dwutygodnik internetowy
11.08.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Bratkowski: Nie iść na łatwiznę

Nie można mieć za złe, że rynek mediów ewoluuje. Trzeba dbać o to, aby jego nowe produkty były podobnej jakości do tych poprzedniej generacji. I nie zwalać niepowodzeń swoich projektów na “trudne warunki”.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Nie można mieć za złe rynkowi mediów, że ewoluuje. Trzeba dbać o to, aby jego nowe produkty miały podobną jakość do produktów poprzedniej generacji. I nie zwalać niepowodzeń swoich projektów na „trudne warunki”.

Ze Stefanem Bratkowskim rozmawiają Stanisław Zakroczymski i Jarosław Ziółkowski.

 

Według wielu tzw. afera podsłuchowa ujawniła patologie w polskim dziennikarstwie. Nie ukrywamy, że blisko nam do tych opinii. A jakie jest zdanie pana, honorowego prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich?

Jak najbardziej krytyczne. Sądzę, że to, co się stało, to gorzej niż patologia. Nie mówimy tu przecież tylko o złamaniu standardów etycznych, ale o przestępstwie w kategoriach prawa karnego, jakiego dopuściła się jedna z ważniejszych redakcji w Polsce! Podsłuchiwanie jest zakazane, a korzystanie z materiałów z podsłuchów podlega tym samym karom. Jest paradoksem, że nasze organy wymiaru sprawiedliwości zachowały się tak, jak gdyby nie znały przepisów. Prokuratura zaś potraktowała całą sytuację tak, jak gdyby chodziło tu jedynie o nadużycie uprawnień dziennikarza. Tymczasem powinna natychmiast wystąpić o areszt redaktora Latkowskiego, bo on był odpowiedzialny za publikację. To dowodzi, że jesteśmy jeszcze bardzo młodym państwem, które nie dorobiło się profesjonalnych struktur administracji.

 

To temat na odrębną dyskusję. Nas zastanawia, co afera taśmowa mówi nam o polskim dziennikarstwie. Prawie całe środowisko dziennikarskie opowiedziało się za redakcją „Wprost” i uczyniło z niej niemal męczenników…

Ja napisałem i mówiłem jednoznacznie – że to jest przestępstwo, bo korzystanie z przestępstwa także jest przestępstwem. Nie byłem jedyny. Ale faktem jest, iż bardzo wielu moich kolegów po fachu uległo skrajnym emocjom. Świadczy to o tym, że środowisko dziennikarskie nie zna nawet przepisów dotyczących jego działalności zawodowej. I nie ma w tym nic dziwnego, bo przygotowanie do tego zawodu jest dzisiaj – delikatnie mówiąc – bardzo kiepskie. Obrona przed najściem ABW na redakcję „Wprost” była zupełnym nieporozumieniem. Co gorsza, powtarzają się teraz zakusy na eksploatowanie kolejnych nagrań. Dla każdego myślącego człowieka powinno być jasne, że obowiązuje tu stara rzymska zasada is fecit, cui prodest – „zrobił ten, kto korzysta”. Nie ulega wątpliwości, że Latkowskiemu to korzyść przyniosło, bo nakład „Wprost” wzrósł…

 

Powiedział pan, że przygotowanie do zawodu dziennikarza jest niewystarczające. W czym upatrywałby pan przyczyny tego zjawiska?

To się wiąże z procesem tabloidyzacji oraz poszukiwaniem szybkich i tanich informacji. To nawet nie jest kwestia przygotowania do zawodu, tylko lekkomyślności i nadmiernego tempa w przygotowaniu informacji. Zauważyłem, że nawet młodzi ludzie o wysokich kwalifikacjach, umiejący napisać ciekawe rzeczy, w niektórych momentach gubią się i umieszczają na czołówkach informacje niesprawdzone. Czy oni są nieprzygotowani po studiach? Trudno powiedzieć. Znam sporo zdolnej młodzieży po UW czy Collegium Civitas. Mogłoby być gorzej.

 

Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

Występuje tu problem natury ogólnej – wszyscy spieszą się z informacjami, bo za tym idą reklamodawcy. Nikt natomiast nie stara się rozpoznać swojego rynku – z kim w ogóle jako gazeta, radio czy telewizja ma do czynienia. Czym innym jest przykładowo klientela inteligencka, która ma określone preferencje i mniej więcej wiadomo, co ją może zainteresować, a czym innym publiczność „masowa”, która nie jest głupsza, ale nie szuka bardziej wnikliwych analiz, tylko rzeczowych wiadomości. Jeśli się nie rozpoznaje tych różnic, to się produkuje wszystko dla wszystkich. Można zresztą zrobić dalsze rozróżnienia klienteli według specjalności, które są niesłychanie liczne. Jako osobną klientelę można traktować na przykład niesłychanie rozbudowany aparat urzędniczy , co z powodzeniem wykorzystują „Rzeczpospolita” i „Dziennik Gazeta Prawna”. Osiągają niezłe rezultaty, mimo że są gazetami raczej trudnymi.

Młodzi dziennikarze są jednak często źle opłacani, ten zawód przestał być atrakcyjny finansowo…

To prawda. Pieniędzy w branży jest znacznie mniej, niż bywało jeszcze całkiem niedawno, a konkurencja o ten coraz mniejszy kawałek tortu jest coraz większa. To sprzyja poszukiwaniu sensacji i „parciu na szkło”, żeby przetrwać…

 

Jedna sprawa to sprawdzanie informacji. Inna kwestia to mieszanie jej z komentarzem.

To jest jeden z najgorszych grzechów współczesnego dziennikarstwa. To się dzieje nie tylko z gazetami, ale i telewizjami. Podaje się informację i zaraz obok komentarz, co powoduje znaczący spadek obiektywizmu przekazu. Sam miałem niedawno taką sytuację. Młody dziennikarz jednej z telewizji informacyjnych zaprosił mnie do studia i w trakcie rozmowy przedstawiał nieustannie swoją opinię na temat tego, co ja mówiłem. On rzecz jasna ma prawo do komentarza, ale nie po to mnie zapraszał, żeby ze mną dyskutować, tylko czegoś się ode mnie dowiedzieć. Inną bardzo złośliwą dolegliwością są sympatie polityczne, których kamuflowanie przychodzi dziennikarzom z coraz większą trudnością.

 

To przemieszanie informacji z komentarzem wynika być może z tego, że komentarz jest o wiele tańszy niż porządna informacja…

Oczywiście, to bardzo istotny szczegół. Zwłaszcza jeśli chodzi o informację z dziedzin bardziej specjalistycznych. Gazetom brak profesjonalistów, całe dziedziny są kompletnie zaniedbane.

 

Które?

Nie ma na przykład popularyzatorów nauki i techniki z prawdziwego zdarzenia. Ta specjalność zamarła – w kraju, w którym liczba inżynierów i techników jest olbrzymia. Nikt się nie interesuje tym, jak do nich dotrzeć. Z Ewą Mańkiewicz-Cudny zrobiliśmy w latach siedemdziesiątych z „Przeglądu Technicznego” potężną siłę. Koledzy specjalizowali się w poszczególnych dziedzinach nauki, mieliśmy wysokie czytelnictwo. Bogdan Miś na przykład nie miał i do dziś nie ma konkurenta, jeśli chodzi o popularyzację matematyki. W „Studio Opinii” każda dostępna dla laika sensacja z tej dziedziny jest omawiana na czołówce; a – wbrew pozorom – takich dostępnych dla laika informacji jest całkiem sporo, trzeba tylko umieć je znaleźć i „przetłumaczyć na ludzki język” . Ale brakuje mu następców. Zresztą podobnie jest w przypadku humanistyki – uważa się, że humanistyka jest łatwa i każdy może o niej napisać. To zupełna bzdura. Nie mówiąc już o tym, że wiele istotnych wydarzeń z tej dziedziny w ogóle nie trafia na łamy gazet czy portali o wysokim czytelnictwie…

 

A może trzeba pogodzić się z tym, że gazeta, która będzie informowała jednocześnie o sprawach wewnętrznych i zagranicznych, dawała profesjonalny komentarz, a w dodatku miała rozbudowaną sekcję prawną, czy ekonomiczną, już istnieć nie będzie…

Bo będzie to za drogie, a rynek wymaga coraz tańszych produktów… Tak, to jest możliwe. Być może rynek będzie szedł w stronę tworzenia mediów dla wybranej klienteli i przekazywania jej tylko tych informacji, które ją interesują, czy to ze względu na zainteresowania, czy to na pracę zawodową. Rynek ewoluuje i nie można mieć mu tego za złe. Trzeba dbać o to, aby nowe produkty miały podobną jakość do produktów poprzedniej generacji.

 

Tymczasem polskie media bardzo dużo czasu poświęcają polityce. Mamy wrażenie, że w innych krajach znacznie częściej w gazetach „celebruje się” zwykłych ludzi. Na przykład w Izraelu pisze się o młodych chłopakach, którzy napisali aplikację do iPhona, ułatwiającą ludziom życie…

Tak, to jest oczywiście związane z tym, że tak jest łatwiej i taniej. Nie ma nic prostszego niż posadzenie polityka przed mikrofonem i zadawanie mu pytań o tak zwaną bieżączkę partyjną. A już najlepiej posadzić obok drugiego polityka, który ma zdanie dokładnie przeciwne. To znaczy: niekoniecznie ma inne zdanie, ale rola w teatrzyku politycznym nakazuje mu tego pierwszego z wzajemnością lżyć i zakrzykiwać. To jest prymitywny, uproszczony sposób zarabiania. Ta choroba trawi telewizje i media elektroniczne. Dodatkowy dramat polega na tym, że tam są czasem nawet zapraszani sensowni ludzie, ale prawie zawsze w zestawieniu z typowymi „krzykaczami”, którzy skutecznie zagłuszają ich ekspercki przekaz…

 

A ma Pan jakiś pomysł na to, jak z tym walczyć? Bo wydaje się, że rynek medialny po omacku szuka sposobu wyjścia z tego zaklętego kręgu…

Cudem byłoby zrobienie dobrej telewizji informacyjnej, która z jednej strony potrafiłaby wybrać z polityki to, co istotne, a odsiać te hektolitry paplaniny, która nic nie ma wspólnego z życiem realnym tego społeczeństwa, a którą nazywa się szumnie „życiem politycznym”. Z drugiej strony umiałaby w ciekawy sposób popularyzować wiedzę na różne tematy. Wiedzą panowie na przykład, że wybitni polscy matematycy, Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski otrzymali właśnie pośmiertnie niezwykle prestiżową amerykańską nagrodę techniczną Milestone za złamanie Enigmy?

 

Nie słyszeliśmy…

Bo polskie media sprawę prawie całkowicie przemilczały. Porządnie potraktowała temat jedynie „Gazeta Wyborcza”. A przecież można byłoby o tym zrobić fascynujący materiał! I w tabloidzie, i w opiniotwórczym tygodniku.

 

Czyli wierzy pan jednak, że stworzenie nowej jakości jest w obecnych warunkach możliwe?

Na pewno nie można wszystkiego zwalać na warunki, bo w ten sposób przegrywa się już na starcie. Napisałem kiedyś książkę – poradnik dla tych, którzy „nie wiedzą, że nic się nie da zrobić”. Takiej niewiedzy życzę młodym polskim dziennikarzom, którzy chcą dziś tworzyć media na przyzwoitym poziomie. Niech wezmą sprawy w swoje ręce, zastanowią się, do kogo i o czym chcą mówić i założą nową telewizję, czy chociaż porządny portal czy stację radiową – Internet stwarza po temu niemal nieograniczone i wymagające minimalnych nakładów możliwości.

 

Czyli ratunku dla polskiego dziennikarstwa radzi Pan szukać poza obecnymi strukturami medialnymi?

Myślę, że warto rzucić im wyzwanie.

 

Stefan Bratkowski – dziennikarz, prawnik, historyk. Redaktor m.in. „Po prostu” (w latach 1956–1957), „Życia Warszawy” (w latach siedemdziesiątych), podziemnej „Gazety dźwiękowej” (w latach osiemdziesiątych), oraz „Rzeczpospolitej” (w latach 1995–2006). Twórca i redaktor naczelny niezależnego portalu dziennikarskiego Studio Opinii. Honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
 
UWAGA! W czasie wakacji internetowa odsłona „Kontaktu” będzie ukazywać się raz na dwa tygodnie – co drugi poniedziałek. Serdecznie zapraszamy do lektury!