dwutygodnik internetowy
19.05.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Buras: Wybierzemy między Europą i anty-Europą

Parlament Europejski ma dużą władzę. Ludzie, którzy tam siedzą, wywierają prawdziwy wpływ na to, co się dzieje. Im więcej będzie tam ludzi sensownych, tym lepiej.

ilustr.: Nicolas Raymond

W wyborach do Parlamentu Europejskiego toczy się bitwa między dwoma różnymi wizjami Unii Europejskiej. Nie chodzi jednak o walkę lewicy z prawicą, Europy oszczędności z Europą socjalną. Napór populistów postawił nas przed dylematem: Europa czy anty-Europa.

Z Piotrem Burasem rozmawia Mateusz Luft.

 

Kampania do Europarlamentu w Polsce jest właściwie prawie niewidoczna. Czy w innych krajach też to tak wygląda?

To rozczarowujące. Zdążyliśmy już jednak przyzwyczaić się do tego, że taki jest rys kampanii wyborczych do Parlamentu Europejskiego. Ta kampania miała to zmienić. Nie bez powodu jej hasło brzmi „This time is different” („Tym razem będzie inaczej”).

 

Dlaczego miałoby być inaczej?

Dzięki traktatowi lizbońskiemu i decyzjom głównych sił politycznych, to liderzy frakcji parlamentarnych są jednocześnie kandydatami na szefa komisji europejskiej. Miało to sprowokować prawdziwą konfrontację różnych wizji Europy i realną polityczną polaryzację.

 

To chyba dobry pomysł.

Jest to zdecydowany krok w kierunku upolitycznienia tych wyborów. Mimo to nie można jednak oczekiwać, że dzięki temu wszyscy zaczną emocjonować kampanią do PE. Jeden przykład: Pierwsza z debat głównych partii politycznych Martina Schulza (lidera Partii Europejskich Socjalistów, PSE) i Jean-Claude Junckera (lidera Europejskiej Partii Ludowej, EPP) wywołała na Twitterze 47 tysięcy komentarzy.

 

To chyba sporo.

W porównaniu z debatą Mitta Romneya i Baracka Obamy, przy okazji której mieliśmy do czynienia z dziesięcioma milionami komentarzy, liczba ta wypada mizernie. A przecież Unia Europejska ma prawie dwa razy więcej mieszkańców! A więc debata nie wzbudziła oczekiwanego zainteresowania.

Wizyta Martina Schulza w Polsce miała być otwarciem nowego modelu kampanii wyborczej, w którym to nie liderzy krajowi prowadzą kampanię, ale szefowie frakcji europarlamentarnych objeżdża kraje UE i prowadzą swoje kampanie. Mimo to wizyta lidera PES nie odbiła się szerokim echem w kraju.

 

Na wiecu SLD to Leszek Miller przemawiał na tle Schulza, a nie odwrotnie.

Przypomnę tylko, że Leszek Miller nie kandyduje w tych wyborach. Z pewnością próba spersonalizowania tych wyborów nie przyniosła spodziewanych efektów, ale jest to niewątpliwie krok w kierunku przybliżenia ich do obywateli.

Inną nowością są zmiany w funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Warto się zastanowić nad tym, czy ta kampania nie wprowadza ludzi w błąd. Obietnica, że Schulz albo Juncker, albo Guy Verhofstadt (lider ALDE, Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy) będą jako szefowie Komisji Europejskiej realizowali program wyborczy, jest złudna.

 

Dlaczego?

Po pierwsze, najprawdopodobniej żaden z liderów frakcji w Europarlamencie nie zostanie szefem KE. Ostateczny głos w tej sprawie będą mieli jak zwykle szefowie państw i rządów, a nie wyborcy, którzy głosują na nich w wyborach. Na dzień dzisiejszy nie zapowiada się, żeby któryś z liderów partyjnych, nawet przy wygraniu wyborów, miał szanse na to stanowisko.

Po drugie, Komisja nie pełni funkcji analogicznej do rządu w państwie demokratycznym i szef KE nie może realizować dowolnie swojej polityki. To jakie decyzje zostaną podjęte w Unii w kluczowych sprawach dotyczących integracji europejskiej, będzie w bardzo niewielkim stopniu zależało od tego, z jakiej partii pochodzi szef KE. Będzie to wynikiem kompromisu między największymi frakcjami w Europarlamencie. A trzeba pamiętać, że od lat rządzi tam „wielka koalicja” Europejskiej Partii Ludowej i Partii Europejskich Socjalistów. W poprzedniej kadencji 70 procent decyzji podejmowanych przez Parlament było głosowane większością głosów tych partii. Tak więc liderzy frakcji politycznych obiecują coś, czego najprawdopodobniej nie będą mogli zrealizować.

 

Nie słychać zbyt wiele o różnicach między tymi „wielkimi”.

Dzieje się tak, gdyż nie toczymy dziś w gruncie rzeczy bitwy między dwiema różnymi wizjami Unii Europejskiej, lewicową i prawicową. W obliczu naporu populistów różnice między socjalistami a konserwatystami stają się drugorzędne, a główna polaryzacja następuje między partiami proeuropejskimi i antyeuropejskimi.

 

Czy będzie to klasyczny spór między Europą zintegrowaną i Europą narodów?

Raczej między Europą i anty-Europą. Jest to bardzo poważne zagrożenie ze strony populistów.

Paradoksalnie, obietnica upolitycznienia procesu integracji nie zostanie spełniona. Nie wyklarują się konkurencyjne wizje, które występują w demokracjach narodowych. Owszem, problemów, wokół których można by się różnić, jest dużo! Przestrzenią do sporu mogłoby być na przykład pytanie, czy Unia Europejska powinna realizować politykę oszczędności czy też promować Europę socjalną. Czy powinna silniej integrować się politycznie, czy mieć wspólną politykę zagraniczną? Jak ta polityka zagraniczna powinna wyglądać? Jak powinna zachowywać się wobec Rosji? Jednak te różnice zostaną przysłonięte przez spór z populistami. Wszystko dlatego, że siły proeuropejskie będą musiały tworzyć wspólny front aby stawić czoła dość heterogenicznemu, ale silnemu obozowi antyeuropejskiemu.

 

Najbardziej wpływowym krajem są w Europie Niemcy. Jakie tematy dominują w tamtejszej kampanii wyborczej?

Zainteresowanie wyborami w Niemczech jest bardzo słabe. Nie ma ważnych tematów w tej kampanii. Konsensus w sprawach europejskich jeśli chodzi o partie mainstreamu jest bardzo wysoki. Szczególnie w ramach wielkiej koalicji, która w tej chwili rządzi. Wygląda na to, że te partie które miałyby konkurować do PE, będą współrządzić jeszcze przez najbliższe trzy i pół roku. Inaczej wyglądałyby wybory do Bundestagu, gdyby w perspektywie była bitwa o urząd kanclerza. Natomiast teraz, kiedy wszyscy wiedzą, że będą rządzić jeszcze długo, nikt nie widzi sensu w tym, by kruszyć kopie w wyborach europejskich. Tym bardziej, że margines niezgody jest bardzo wąski.

Nawet CDU ma świadomość, że konieczne są pewne korekty kursu niemieckiej polityki w sprawach strefy euro, unii gospodarczej i drastycznych oszczędności. Merkel już po cichu takie zmiany kursu zaaprobowała i zapoczątkowała. Od kiedy socjaldemokracja niemiecka jest w rządzie, dużo ciszej mówi o swoich pomysłach, które zgłaszała, będąc w opozycji. Na przykład odstąpiła od postulatu wprowadzenia wspólnej odpowiedzialności za długi w strefie Euro. Widzimy więc, że „wielka koalicja” CDU/CSU – SPD jest koalicją nie tylko w sensie formalnym, ale również intelektualnym. W rażącej opozycji jest tylko antyeuropejska Alternatywa dla Niemiec (Alternative für Deutschland) która, ponieważ stoi na pozycjach anty-maintstreamowych, zachowuje krytycyzm wobec euro i wobec samego procesu ratowania waluty, który w tej chwili zachodzi.

 

Z tym że nie jest partią, która walczy o wygraną.

Ta partia z pewnością wprowadzi swoich przedstawicieli do brukselskiego parlamentu, tym bardziej, że Niemcy obniżyli próg wyborczy. Starcia gigantów w tych wyborach nie ma i szybko nie będzie.

 

Kampania wyborcza w Polsce odbywa się w cieniu wydarzeń na Ukrainie. Odnoszę wrażenie, że w Niemczech istnieje dużo więcej rozbieżności w postrzeganiu roli UE w tym konflikcie.

Ta sprawa nie jest przedmiotem kampanii. Żadna z wielkich partii, ze względu na członkostwo w koalicji, nie podejmuje tego tematu. Oczywiście, są pewne różnice miedzy SPD i CDU w podejściu do naszego wschodniego sąsiada, niemniej klasa polityczna robi wszystko, by je ukryć.

Skądinąd wiadomo, że Merkel prywatnie ma bardzo krytyczny stosunek do Putina i do samej Rosji. Jednak jest bardzo ostrożna, jeśli chodzi o swoje publiczne wypowiedzi i decyzje. W dalszym ciągu zarówno Merkel, jak i Frank Walter Steinmeier (minister spraw zagranicznych z SPD) nie chcą wprowadzania drastycznych sankcji gospodarczych wobec Rosji. A więc w tych najważniejszych sprawach jest pewien konsensus.

Co więcej, podziały na niemieckiej scenie politycznej w sprawie polityki wobec Rosji przebiegają czasem w poprzek podziałów partyjnych. W CDU bardzo ważnym politykiem jest Philipp Mißfelder, szef młodzieżówki i członek zarządu partii, który uczestniczył w słynnym spotkaniu rodzinnym u Gerharda Schroedera, na którym pojawił się Putin. Został za to mocno skrytykowany w swojej własnej partii, ale bez poważniejszych konsekwencji. A przecież to poważny polityk, młody, ale sprawujący ważne stanowiska.

 

Wróćmy do kampanii wyborczej przed eurowyborami. Jeśli nie dotyczy ona tego, czy Europa miałaby być bardziej solidarystyczna, czy liberalna, jeśli jej tematem nie jest konflikt o politykę wobec Rosji, to wokół czego toczy się obecnie dyskusja w Europie?

Jednym z ważnych podziałów jest konflikt między południem i północą kontynentu. Widoczna jest rozbieżność interesów między krajami należącymi do strefy euro i takimi jak Polska, które znajdują się poza nią, ale jednak chciałyby pozostawać w głównym nurcie integracji. Ale nie można powiedzieć, że na przykład partia socjalistyczna reprezentuje interesy Południa, a partia liberalna – interesy Północy.

Mamy do czynienia z pewnym niedopasowaniem sceny politycznej do rzeczywistych konfliktów, które dzielą Unię. Trwa jednak spór o strategię gospodarczą, który jest sporem kluczowym. Partia Europejskich Socjalistów i Europejska Partia Ludowa mają rozbieżne wizje odnośnie tego, czy należy realizować konsekwentnie politykę oszczędności, czy pozwolić niektórym krajom na zadłużanie się, aby stymulować wzrost gospodarczy. Jest to najważniejszy problem, z jakim obecnie mierzy się Unia Europejska. Jednakże spór ten nie jest bardzo widoczny ze względu na nakładanie się innych linii podziału.

 

Czy jednym z tematów mobilizujących elektorat może być umowa handlowa z USA (Transatlantic Trade and Investment Partnership), dotycząca zniesienia ceł handlowych, żywności genetycznie modyfikowanej i obrotu danymi? W Polsce jest to temat podnoszony niemal wyłącznie przez Partię Zielonych.

Ta sprawa wzbudza emocje, ale w tym przypadku podziały nie pokrywają się z liniami podziału ugrupowań politycznych, za to dominują perspektywy krajowe. Francuzi, podobnie jak Niemcy, mają zastrzeżenia do tego projektu, niezależnie od tego, do której frakcji w Europarlamencie należą.

 

Skoro to wszystko jest takie skomplikowane, to według jakich kryteriów powinniśmy głosować 25 maja?

Europejczyku, wybierz tego, kto reprezentuje twoje poglądy. Mimo wymienionych wad nie ulega wątpliwości, że te wybory są ważne. Niezależnie od tego czy Parlament Europejski uważamy za instytucję posiadającą głęboką legitymizację demokratyczną, czy brukselskie ciało odległe od zwykłych obywateli, posłowie, którzy tam zasiadają, decydują o ważnych sprawach i wywierają prawdziwy wpływ na to, co się dzieje w Europie. Im więcej będzie tam ludzi sensownych i odpowiadających naszym poglądom lub interesom, tym lepiej.
Piotr Buras – dziennikarz, pisarz i ekspert w sprawach Niemiec i polityki europejskiej. W latach 2008-2012 był berlińskim korespondentem „Gazety Wyborczej”. Dyrektor warszawskiego biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych.

 

 

 

 

 

 

Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.