dwutygodnik internetowy
12.05.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Casanova po przejsciach

Chociaż „Casanova po przejściach” nie jest filmem całkowicie nieudanym i, jak zostało wspomniane, całkiem sympatycznym, to jednak ciężko nie być rozczarowanym

Jeśli powstaniu filmu towarzyszy taka anegdota jak w przypadku „Casanovy po przejściach”, to ciężko powiedzieć, że nie ma w całym projekcie czegoś sympatycznego. A to nie wszystko, ponieważ reżyserią zajął się John Turturro, zaś w aktorskiej roli zaprezentował się między innymi sam Woody Allen.
 
Murray jest podstarzałym właścicielem antykwariatu, który dopiero co zbankrutował. Jednak jest on człowiekiem pomysłowym i obrotnym, więc kiedy jego pani dermatolog pyta się, czy nie zna mężczyzny, który chciałby uczestniczyć w trójkącie seksualnym, odpowiada, że owszem, ale za 1000 dolarów. W ten sposób wchodzi w spółkę ze swoim przyjacielem Fioravante, którego „sława” zaczyna coraz bardziej rosnąć.
 
Wspomniana anegdota jest taka, że John Turturro, reżyser i scenarzysta filmu, opowiedział o swoim pomyśle nań podczas wizyty u fryzjera. Okazało się potem, że w to samo miejsce na strzyżenie przychodzi Woody Allen, który od fryzjera właśnie usłyszał o planach Turturro. Tak mu się one spodobały, że zadzwonił do aktora, zaoferował pomoc oraz wyraził ogromną chęć zagrania w jego filmie. Później udało się jeszcze dokooptować kolejne gwiazdy – Sharon Stone, Vanessę Paradis oraz Lieva Schreibera.
 
W ten sposób powstał „Casanova po przejściach” – film skromny, zrobiony za niewielkie pieniądze i z miłości do kina. Do tego utrzymany w stylu dzieł Woody’ego Allena, który oprócz występowania przed kamerą służył Turturro również radą na planie. Nie wystarczyło to niestety, by zbliżyć się do poziomu wielkiego Mistrza. „Casanova po przejściach” jest bardzo nierówny, momentami nudny i pozbawiony życia. Spodziewałem się również większej dawki humoru. W zasadzie jest również o niczym, ciężko stwierdzić, o co dokładnie chodziło twórcom.
 
Na plus policzyć za to należy aktorstwo – i to w wykonaniu wszystkich, bez wyjątku, aktorów. Dla mnie była to tym większa przyjemność, że bardzo lubię zarówno Turturro, Schreibera oraz Allena, który chociaż przed kamerą zawsze jest taki sam, tu wznosi się na wyżyny. Film ma też ładną muzykę i zdjęcia, które po raz kolejny pokazują piękno Nowego Jorku.
 
Wszystko to sprawia, że chociaż „Casanova po przejściach” nie jest filmem całkowicie nieudanym i, jak zostało wspomniane, całkiem sympatycznym, to jednak ciężko nie być rozczarowanym. Zapowiadało się bowiem naprawdę ciekawe dzieło, tymczasem niezdecydowanie i brak konsekwencji twórców zaowocowały co najwyżej niezłym poziomem.
 

 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.