dwutygodnik internetowy
31.07.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Cegłów

Historia tego spokojnego miasteczka gwałtownie przyspieszyła na początku XX wieku. To wtedy połowa mieszkańców odeszła od kościoła katolickiego, przystępując do mariawitów. Rozłam, który jeszcze dwadzieścia lat temu był źródłem potężnych konfliktów, dziś udało się opanować. Niezwykle skutecznie.

ilustr.: Marta Lissowska, zespolwespol.org

ilustr.: Marta Lissowska, zespolwespol.org

Tekst pochodzi z 32. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Kobiety w Kościele”.

Krajobraz Cegłowa zdominowany jest przez dwa kościoły. Jeden przysadzisty, z XVI wieku, w którym zachował się ołtarz autorstwa ucznia Wita Stwosza. Drugi, neogotycki, liczy niewiele ponad sto lat. Stoją – jak mówi proboszcz nowszego z nich – o rzut kamieniem jeden od drugiego. Dookoła, po obydwu stronach linii kolejowej, gęsto ustawione są domy jednorodzinne, wśród których wiele tradycyjnych, drewnianych.

Dziś nikt nie sprawdza, na jaką odległość jest w stanie rzucić kamieniem, ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu witraże w neogotyckiej świątyni trzeba było często naprawiać.

Jednym z ciekawszych budynków Cegłowa jest schronisko dla sierot zbudowane w latach 20. przez rzymskokatolickiego księdza Feliksa Katuszewskiego. Ścianę od strony rynku zdobi płaskorzeźba pelikana karmiącego pisklęta własną krwią, co ma symbolizować poświęcenie dla potrzebujących i chrześcijańskie miłosierdzie. Oprócz ochronki w budynku zorganizowano przytułek dla starców oraz warsztaty i szkołę rzemieślniczą dla dziewcząt. Od połowy lat 60. do końca 70. szarytki prowadziły tam szpital dla upośledzonych dzieci. Obecnie budynek jest własnością parafii. Jeszcze kilkanaście lat temu kawałek dalej, przy ulicy Mariawickiej, gdzie dziś widać tylko tablicę pamiątkową, stał dwupiętrowy drewniany budynek – ukończony dwa lata po kościele mariawickim dom parafialny. Początkowo mieściła się tam ochronka, dwuklasowa szkoła powszechna, a później progimnazjum z internatem. Po wojnie budynek zajęto na potrzeby państwowej szkoły podstawowej, która działała tam aż do momentu, gdy po drugiej stronie torów postawiono „tysiąclatkę”. W latach 80. zbudowano nowy, murowany dom parafialny. Stary rozebrano, bo popadał w ruinę, a z pieniędzy parafii nie dało się go utrzymać. ((ilustr.: Marta Lissowska, zespolwespol.org))

Jednym z ciekawszych budynków Cegłowa jest schronisko dla sierot zbudowane w latach 20. przez rzymskokatolickiego księdza Feliksa Katuszewskiego. Ścianę od strony rynku zdobi płaskorzeźba pelikana karmiącego pisklęta własną krwią, co ma symbolizować poświęcenie dla potrzebujących i chrześcijańskie miłosierdzie. Oprócz ochronki w budynku zorganizowano przytułek dla starców oraz warsztaty i szkołę rzemieślniczą dla dziewcząt. Od połowy lat 60. do końca 70. szarytki prowadziły tam szpital dla upośledzonych dzieci. Obecnie budynek jest własnością parafii.
Jeszcze kilkanaście lat temu kawałek dalej, przy ulicy Mariawickiej, gdzie dziś widać tylko tablicę pamiątkową, stał dwupiętrowy drewniany budynek – ukończony dwa lata po kościele mariawickim dom parafialny. Początkowo mieściła się tam ochronka, dwuklasowa szkoła powszechna, a później progimnazjum z internatem. Po wojnie budynek zajęto na potrzeby państwowej szkoły podstawowej, która działała tam aż do momentu, gdy po drugiej stronie torów postawiono „tysiąclatkę”. W latach 80. zbudowano nowy, murowany dom parafialny. Stary rozebrano, bo popadał w ruinę, a z pieniędzy parafii nie dało się go utrzymać. ((ilustr.: Marta Lissowska, zespolwespol.org))

„Między miejscową ludnością katolicką i mariawicką panowała nienawiść. Większość dzieci w szkole stanowili mariawici przez nas „mankietnikami” albo „kozłami” zwani. Nauczycielka w klasie utrzymywała między nami pokój, ale już na pauzach i po wyjściu ze szkoły wybuchały walki. Zaczynało się od wyzywania przeciwników i obrzucania ich obelgami. Jeśli mariawita chciał wyrazić wobec katolika największą pogardę, nazywał go, nie wiadomo dlaczego, Szwedem. «Szwedzkie g… na tobie jedzie» krzyczał na cały głos. Z trudem wytrzymywaliśmy te obelgi i tylko, aby nie pozostać dłużnymi, wrzeszczeliśmy: ty koźle!”

Prof. Sz. Pieniążek, „Pamiętnik sadownika”, Warszawa 1997, s. 11.

Najważniejszym ośrodkiem mariawityzmu jest Płock, gdzie znajduje się okazała katedra i klasztor, siedziba Kościoła Starokatolickiego Mariawitów. O wyraźnie mniejszym Cegłowie mówiło się kiedyś „mariawicka Częstochowa”.

Przezwisko „kozły”, którym obrzucano mariawitów, wiąże się z nazwiskiem siostry Feliksy Kozłowskiej, założycielki ruchu. W 1893 roku „Mateczka” Kozłowska miała pierwsze ze swoich objawień, zbiorczo określanych Dziełem Wielkiego Miłosierdzia, które miało być sposobem na odnowę Kościoła. Rosnąca popularność wśród wiernych wynikała z tego, że kapłani mariawiccy żyli ubogo, nie żądali pieniędzy za posługę i angażowali się w życie społeczności. Mariawici propagowali częste przyjmowanie komunii świętej, wprowadzili też do liturgii język polski, w czym o pięćdziesiąt lat wyprzedzili reformy soboru watykańskiego II.

Większość hierarchów od początku patrzyła na charyzmatyczny ruch nieprzychylnym okiem. W kilkuletniej debacie nad uznaniem bądź odrzuceniem nauk Mateczki to oni odnieśli zwycięstwo – papież Pius X nie zaakceptował działalności Zgromadzenia, a w 1906 roku obłożył siostrę Kozłowską ekskomuniką. Mariawici zareagowali wypowiedzeniem posłuszeństwa papieżowi i założyli własny kościół. W 1921 roku, gdy Mateczka umierała, założony przez nią kościół liczył ponad czterdzieści tysięcy wiernych.

Władzę w kościele po śmierci jego założycielki objął ksiądz Jan Kowalski, wyświęcony w Utrechcie na biskupa starokatolickiego. Biskup Kowalski realizował coraz śmielsze reformy, dopuszczając małżeństwa między kapłanami i siostrami zakonnymi oraz wprowadzając kapłaństwo kobiet. Kontrowersyjne zmiany i autorytarny styl rządzenia doprowadziły do rozłamu w kościele. Większość kapłanów i zakonnic opowiedziała się za odsunięciem biskupa Kowalskiego od władzy. Wycofano się również z części reform, w tym z kapłaństwa kobiet.

W 1902 roku do Cegłowa przyjechał ksiądz Bolesław Wiechowicz. Biskup przysłał go tutaj, żeby się wyszumiał i wyleczył z ciągot do mariawityzmu. Kuracja nie przebiegła po myśli hierarchy: młody ksiądz daleki był od wyszumienia się, a w Wigilię 1905 roku większość mieszkańców Cegłowa przeszła za nim na mariawityzm. Początkowo mariawici odprawiali nabożeństwa w kościele rzymskokatolickim. Do czasu, kiedy wezwana przez katolików grupa robotników z kolejowych zakładów naprawczych na warszawskim Bródnie zmusiła proboszcza i jego współwyznawców do opuszczenia świątyni. Rok później dwieście metrów na południe od rynku ukończono budowę kościoła mariawickiego.

Przepędzenie mariawitów ze starego kościoła przez wiele lat było dla katolickich mieszkańców Cegłowa ważnym, chętnie przywoływanym wspomnieniem. – Na pamiątkę tego zdarzenia – czytamy w relacji profesora Pieniążka – co roku szóstego sierpnia, w odpust Przemienienia Pańskiego, zjeżdżały z Pragi rodziny kolejarskie wypełniające przynajmniej dwa pociągi. Wielkie i bardzo kolorowe było to święto.

Z biegiem czasu relacje między katolikami a mariawitami, których teraz w gminie i okolicach jest mniej więcej jedna trzecia ludności, zaczęły się poprawiać. Punkt zwrotny nastąpił w 1991 roku, gdy w związku z organizowanym w parafii rzymskokatolickiej bierzmowaniem do Cegłowa przyjechał biskup Władysław Miziołek. Choć nie wywołało to entuzjazmu części wiernych, zaprosił do wspólnej modlitwy mariawickiego biskupa Romana Nowaka. Dwa lata później, przy okazji obchodów pięćdziesiątej rocznicy pacyfikacji Cegłowa przez Niemców i wspierające ich oddziały Własowców, zrobiono kolejny krok ku pojednaniu. W 1943 roku przy nasypie kolejowym rozstrzelano ponad trzydzieści osób podejrzanych o działania dywersyjne i ukrywanie Żydów. Oprawcy nie pytali, kto jest katolikiem, a kto mariawitą. W miejscu kaźni, sto pięćdziesiąt metrów na zachód od stacji, stoi dziś pomnik upamiętniający pomordowanych.

– Ci ludzie zostali zabici za to, że byli Polakami, niezależnie od wyznania. Nie mogłem więc sobie wyobrazić, żeby obchody były oddzielne – wspomina ojciec Grzegorz, który rok wcześniej przyjechał z rodziną do Cegłowa i objął parafię. – Długo rozmawialiśmy z proboszczem katolickim, jak to zorganizować, aż się dogadaliśmy: odprawiamy msze w swoich kościołach, a potem spotykamy się na rynku. Później w podobny sposób zaczęliśmy obchodzić święta 3 maja i 11 listopada: równoległe msze, spotkanie, przejście pod pomnik, modlitwa ekumeniczna i przemówienie wójta. Od jakiegoś czasu prowadzimy też wspólną drogę krzyżową, która zaczyna się raz w jednym, raz w drugim kościele.

W połowie drogi między kościołami, w samym centrum miasta, stoi remiza OSP. W tym roku odbywała się tam impreza w związku z osiemdziesiątą rocznicą zawiązania Koła Gospodyń Wiejskich w Cegłowie. W Kole działają obecnie dwadzieścia trzy panie, mariawitki i katoliczki razem. W uroczystości wziął udział wójt, który wręczył paniom fartuchy z logotypem miasta i medale „Order Serca Matkom Wsi”. Był ksiądz proboszcz, a kapłan mariawicki przysłał duży tort z odpowiednim napisem.

Zajmujący centralne miejsce Cegłowa kościół rzymskokatolicki pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela ufundowano w połowie XVI wieku. Choć murowany, nie ma fundamentów – stoi na wkopanych w ziemię kamieniach. W kolejnych stuleciach kościół był modernizowany, ale późnogotycki charakter budowli jest wciąż bardzo wyraźny. Zachowały się też drewniane drzwi gotyckie, wmontowane obecnie w południową ścianę kościoła. We wnętrzu świątyni zachowało się dużo elementów historycznego wyposażenia: granitowa kropielnica z XVII wieku i o sto lat późniejsze chrzcielnica i ambona. Zaskakującym elementem wnętrza są wstawione w XIX wieku modrzewiowe kolumny. Najważniejszy jest jednak ołtarz dłuta Lazarusa, który należał do szkoły Wita Stwosza. Tryptyk powstał na początku XVI wieku i pierwotnie stanowił fragment ołtarza warszawskiej kolegiaty. Do Cegłowa trafił w pierwszej połowie kolejnego stulecia przy okazji odnawiania i ponownej konsekracji świątyni. Na terenie wokół kościoła znajdują się dwa ciekawe obiekty. Pierwszym jest zbudowana w XVIII wieku dzwonnica. Wyposażona jest w dwa dzwony: odlany w latach 20. dzwon Jan oraz starszy, z widocznymi niemieckimi napisami. Okrążając kościół, warto też zwrócić uwagę na figurę Matki Boskiej ustawionej na cokole w formie pękniętego kamienia. Przyjęło się sądzić, że jest to symboliczne odniesienie do rozłamu cegłowskiej parafii między katolików i mariawitów. (ilustr.: Marta Lissowska, zespolwespol.org)

Zajmujący centralne miejsce Cegłowa kościół rzymskokatolicki pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela ufundowano w połowie XVI wieku. Choć murowany, nie ma fundamentów – stoi na wkopanych w ziemię kamieniach. W kolejnych stuleciach kościół był modernizowany, ale późnogotycki charakter budowli jest wciąż bardzo wyraźny. Zachowały się też drewniane drzwi gotyckie, wmontowane obecnie w południową ścianę kościoła.
We wnętrzu świątyni zachowało się dużo elementów historycznego wyposażenia: granitowa kropielnica z XVII wieku i o sto lat późniejsze chrzcielnica i ambona. Zaskakującym elementem wnętrza są wstawione w XIX wieku modrzewiowe kolumny. Najważniejszy jest jednak ołtarz dłuta Lazarusa, który należał do szkoły Wita Stwosza. Tryptyk powstał na początku XVI wieku i pierwotnie stanowił fragment ołtarza warszawskiej kolegiaty. Do Cegłowa trafił w pierwszej połowie kolejnego stulecia przy okazji odnawiania i ponownej konsekracji świątyni.
Na terenie wokół kościoła znajdują się dwa ciekawe obiekty. Pierwszym jest zbudowana w XVIII wieku dzwonnica. Wyposażona jest w dwa dzwony: odlany w latach 20. dzwon Jan oraz starszy, z widocznymi niemieckimi napisami. Okrążając kościół, warto też zwrócić uwagę na figurę Matki Boskiej ustawionej na cokole w formie pękniętego kamienia. Przyjęło się sądzić, że jest to symboliczne odniesienie do rozłamu cegłowskiej parafii między katolików i mariawitów.
(ilustr.: Marta Lissowska, zespolwespol.org)

Podobnych kół jest w gminie sporo i wszystkie zjechały się na uroczystość w Cegłowie. Zabawa była huczna, z tańcami, bo panie wyjątkowo zaprosiły mężów.

Na ścianie remizy wisi mapa zatytułowana „tu byłyśmy”. Od 2009 roku członkinie koła jeżdżą razem na wycieczki. Za pierwszym razem pojechały w Karkonosze – i niektóre panie po raz pierwszy widziały góry; później na wybrzeże – i niektóre panie po praz pierwszy widziały morze. W kolejnych latach członkinie KGW w Cegłowie, z których najstarsza ma osiemdziesiąt siedem lat, a najmłodsza dwudziestoletniego syna, zwiedziły między innymi Pragę czeską i Berlin. W tym roku znów jadą nad morze, już mają wykupione miejsca w Pendolino. A wracają samolotem.

Wysokość emerytur większości pań z Koła Gospodyń nie pozwala na swobodne podróżowanie. Dlatego wspólnie lepią sójki mazowieckie – pierogi drożdżowe z nadzieniem z kaszy jaglanej, grzybów i kapusty, które sprzedają razem z innymi wyrobami regionalnymi. Zysk dzielą proporcjonalnie do przepracowanych godzin. Mają stoiska na różnych festynach, ale najważniejszy jest ten sierpniowy, który swoją nazwę wziął od regionalnego pieroga. W tegorocznej, dziesiątej już Sójce Mazowieckiej wzięło udział prawie dziesięć tysięcy osób. Zorganizowano konkursy i koncerty. Gwiazdą wieczoru była Margaret.

Panie z cegłowskiego Koła – jak same przyznają – nie są zbyt rozśpiewane. To domena tych z Podcierni. One wolą porozmawiać o zdrowiu, wymienić się przepisami i skupić na rywalizacji kulinarnej z innymi kołami.

Ojciec Grzegorz jest wierny wezwaniu założycieli mariawityzmu i mocno angażuje się w działalność społeczną. Od lat prowadzi zimowe i letnie wyjazdy dla dzieci, także niepełnosprawnych, nie pytając nikogo o wyznanie. Razem z księżmi katolickimi organizuje akcję „Pomóż dzieciom przetrwać zimę”. – Koncerty charytatywne robimy w naszym kościele – mówi ojciec Grzegorz – bo tu mamy lepsze organy. W okresie świąt Bożego Narodzenia organizujemy w remizie wieczory kolęd, niekiedy połączone ze zbiórką na konkretnych potrzebujących. Datki zbieramy razem, ja od lewej, a proboszcz katolicki od prawej strony sali.

Proboszcz katolicki zagadnięty o relacje między katolikami a mariawitami zapytał: – A o czym tu rozmawiać? Żyjemy ze sobą w zupełnej zgodzie. Żadnej sensacji się tu nie znajdzie. Ojciec Grzegorz na samym początku rozmowy powiedział niemal dokładnie to samo. Choć sensacja to pewnie za duże słowo, obaj się mylą.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.