dwutygodnik internetowy
11.03.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Broad Peak. Cena marzeń

Nie pytania o przyczyny wypadku są jednak w tej sytuacji najgorsze. O wiele bardziej bulwersujący jest spektakl, jaki media uczyniły z tego dramatu.

Ilustr.: Rafał Kucharczuk

Wypadek, który zdarzył się podczas zimowej wyprawy na Broad Peak, stał się na jakiś czas głównym tematem w mediach. Wielu z zapartym tchem śledziło wydarzenia, komentowało, a niektórzy zadawali wręcz zasadnicze pytania o sens zimowych wypraw w Himalaje i Karakorum. Publicznie wypowiadało się mnóstwo osób, od wybitnych himalaistów po sprzedawców ze sklepów sportowych. To, że sprawa wzbudziła takie emocje, nie jest dziwne – na oczach milionów widzów Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka walczyli o życie w warunkach tak trudnych, że dla większości zupełnie niewyobrażalnych. Części z tej większości brak pojęcia o tym, jakie warunki panują na ośmiu tysiącach metrów, nie przeszkadzał w próbach demaskowania winnych i doszukiwania się błędów po stronie kierownika lub członków wyprawy, biorących udział w ataku szczytowym. Z jakiego powodu kierownik podejmował takie a nie inne decyzje? Jak to możliwe, że czteroosobowy zespół się rozdzielił? Dlaczego szli o tak późnej porze? Dlaczego w ogóle szli? Choć dobrze jest myśleć samodzielnie, czasem należy zdawać sobie sprawę z własnej niekompetencji i posłuchać, co mają do powiedzenia fachowcy.

 

To, że zespół się rozdzielił, jest w górach wysokich zupełnie naturalne. W warunkach, jakie tam panują, po prostu nie da się czekać na wolniejszych, nie ryzykując przy tym własnym życiem. Bohaterska postawa, która każe do końca towarzyszyć wolniejszemu partnerowi, jest bardzo piękna, ale nie wolno od nikogo jej wymagać. Nie można oczekiwać, że ktoś odda życie za drugiego człowieka. Zresztą jedyna pomoc, jakiej można udzielić zimą na tej wysokości, polega na tym, że po prostu schodzi się w tempie słabszego wspinacza, towarzysząc mu. Jakiekolwiek sprowadzanie nie wchodzi w grę w sytuacji, gdy samemu walczy się o każdy krok.

Decyzja o kontynuowaniu ataku, gdy wiadomo, że jest bardzo późno, pozostaje w rękach wspinaczy. Gdy szczyt jest blisko i nie ma szans na kolejne okno wiatrowe, nie tak łatwo jest odpuścić. Tym trudniej, że zajmujących się tym ludzi cechują pasja i determinacja, bez których nigdy nie zaszliby tak wysoko. Są dorośli i odpowiedzialni, mają prawo ryzykować. Jest zresztą coś wzniosłego w ich sile i uporze, który pozwala realizować tak ambitne marzenia.

 

Co do decyzji kierownika – nie wiem, jaką wiedzę trzeba posiadać, żeby śledząc wydarzenia w internecie, podważać autorytet Krzysztofa Wielickiego. Z jednej strony to żadna świętość i dyskutować można, z drugiej – by sensownie polemizować, trzeba mieć odpowiednie kompetencje.

Pytanie zaś o sam powód wspinaczki od zawsze pozostaje bez odpowiedzi i nie ma w tym nic złego. To jest irracjonalne, ale widocznie niektórzy tego chcą i potrzebują.

 

Ktoś, kto nigdy nie był na dużej wysokości, ma małe szanse zrozumieć, jak się tam funkcjonuje, jak bardzo męcząca może być najdrobniejsza czynność i jak wiele potrzeba mobilizacji, by iść do góry. Nie na miejscu jest mieć pretensje, że himalaiści w strefie śmierci nie są w stanie pomagać sobie nawzajem tak skutecznie jak w normalnych warunkach (zresztą idąc tam, wiedzą, że zdani są niemal wyłącznie na siebie). Warto zastanowić się nad tym, w jak trudnej sytuacji jest ktoś, kto ma na tyle dużo sił, by samemu zejść do obozu, ale nie potrafi już sprowadzić partnera. To nie jest tak, że im nie zależy, po prostu nie są w stanie dokonać niemożliwego.

Nie pytania o przyczyny wypadku są jednak w tej sytuacji najgorsze, wynikają one ostatecznie z chęci zrozumienia. O wiele bardziej bulwersujący jest spektakl, jaki media uczyniły z tego dramatu. Co innego relacje z bazy i wywiady z osobami zaangażowanymi w program Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, a co innego sztuczne kreowanie zainteresowania, sprowadzające się do szukania sensacji. Relacjonowanie na żywo tak dramatycznych wydarzeń wymaga szczególnego wyczucia i umiaru. Niestety, tym razem często ich brakowało. I tak tragedia na Broad Peaku stała się okazją do wizyty dziennikarza w sklepie ze sprzętem turystycznym, dzięki czemu telewidz mógł się dowiedzieć, czym jest czekan i co zrobić, by nie zamarznąć w ekstremalnych warunkach. Serwisy informacyjne podawały zaś newsy z Karakorum, nie szczędząc sformułowań skrojonych na miarę kiepskich filmów sensacyjnych. Zupełnie zabrakło w tym wszystkim próby zrozumienia, z jednej strony, dramatu zaginionych i ich rodzin oraz pozostałych członków wyprawy, z drugiej zaś – motywacji, która pchała ich na szczyt.

 

Nie ma sensu szukać winnych śmierci Tomasza Kowalskiego i Macieja Berbeki. Wiadomo, że gdy ktoś próbuje zdobyć zimą ośmiotysięcznik, ryzykuje bardzo dużo. By doszło do wypadku, nikt nie musi popełnić błędu. Niebezpieczeństwa obiektywne – pogoda, wysokość, lawiny, szczeliny i przepaście – zupełnie wystarczą, by zrobić krzywdę najostrożniejszemu i najlepiej przygotowanemu himalaiście. Zamiast oskarżać, znacznie lepiej docenić to, że ludziom, którzy zginęli na Broad Peaku, tak bardzo zależało na tym, co robili, że zaryzykowali własne życie. Jak wiele osób stać na podobne zaangażowanie w realizację swoich marzeń?

  • http://www.facebook.com/zardzewialymozg Marcin Włodarczyk

    Niestety dla mnie zachowanie takich osób pozostaje zupełnie niezrozumiałe. W żadnym razie nie podejrzewam himalaistów o popełnienie błędu z wyjątkiem tego podstawowego jakim jest wybór tak ryzykownej drogi życiowej. W zasadzie jaki cel przyświeca takim wędrówkom? Czy to jest bohaterstwo czy raczej brawura? Człowiek powinien znać umiar. Nie mam nic przeciwko górskim wyprawom ale nikt nie przekona mnie, że “wyżej, dalej, szybciej” to jest jakiś wyższy sens niż po prostu “być”. Autor artykułu pisze: “Zamiast
    oskarżać, znacznie lepiej docenić to, że ludziom, którzy zginęli na
    Broad Peaku, tak bardzo zależało na tym, co robili, że zaryzykowali
    własne życie”. Dlaczego miałbym to doceniać? Równie dobrze mógłbym przechodzić ruchliwą ulicę w godzinach szczytu (sport ekstremalny) a przejechany przez samochód doczekałbym się stwierdzenia: “Zamiast
    oskarżać, znacznie lepiej docenić to, że człowiekowi, który zginął na ulicy X, tak bardzo zależało na tym, co robił, że zaryzykował
    własne życie”. Nie zmienia to faktu, że i ja daleki jestem od pustego moralizowania.Życie to najcenniejszy dar jaki człowiek otrzymuje od Boga. Jeżeli oddaję życie, ryzykuję to tylko dla jakiegoś równie cennego celu np. obrony życia kogoś innego. Autor artykułu sam zwraca uwagę na ogrom niewyobrażalnych niebezpieczeństw, z którymi musi się zmierzyć himalaista chcąc wejść na taką górę. Jednak co osiąga gdy już tam wejdzie? Doświadcza jakichś wielkich emocji, cieszy się i zdobywa uznanie ludzi tu “na dole”, pokonuje swoje słabości. Jak niewiele musi znaczyć życie dla takiej osoby skoro jest gotowa postawić je na szali względem tych wymienionych kwestii i wartości (które przecież są ważne ale chyba nie najważniejsze).Jako student psychologii oczywiście widzę tu co najmniej kilka możliwych interpretacji takich postaw. Pisząc, że są dla mnie “niezrozumiałe” mam na myśli, że są egzystencjalnie nie do przyjęcia. Nie piszę tego aby potępiać kogokolwiek. Nie znam żadnej z tych osób i nie mogę stwierdzić jakie motywy im przyświecały. Piszę raczej ogólnie o całym zjawisku traktując tę zaistniałą sytuację jako pretekst.Czy kobieta, która popełnia aborcję z przyczyn ekonomicznych dopuszcza się większego grzechu niż człowiek, który ryzykuje życie “ot, tak”? No i czym jest “bohaterstwo”? Czy zapomnieliśmy już “Etykę Nikomachejską”? Tak łatwo jest nam wejść w społecznie skonstruowane, przygotowane dla nas role i widzieć bohatera w kimś dlatego, że ma kolorowe, drogie ubranie i “przekracza siebie” oraz być bohaterem dlatego, że ma się kolorowe, drogie ubranie i “przekracza się siebie”. Czy to nie jest takie egzystencjalne hipsterstwo, w którym dużo ocenia się po najbardziej zewnętrznej warstwie a niewiele wspomina się o sednie sprawy, które bywa nawet nie wypowiadane, uznawane za oczywiste a tak na prawdę głeboko dramatyczne i niejsane? Co to jest za teatr, w którym aktor ryzykuje życie? Ja widzę w himalaizmie raczej dramat ludzki. Dramat uzależnienia od adrenaliny, nieświadome pragnienie śmierci, ewolucyjną koleinę wzmacniania ryzykanckich postaw u mężczyzn. Mało widzę natomiast faktycznej podmiotowości. Czy to ja wchodzę na górę czy coś mnie wzciąga? A może wchodzę, bo inaczej nie mogę? Wtedy ryzyko zyskuje pewien sens: podejmuję je, bo nie wyobrażam sobie innego życia, nie potrafię – albo umrę wspinając się albo umrę dlatego, że się nie wspinam.Raz jeszcze powtarzam: nie mam nic przeciwko górskim wyprawom. Mam wielu znajomych, którzy chodzą po górach zarówno w Polsce jak i za granicą. Chodzi tylko o pewnego rodzaju umiar, dostosowanie życia do wartości. Dla mnie uczestnicy tak niebezpiecznych wypraw nie są kimś, z kogo chcę kpić, naśmiewać się albo ich umoralniać. Dla mnie są po prostu ofiarami pewnych życiowych okoliczności, którym w porę nikt nie podał ręki i nie nauczył “przekraczać siebie” NAPRAWDĘ.Nie jestem jakimś ultrakatolem z frondy, mam poglądy wolnościowe i “katolewicowe” (możecie nawet zobaczyć mój blog: http://wolny-swiat.blogspot.com/) ale nie potrafię zgodzić się w tej kwestii z Wami.