagraniach nie sprawia mi trudności – cechy indywidualnego stylu wykonawcy i przestrzenne umieszczenie muzyka w akustycznej panoramie pozwalają zidentyfikować właściwą osobę. Tym razem było inaczej. Czyżby kumple z jednego podwórka i współpracownicy z zespołu FunkyGroove byli tak zgodni muzycznie, że aż identyczni?

Wątpliwości słuchaczy rozwiewają dwie dołączone do płyty autorskie kompozycje inspirowane muzyką filmową. Na szczęście tytułowy „Celuloid” Marka Napiórkowskiego i „Crazy Script” Artura Lesickiego rysują wyraźne różnice między muzykami jako kompozytorami. W lirycznym „Celuloidzie” Napiórkowski przemienia się na chwilę w młodego Pata Metheny’ego. Z kolei gęsty i wielowątkowy „Crazy Script” to jedyny kawałek płyty, w którym jej twórcy (stwierdzam to z niemałą satysfakcją) mogli sobie pofolgować, zatracając się na chwilę w improwizacji.

Moja przygoda z „Celuloidem” stanowi doskonały przykład tego, w jakim stopniu odbiór dzieła pozostaje uzależniony od nastawienia, oczekiwań i przedsądów odbiorcy. Oczekiwałem sprintów po całej rozpiętości gryfu, rozległych pasaży przez rzadko spotykane akordy, „zmyłek” rytmicznych i „pułapek” na słuchacza, zakamuflowanych cytatów muzycznych. Dostałem zupełnie co innego. Duetowi Napiórkowski–Lesicki udało się zaaranżować i nagrać nastrojową, delikatną i oszczędną w środkach płytę, która nie narzuca się słuchaczowi, ale nagradza uwagę, odsłaniając przed dociekliwymi drobne smaczki i ornamenty. Cały czas jednak nie umiem zgasić w sobie rozczarowania wywołanego pierwszym słuchaniem, więc gdyby ktoś kazał mi arbitralnie ocenić „Celuloid”, jasno wskazać, czy polecam czy odradzam jej kupno, miałbym bardzo twardy orzech do zgryzienia.