dwutygodnik internetowy
3.10.2016
magazyn papierowy


Brunatna pobudka Hansa Castorpa

Każdy, kogo dziwi dokonujący się właśnie zwrot w stronę nacjonalizmu, powinien sięgnąć po „Czarodziejską Górę” Tomasza Manna. Znajdzie w niej wskazanie najgłębszych egzystencjalnych źródeł takiego obrotu spraw.

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

W toczonych ostatnio w naszym kraju dyskusjach wokół nacjonalizmu widać pewną bezradność i zdumienie na widok trawionych brunatną gorączką mas. Skąd przyszły? Co je uformowało? To pytania polskie, ale nie tylko: podobne mogą się pojawiać w Niemczech, Francji, Austrii, na Węgrzech, w Wielkiej Brytanii… Listę dałoby się zapewne ciągnąć. Nagle na ulicach europejskich miast oglądać możemy „ciała podniecone, już wyczerpane, ale trzymane w napięciu przez najgłębsze zasoby życia […]. Stanowią jedno ciało, którego celem jest, by mimo wielkie straty móc jeszcze działać i zwyciężyć, i zwycięstwo powitać jeszcze okrzykiem wydanym przez tysięczne głosy”. Słowa te pochodzą z końcowych akapitów „Czarodziejskiej Góry” Tomasza Manna. W poszukiwaniu odpowiedzi na zadane wyżej pytania zajrzyjmy więc do tej powieści.

Wymaga to jednak dwóch uwag wstępnych. Po pierwsze myliłby się ten, kto w książce niemieckiego noblisty szukałby opisu rozwoju nacjonalizmu. Poza paroma stronami wieńczącymi całe dzieło (na których erupcja ideologii narodowej powiązana została z wybuchem wojny), cała powieść dotyczy czego innego: jest to diagnoza świata przed obudzeniem się upiorów. Diagnoza – dodajmy od razu – dość mroczna, odsłaniająca bowiem zasadniczy egzystencjalny kryzys społeczeństwa, ukryty pod pozorną beztroską. Jako taka okazuje się jednak niezbędna, jeśli ktoś chce zrozumieć, na co nacjonalizm stanowi reakcję. Nie tylko wówczas, ale również dzisiaj, ponieważ – i to punkt drugi –  Mann okazuje się nie tylko genialnym pisarzem, ale również prorokiem. Opisany przez niego świat łudząco przypomina nasz własny, w którym społeczeństwa Zachodu funkcjonowały od kilku dekad, a do którego obywatele naszej części świata z determinacją (i większym lub mniejszym sukcesem) próbowali dołączyć co najmniej od lat 90. ubiegłego wieku. Obserwując zatem życie powieściowych bohaterów, wraz z trawiącymi ich bolączkami (i rozkoszami), możemy ostrzej ujrzeć naszą własną rzeczywistość. Dziś wszyscy jesteśmy mieszkańcami Czarodziejskiej Góry.

Urzeczeni chorobą

Przypomnijmy: Hans Castorp – „zwyczajny sobie, choć sympatyczny młodzieniec” – wybiera się w odwiedziny do swojego chorego na gruźlicę kuzyna, przebywającego w sanatorium Berghof w szwajcarskim Davos. Wizyta miała potrwać trzy tygodnie, Castorp jednak niemal bezwiednie poddaje się możliwości przedłużenia pobytu na Czarodziejskiej Górze; ostatecznie spędzi tu siedem lat. Pretekstu dostarcza diagnoza lekarska, w której Behrens – naczelny lekarz, ergo pan i władca Berghofu – stwierdza u niego jakąś nieledwie możliwość gruźliczej choroby, jakiś „szorstki ton (…), który jest już prawie szmerem”.

Czy młody Hans rzeczywiście jest chory? Mann do końca powieści pozostaje tu cudownie niejednoznaczny. Granica między zdrowiem a chorobą jest zresztą w tym świecie dość umowna. Ale dla głównego bohatera wizja kuracji oferuje coś pociągającego, z czym nie może się równać życie „na nizinach”. I chyba chodzi tu o coś więcej niż tylko możliwość wygodnego, sennego trwania poza światem. Otrzymuje on także – za cenę rezygnacji z własnej wolności i poddania swego ciała dyktatowi nowoczesnej medycyny – jasny cel, wyznaczający sens i porządek kolejno mijających dni. W świecie pozbawionym sensów (czy nie o tym alarmują od lat badania psychologów, wskazując zarazem na konsekwencje w postaci depresji czy poczucia wypalenia?) jest to zbyt atrakcyjna propozycja, aby człowiek z niej nie skorzystał.

Poza czasem i przestrzenią

Mann wiele miejsca w swej powieści poświęca przekształceniom, jakim na Czarodziejskiej Górze podlegają czas i przestrzeń. Oba wydłużają się jakby i zwalniają, tak że upływ kolejnych monotonnie podobnych dni dokonuje się prawie niezauważalnie. „Nie masz wyobrażenia, jak oni obchodzą się tu z ludzkim czasem. Dla nich trzy tygodnie to jeden dzień najwyżej” – mówi do Castorpa na samym początku jego wizyty kuzyn i trudno odmówić mu racji. Nawet jeśli na „górskim dworze” (to właśnie znaczy nazwa Berghof) nie urzeczywistnia się „koniec historii”, to przynajmniej podlega ona zawieszeniu i rozwodnieniu. Szczęśliwi w swym trwaniu, obywatele Czarodziejskiej Góry wykazują błogą obojętność na wydarzenia w zewnętrznym, niespokojnym świecie.

Ale zmienione czas i przestrzeń znaczą coś więcej – zgodnie ze słowami autora, „przynoszą zapomnienie, […] przerywając dotychczasowe stosunki człowieka z jego otoczeniem, przenosząc go w stan pierwotnej wolności i czyniąc w mgnieniu oka nawet z pedanta i osiadłego mieszczucha coś w rodzaju włóczęgi”. Jest w tym stwierdzeniu, podobnie jak w całym opisie sanatoryjnego życia, jakaś prefiguracja wirtualnej rzeczywistości, świata doświadczanego w dowolnej chwili przez ekran monitora. Wrażenie to wzmacnia jeszcze postawa Castorpa, który – pozostawszy na Czarodziejskiej Górze – zaczyna żyć życiem na niby, w oderwaniu od jakichkolwiek realnych wyzwań. Zajmuje możliwie najwygodniejszą (bo niewymagającą żadnej deklaracji ani zaangażowania) pozycję obserwatora. Nie próbuje nawet zbytnio wniknąć w życie pozostałych mieszkańców sanatorium. Zamiast tego przygląda się im z bezpiecznego dystansu balkonu, na którym spędza długie godziny przepisanego regulaminem leżakowania. Do samego leżakowania, oficjalnie sankcjonującego splot bezczynności i podglądactwa – a przez to tak łudząco podobnego do dzisiejszych realiów Internetu – przyjdzie nam zresztą jeszcze wrócić.

Gra w życie

Jeśli już nasz bohater próbuje kontaktu z rzeczywistością, to nie wychodzi poza próbowanie właśnie, czyli pewną postać gry, niezobowiązującą i z góry wykluczającą realne zaangażowanie. Na tym polegają eksperymenty młodego Hansa z uczuciem do kobiety – a właściwie z uczuciem w ogóle, bo zdaje się on nie czynić większego rozróżnienia między homo- a hetero-erotycznymi doświadczeniami. Tym, co ostatecznie się liczy, jest i tak jedynie jakieś ulotne i nieokreślone przeżycie, które nie wymaga nawet osobowego kontaktu. (Choć w obsesji, jaką młody Niemiec żywi na punkcie nieokrzesanej Kławdii Chauchat znajduje też odbicie typowo zachodnioeuropejska fascynacja Rosją i „dzikim” Wschodem, co stanowi osobny temat w całej powieści). Castorp bawi się więc w zakochanie, unikając jednak konsekwencji takiego stanu rzeczy.

Bohater powieści Manna jest ostatecznym mistrzem „czystej relacji” na długo przed tym, nim socjologowie ponowoczesności wynajdą to pojęcie. Osobiście przeżywa to, co nasze czasy wynajdą na skalę powszechną, a co za sprawą papieża Franciszka zyskało nowe miano kultury tymczasowości. Gdy coraz więcej osób przeżywa problemy z zaangażowaniem w poważny związek, gdy te już powstałe coraz częściej i łatwiej się rozpadają, rosnąca liczba osób może zacząć tęsknić za czymś, co byłoby – choćby pozornie – trwałe i niezmienne.

Podobnie jak z kobietami, kształtują się na dobrą sprawę relacje Castorpa z masonem Settembrinim i jezuitą Naphtą, oferującymi swoje usługi, jako przewodników duchowych. Gdy każdy z nich usiłuje pozyskać Hansa dla własnej idei, ten wysłuchuje ich z uprzejmą uwagą, odnajdując w ideologicznych dysputach nawet pewną przyjemność. Jednak – choć jego nauczyciele jeszcze tego nie wiedzą – jest z góry wykluczone, aby młody człowiek przyjął którąkolwiek z tych ideologii za swoją własną. „Religia”, „humanizm”, „komunizm” i im podobne hasła służą jedynie za etykietki muzealnych eksponatów, które mogą budzić zainteresowanie, nie mają jednak szans, aby odegrać (przypisywaną im przez każdorazowych twórców) rolę myśli organizującej jednostkowe wybory i życie społeczne.

W post-religijnym i post-politycznym świecie Czarodziejskiej Góry „wielkie narracje” są nieodwołalnie martwe. Tutaj prawdziwa władza leży w rękach Behrensa i jemu podobnych – funkcjonariuszy nauki, zarządzających ciałami kuracjuszy w imię jej faktów i nakazów. Miejsce wiary zajmuje tu wiedza naukowa, miejsce polityki – technika, narzucające swoją rygorystyczną dyscyplinę ciała z całą stanowczością, choć też dbałością o komfort poddanych. (Ciepłej wody w kranie nie może zabraknąć, podobnie jak sutych posiłków i miękkich leżaków, w których spędza się „uświęcone przez regulamin […] puste i bezpieczne, zaciszne godziny”).

Jedyną chyba rzeczą, której obywatele Czarodziejskiej Góry oddają się naprawdę, z nieudawanym zaangażowaniem, jest konsumpcja. Niepohamowana, choć systematyczna i systemowo zaplanowana. Kuracjusze Berghofu jedzą niemal nieustannie. Opisy posiłków, wraz ze szczegółowym wyliczeniem ich ilości i serwowanych dań, zajmują u Manna obszerne strony. Umęczeni pochłanianiem pokarmów, a dodatkowo odczuwający przymus wieczornej zabawy, pacjenci w ciągu dnia nie mają już sił na wiele więcej niż pokorne poddanie się lekarskiej biowładzy.

To kolejna już cecha powieściowego świata, którą udało się nam udoskonalić i upowszechnić na skalę masową. Oparty o konsumpcję system światowej gospodarki podsuwa nam, przy naszej chętnej współpracy, całą paletę usług i produktów: od fast-foodów, przez odzież, elektronikę (za nami premiera kolejnej wersji iPhone’a) i suplementy diety, po zagraniczne wycieczki. Ci, którzy czują zmęczenie tym trybem życia, z pewnością znajdą dla siebie odpowiednie produkty pozwalające na nowo zregenerować siły… W porównaniu z nami bohaterowie Manna niemal przypominają niewinnych ascetów.

„Leżą tu, z nosem w ognistym błocie”

Książka Tomasza Manna kończy się, jak wiadomo, wybuchem Pierwszej Wojny Światowej, która nagle przerywa – zdałoby się obliczoną na wieczne trwanie – akcję powieści. Dopiero wojna stanowi wstrząs dość silny, aby świat i historia mogły wtargnąć na Czarodziejską Górę, ściągając z niej również Hansa Castorpa. Porwany przez trawiącą Europę gorączkę nacjonalizmu, nagle zapomina o rzekomo dręczącej go chorobie i opuszcza sanatorium. Gnany podnieceniem i niepokojem, konwulsyjnie chwyta się idei Narodu i walki za Ojczyznę.

Czy istniała dla niego inna droga ucieczki spod jarzma „górskiego dworu”? Settembrini i Naptha od początku się mylili, zachęcając młodego Castorpa, aby sprzedał im swą duszę. Ich odcieleśnione idee nie miały mocy sprawczej. Wobec narzuconej przez zastępy Behrensów dyscypliny ciała rację ma tylko ten, kto sam zawładnąć chce ciałem. W tym właśnie tkwi siła nacjonalizmu, sięgającego do (w gruncie rzeczy chtonicznego) pojęcia Narodu, w którym słowo ciałem się staje. Akolici religii nacjonalizmu rozumieją, że tylko tak – domagając się cielesnej ofiary – można wzbudzić dość energii, aby przeciwstawić się uwodzicielskiej mocy Czarodziejskiej Góry. Do swojej wiary przyciągają nie tylko bandytów, jak lubimy sądzić. Znaczna część jej wyznawców to „zwyczajni sobie, choć sympatyczni młodzieńcy”, w bezpośrednim kontakcie zaskakująco mili, którzy ulegli brunatnemu ukąszeniu.

Jeśli pisarstwo Manna jest trafne, mylą się wszyscy ci, którzy w dzisiejszej fascynacji nacjonalizmem widzą głównie reakcję na zewnętrzne wydarzenia – agresywną postawę putinowskiej Rosji, niepokoje na Bliskim Wschodzie, napływ migrantów i tak dalej. Nie sięgają sedna również ci, którzy wskazują przykładowo na zaniechania w systemie oświaty czy na problemy ekonomiczne. Diagnozy to lepsze, jednak nie docierające dostatecznie głęboko. Jeśli Mann ma rację, nacjonalizm okazuje się odpowiedzią na świat, który sami sobie stworzyliśmy: świat udawanego życia, w którym pozostała tylko konsumpcja. Nacjonalizm jest najprostszą reakcją, ponieważ ma w sobie dostatecznie dużo siły, aby wyrwać jednostki z tamtej rzeczywistości. Wspólnie wzniesione ramiona, dotyk innych ciał, poczucie mitycznych więzów krwi (o których w ostatnich słowach młodemu Hansowi wspomina nagle Settembrini) – oto lekarstwo na świat na niby, świat odklejony od świata, a jednocześnie zarządzany przez pozornie bezideową technikę i naukę. Ponura to prognoza, w której lekarstwo okazuje się gorsze od choroby. Jak pisze w końcowych zdaniach swej powieści Mann: „Złe masz widoki na przyszłość, straszliwy tan, który cię porwał, potrwa jeszcze dobrych parę latek i nie założylibyśmy się, czy wyjdziesz z tego cało”. Pozostaje tylko pytać, czy istnieje jakaś alternatywna kuracja. W innym wypadku dokonujący się właśnie na naszych oczach zwrot narodowy może skończyć się tańcem jeszcze straszliwym niż ten, w wyniku którego rozpadł się świat Czarodziejskiej Góry.

Autor korzystał z przekładu „Czarodziejskiej Góry” Józefa Kramsztyka.

  • Livesey

    ,,a właściwie z uczuciem w ogóle, bo zdaje się on nie czynić większego
    rozróżnienia między homo- a hetero-erotycznymi doświadczeniami”
    jest po prostu bi.