dwutygodnik internetowy
23.06.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Budzenie armatą

Zestawienie sacrum i nagości w pracy artystycznej nieodmiennie budzi kontrowersje. Niemal automatycznie skutkuje posądzeniem autora o najniższe pobudki i chęć zasłynięcia dzięki wywołaniu skandalu. Takie założenie blokuje dyskusję.

Robert Rumas, "Bóg w mojej Ojczyźnie jest Honorowy", 1994

 

Zestawienie sacrum i nagości w pracy artystycznej nieodmiennie budzi kontrowersje. Niemal automatycznie skutkuje posądzeniem autora o najniższe pobudki i chęć zasłynięcia dzięki wywołaniu skandalu. Takie założenie blokuje dyskusję.

Tekst ukazał się pierwotnie w 24. numerze naszego kwartalnika, Pols-kość niezgody, który mogą Państwo kupić w prenumeracie.

 

Sztuka współczesna nie ma dobrej prasy w Kościele. Zaczyna się o niej mówić z reguły dopiero w związku z kolejnymi protestami. Spróbujmy bez tych rozpalonych emocji przyjrzeć się sposobowi, w jaki polscy artyści ostatnich dziesięcioleci wprowadzają do swoich prac motywy sakralne. Nie musi to doprowadzić do zachwycenia się tymi realizacjami, ale próba zrozumienia zawsze jest lepsza niż pozostawanie na z góry obranych pozycjach. Wydaje się też, że w zetknięciu z tą sztuką wiele się w nas samych wydarza, choćby wydarzało się na granicy protestu.

 

Jacek Markiewicz, „Adoracja Chrystusa”, 1993 r.

Film Markiewicza powstał w 1993 roku, ale stał się głośny w ostatnich miesiącach za sprawą wystawy „British British Polish Polish” w CSW, a dokładniej rzecz biorąc – za sprawą protestów, jakie wywołał. Jak wygląda praca? Tym, którzy sami jej nie widzieli, trudno będzie dociec. Notki prasowe często wspominały o symulowaniu kopulacji z Chrystusem, a można było znaleźć i dość zaskakujące opisy, które ujawniały, że największy problem odbiorcom sprawiała nagość. Na jednym z portali można było na przykład przeczytać tytuł „Goły facet z genitaliami ociera się o figurę Jezusa”, w którym pobrzmiewa przede wszystkim zadziwienie męską anatomią.

 

Jacek Markiewicz, "Adoracja Chrystusa", 1993

 

Jednak i ci, którzy obejrzeli „Adorację”, mogli mieć problem ze stwierdzeniem, co naprawdę widzieli. Sam Markiewicz tak mówił o swojej pracy w rozmowie publikowanej w książce „Drżące ciała”: „Liżąc wielki średniowieczny krucyfiks, dotykając go nagim ciałem, obrażając go, gdy leży pode mną, modlę się do Prawdziwego Boga”. Gesty Markiewicza wobec figury Ukrzyżowanego zapamiętałam jednak jako pełne czułości i delikatności, pozwalające dopatrywać się zadziwienia tą radykalną i intymną bliskością z Bogiem, jaką przyniósł ze sobą Chrystus. Byłoby to wówczas oddanie za pomocą obrazu tego, co mistycy chrześcijańscy opisywali, sięgając po metafory zakorzenione w erotyce. Czy coś przeoczyłam?

Relacje znajomych zbieżne z moim odbiorem, a także tekst Andrzeja Osęki „Podpalanie bluźnierstwa”, który ukazał się w „Tygodniku Powszechnym”, uspokajają mnie co do zdrowia własnych zmysłów. Osęka podkreśla, że żadnej agresji ani aluzji do kopulowania w „Adoracji” nie ma. Markiewicz mówi więc raczej o własnym wyobrażeniu tej pracy niż o tym, co rzeczywiście powstało. Według autorskiego zamysłu miał być to swoisty akt ikonoklazmu: „Gdy wszedłem do kościoła w Warszawie i zobaczyłem ludzi modlących się do wyrzeźbionego niby-boga, przeżyłem szok. Do pracy, w której pieszczę Chrystusa, motywowała mnie chęć obrazy tego, co nie jest Bogiem. I mimo wszystko jest to praca religijna − o uwielbieniu Boga” – mówi Markiewicz we wspomnianym wywiadzie. Istotnie – inaczej, niż jest to w przypadku wielu prac z nurtu sztuki krytycznej, które motywy religijne wyrywają z ich naturalnego otoczenia, by za ich pomocą mówić o kwestiach społecznych – Markiewicz odnosi się bezpośrednio do sfery sacrum.

Wprawdzie ze sporami o kult obrazów Kościół zmagał się ponad tysiąc lat temu i gest Markiewicza można uznać za grubo spóźniony. Warto jednak badać, czy nasz stosunek do przedstawień sakralnych nie osuwa się w idolatrię i czy z oznakami tego zjawiska nie mieliśmy do czynienia w przypadku zamieszania wokół „Adoracji”.

 

Robert Rumas, „Bóg w mojej Ojczyźnie jest Honorowy”, 1994 r.

Ta instalacja Roberta Rumasa także znalazła swoje miejsce na wystawie „British British Polish Polish” w CSW, ale w przeciwieństwie do „Adoracji” Markiewicza jej obecność nie została odnotowana w mediach. Choć w pracy Rumasa drzemie istotny potencjał krytyczny, obyło się bez protestów. Można się zastanawiać, czy świadczy to o tym, że protestujący wcale nie zapoznali się z wystawą, czy raczej jest to zasługą tego, że Rumas operuje znacznie subtelniejszymi środkami.

Skłonna jestem przypuszczać, że obie te kwestie miały tu swój udział, a najbardziej może dodatkowa, trzecia – brak w pracy Rumasa tego, co najbardziej Polaków oburza, czyli nagości. Zamiast tego mamy nierzucającą się w oczy półkę z napisem „BÓG w mojej OJCZYŹNIE jest HONOROWY”, a na niej słoje z różnościami. Są w nich figurki Matki Bożej, biało-czerwona flaga, hostie, komunikanty, monety i kiełbasa. Napis na półce w oczywisty sposób nawiązuje do hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna”, które w latach 80. kojarzyło się z opozycją, ale po przełomie 1989 roku uległo dewaluacji i trywializacji, pojawiając się na ustach polityków walczących o władzę. Komentarz do pracy dał Robert Rumas w rozmowie z Ryszardem Ziarkiewiczem dla „Magazynu Sztuki”: „Sacrum jest zawekowane, odłożone «na potem», poddane hibernacji, a nuż, na wszelki wypadek, bo może się jeszcze przydać. To tak, jak z jakimiś gratami – nie wyrzucamy ich, bo mogą się jeszcze przydać. Ale ich los i tak jest już przesądzony. Nie sądzę, by religię można było uratować… (…) Nie odrzucam religii jako takiej. Natomiast odrzucam to, co się wiąże z jej populistycznym rozumieniem. Odrzucam sposób, w jaki zostałem wychowywany, czyli tę całą powierzchowność, która zabija naturalną potrzebę «wiary»”.

Marynowanie żywności miało chronić człowieka przed głodem w gorszy czas, dawało poczucie bezpieczeństwa. Czy wiara i wielkie idee żyją jeszcze, gdy „zawekowane” mają zapewniać komfort psychiczny? – zdaje się pytać Rumas. To pytanie w dwadzieścia lat po powstaniu jego pracy wciąż nie straciło na aktualności.

 

Katarzyna Kozyra, „Więzy krwi”, 1995 r.

„Więzami krwi” Katarzyna Kozyra odniosła się do tematu wojen toczonych na tle religijnym, szczególnie zaś do trwającej wówczas wojny na Bałkanach. Cztery zdjęcia składające się na pracę przedstawiają nagie, fizycznie wyniszczone kobiety leżące na krzyżu i półksiężycu. Czerwony kolor tych znaków pozwala dostrzec w nich nie tylko odesłanie do religii, ale także symbole organizacji humanitarnych (Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca). Jacek Zydorowicz w książce „Artystyczny wirus” stwierdza, że wymowa pracy „wskazuje na problem politycznego uwikłania fundamentalizmów religijnych leżących u podłoża tych wydarzeń. Wskazuje także na permanentnie pomijany aspekt ofiary, jaką ponoszą w tych konfliktach kobiety, których cierpienie ma każdorazowo charakter indywidualny, ponadetniczny i ponadreligijny”.

 

Katarzyna Kozyra, "Więzy krwi", 1995

 

Końcowa część tej analizy budzić może zdziwienie. Czy cierpienie mężczyzn ma charakter mniej indywidualny, nawet jeśli przeżywane jest w inny sposób i inną rolę odgrywają oni w konfliktach? Czemu czynnik etniczny i religijny miałby być przypisany tylko mężczyznom? Nie ulega jednak kwestii, że praca Kozyry koncentruje się na kobietach, a fakt, że na zdjęciach widoczna jest sama autorka pracy oraz jej siostra, zdaje się podkreślać więź łączącą kobiety – tak odmienną od relacji między mężczyznami toczącymi bratobójcze walki. Cierpienie kobiet jest takie samo po obu stronach konfliktu i tak samo przez nie niezawinione – tak można by rozszyfrować myśl stojącą za „Więzami krwi”. Praca wzbudziła kontrowersje w 1999 roku, kiedy pojawił się pomysł umieszczenia jej na billboardach w ramach Galerii Zewnętrznej AMS. Plakat został oprotestowany i po jednym dniu prezentacji na mieście nagie kobiety zaklejono pasami papieru. Na „Więzy krwi” szczególnie powinni zwrócić uwagę ci, którzy zwykli wypowiadać pogląd, że reprezentanci sztuki współczesnej uwielbiają szargać świętości chrześcijan, ale nigdy nie odważyliby się wykorzystać symboli islamu.

 

Dorota Nieznalska, „Pasja”, 2001 r.

Nazwisko Doroty Nieznalskiej za sprawą instalacji „Pasja” wywołuje jeden kierunek skojarzeń – „skandal i profanacja”. Nieznalska to, wiadomo, genitalia na krzyżu, a w związku z tym ciągnący się latami proces sądowy (skazana na karę wykonania prac społecznych, odwołała się od wyroku i w 2010 roku została uniewinniona). Dodać trzeba, że poza krzyżem i umieszczonym na nim męskim przyrodzeniem elementem „Pasji” Nieznalskiej był także wyświetlany za krzyżem film przedstawiający mężczyznę ćwiczącego na siłowni; jego działaniom towarzyszy wyraźny wysiłek, a można powiedzieć – wręcz cierpienie.

W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” Nieznalska mówiła: „«Pasja» należy do prac, w których analizuję kulturowy stereotyp męskości. Chodzi o absurd podnoszenia własnego ciała, własnej męskości, potencji do roli sacrum”. Motyw mężczyzny na siłowni pojawia się także w innej jej pracy – „Wszechmoc: rodzaj męski II”. W dominującym odbiorze temat kanonu męskości jednak się nie pojawił, zbyt bardzo przysłonił go problem obrazy uczuć religijnych. Skupiono się na połączeniu krzyża i genitaliów, które uznane zostało za rzecz absolutnie niedopuszczalną. W wyroku skazującym z 18 lipca 2003 roku czytamy: „Nie ulega wątpliwości, że będzie to jednoznaczne zestawienie dla każdego chrześcijanina, zrównanie obu przedmiotów umieszczonych na krzyżu – figury Chrystusa i męskiego członka. W ocenie sądu nie ulega wątpliwości, iż jest to dla chrześcijan obrażające”.

Jak rozumiem, przyjmuje się tu, że intencją Nieznalskiej było powiedzenie w dosadny sposób, za kogo uważa Chrystusa. Interpretacja taka wydaje się zbyt daleko posunięta – jaki sens miałoby wówczas dołączanie w tle obrazu mężczyzny podczas ćwiczeń fizycznych? Członek na krzyżu to raczej w tej pracy po prostu symbol męskości, niemniej można mieć poważne wątpliwości, czy Nieznalska sensownie zagrała środkami obrazowania. Nazbyt prosta jest obecna tu gra słów wykorzystująca dwa znaczenia słowa „pasja” – jako cierpienie Chrystusa i jako silne przejęcie się czymś. Ksiądz Andrzej Draguła w swojej książce „Bluźnierstwo” stwierdza, że Nieznalska „zgrzeszyła dosłownością”. Mnie zaskakuje przede wszystkim wykorzystanie przez Nieznalską tak silnych środków, by powiedzieć tak mało. Mam wrażenie, że mamy tu do czynienia z działaniem, którego istotę zgrabnie oddaje zwrot „strzelać z armat do wróbli”. Armaty te przysłoniły sens pracy do tego stopnia, że tematu wypaczeń w pojmowaniu męskości nikt prawie nie dostrzegł.

 

*

Ten krótki przegląd prac z nurtu sztuki krytycznej pokazuje, jak bardzo newralgicznym punktem jest dla odbiorców zetknięcie sacrum i nagości. Jego zaistnienie niemal automatycznie skutkuje posądzeniem autora o najniższe pobudki i chęć zasłynięcia dzięki wywołaniu skandalu. Takie aprioryczne założenie unieruchamia proces interpretacyjny − z góry przyjmuje się, że artysta nie ma do powiedzenia nic istotnego, a jedynie skrywa się za fasadą mocnych środków. Z jednej strony powinno to stanowić dla twórców bodziec do zastanowienia, czy w danym wypadku na pewno warto sięgać po połączenie nagiego ciała z tym, co wierzący uważają za rzeczy święte; czy artysta zamiast uzyskać przekaz, który ma na myśli, nie zablokuje dyskusji w martwym punkcie, położonym daleko od zasadniczego tematu pracy.

Przykładem takiej sytuacji jest, jak się zdaje, zamieszanie wokół „Pasji” Doroty Nieznalskiej. Z drugiej jednak strony nie można wymagać od sztuki, której zadaniem jest eksplorowanie tematów trudnych i często przemilczanych, by wysoko w hierarchii swych zasad stawiała obyczajność i skromność. Są sprawy, których uchwycenie warte jest chyba bólu i rozdrażnienia odbiorcy. Dobrze, że w debacie o sztuce współczesnej zaczęło pojawiać się postawione kiedyś przez Norwida pytanie: „Czy śpiącego można obudzić grzecznie?”. Zrozumienie dramatyzmu tych słów wymaga jednak wcześniej przyjęcia, że naczelną funkcją sztuki nie jest dekoracyjność, ale właśnie przebudzenie.

 


Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.