dwutygodnik internetowy
08.10.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Błogosławiona różnica

Kolejna odsłona Kongresu Kultury Chrześcijańskiej (tym razem pod hasłem „W poszukiwaniu człowieka w człowieku. Chrześcijańskie korzenie nadziei”) za nami. W żadnym wypadku nie przewidziałem, że to przesłanie, a przede wszystkim wypowiedziane niezależne od siebie słowa różnych prelegentów, zostawią mnie na końcu z paradoksalnym na pierwszy rzut oka wnioskiem.

Kolejna odsłona odbywającego się raz na cztery lata Kongresu Kultury Chrześcijańskiej za nami. Podobnie jak w latach ubiegłych Lublin gościł wielkich myślicieli (w tym roku byli to między innymi Zygmunt Bauman, ks. Halik czy George Weigel), przedstawicieli środowisk akademickich czy dziennikarskich. IV Kongres za swoje hasło, wyznaczone niedługo przed śmiercią przez inicjatora spotkań abp. Józefa Życińskiego, przyjął „W poszukiwaniu człowieka w człowieku. Chrześcijańskie korzenie nadziei”. W żadnym wypadku nie przewidziałem, że to przesłanie, a przede wszystkim wypowiedziane niezależne od siebie słowa różnych prelegentów, zostawią mnie na końcu z paradoksalnym na pierwszy rzut oka wnioskiem.

 

„Nadzieje i trudności dialogu między wiarą i nauką” – to właśnie od panelu dyskusyjnego poświęconego fides oraz ratio rozpocząłem udział w tegorocznym Kongresie Kultury Chrześcijańskim. Nieobecny w Lublinie Michał Kleiber (prezesa Polskiej Akademii Nauk zatrzymały ważne obowiązki) w swoim referacie stwierdził, iż gdy w historii ludzkości światy rozumu oraz religii oddalały się od siebie, wynikało to z bronienia przez oba status quo. Z kolei zadufanie samych naukowców, „przekonanie o metodologicznym monopolu na prawdę”, spowodowało drugi konflikt: między akademickim humanizmem a badaniami przyrodniczymi. Prof. Edmund Wnuk-Lipiński przytomnie zauważył, że gdyby złapać Jezusa za rękę podczas zmartwychwstania, oznaczałoby to koniec wiary, sama zaś nauka jest obecnie „cudoszczelna” – pojedyncze, niewytłumaczalne w sposób rozumowy zdarzenia są dla badaczy bezwartościowe, a powtarzające się w danej jednostce czasu cudem być przestają, zamieniając się w zjawisko czysto naukowe. Legendarny już ks. prof. Michał Heller delikatnie żartował, że klientów księgarni, którzy wybierają coś dla siebie z półki teologiczno-naukowej, czeka zazwyczaj przykra niespodzianka. By uniknąć dyletanctwa, trzeba inwestować w profesjonalistów, co nie jest łatwe, gdyż wymaga szerokiej wiedzy z dwóch różnych działek naukowych, ale za to pozwoli, parafrazując Szymona Hołownię, uniknąć obrzucania się opiniami w świecie niedoboru faktów. Źle się dzieje, gdy w sporze nie chodzi o dociekanie prawdy, ale o zwycięstwo – to myśl Piotra Gutowskiego, do której poniekąd nawiązał później były rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego ks. prof. Andrzej Szostek. Były to zarazem słowa, które najmocniej utkwiły mi w głowie z całego panelu. Musi być chociaż minimalna różnica, by między dyskutantami zaistniał dialog, inaczej możliwe są tylko dwa monologi.

Dyskusja poświęcona abp. Życińskiemu przyniosła jeden z najbardziej osobistych momentów Kongresu. To za sprawą autorki ostatniej rozmowy z przedwcześnie zmarłym duchownym, wywiadu-rzeki „Świat musi mieć sens”, Aleksandry Klich, która w dziesięciu refleksjach wypunktowała odpowiedź na pytanie „Czego nauczył mnie abp Józef Życiński?”. Były prezes Trybunału Konstytucyjnego i Rzecznik Praw Obywatelskich Andrzej Zoll przytoczył nieznany szerzej fakt z zimy 1999 roku, gdy na prośbę premiera Jerzego Buzka, on oraz lubelski arcybiskup prowadzili (poza zasięgiem kamer telewizyjnych) mediacje ze strajkującymi wówczas pielęgniarkami. Zoll przyznał, że w obliczu trudnych decyzji zastanawiał się, jak postąpiłby na jego miejscu Józef Życiński, zaś prezydent Lublina Krzysztof Żuk stwierdził, że hierarcha nauczył go pozytywnego myślenia i entuzjazmu. „Nie potrzebuję nic oprócz książek” – tak według słów o. Karla Schauera OSB mawiał o sobie; książek, które i tak potem rozdawał. Podobnie jak przeor austriackich benedyktynów z Mariazell związany kiedyś z Fundacją Janineum abp Życiński miał spędzać wiele godzin na rozmowach z młodymi stypendystami, niezależnie od ich wyznań i kierunków studiów. Podobny rys pojawił się w wypowiedzi bp. Mieczysława Cisło, który przytoczył treść jednego z smsów, jakimi zalali pomysłodawcę Kongresu Kultury Chrześcijańskiej uczestnicy Przystanku Woodstock – „Dziękuję, że nie potraktowałeś nas jaki śmieci. Bo wielu ludzi ma nas za śmieci”…

 

Oparciem swojego wykładu na myślach właśnie Józefa Życińskiego zaskoczył in plus (ciężko nie docenić tego gestu) Zygmunt Bauman. Szukając odpowiedzi na zadane w tytule referatu pytanie „Gdzie źródła nadziei na lepszą przyszłość?”, wybitny socjolog i filozof zajmujący się postmodernizmem zarysował bardzo pesymistyczną wizję współczesności. Oto intymność, ważna część ludzkiej godności, jest odzierana ku uciesze spragnionej sensacji gawiedzi, w świecie gospodarki i polityki (konfliktów zbrojnych) rządzi „odpowiedzialność niczyja”, a relacje międzyludzkie zatrute są emocjonalnym terrorem spowodowanym samotnym cierpieniem milionów prekariuszy. Wywołany pytaniem z sali, próbę wyjścia z tego błędnego koła zobrazował anegdotą. „Czym różni się optymista od pesymisty? Optymista twierdzi, że ten tutaj świat jest najlepszym z możliwych. A pesymista obawia się, że może w tym być prawda. W obecnym świecie potrzebujemy trzeciego rodzaju ludzi – człowieka nadziei”. Bauman gorąco opowiedział się po stronie dialogu, który wypracowałby chociaż ogólne zasady funkcjonowania sprawiedliwego społeczeństwa. Pytaniem, na które musimy obecnie znaleźć odpowiedź, nie jest „czy robić?”, tylko „kto ma to robić?”. Po bardziej teoretycznych rozważaniach wystąpienie filozofa i biografa Jana Pawła II George’a Weigela przyniosło konkretne wskazania, jak miałby wyglądać dialog chrześcijan z laicyzującym się światem. Należy przestać mówić, że coś jest złe, bo Kościół tak uważa, ale skupić się na przedstawianiu racjonalnych argumentów – przekonywał amerykański teolog. Jest to tym bardziej istotne, że współczesny język moralności jest tak pomieszany, że to, co dla jednych oznacza „zło”, dla innych jawi się jako „dobro”. Weigel zwrócił uwagę na ciekawy i istotny fakt – w swoich wykładach w latach 50. Karol Wojtyła nie poświęcił zbyt wiele uwagi modnemu wówczas marksizmowi. Widząc, że ten prąd myślowy ulegnie załamaniu, przyszły papież już wtedy skupił się na krytyce utylitaryzmu, który króluje we współczesnym nam świecie. U czego lub kogo szukać nadziei? „Gdzie jak nie w takim miejscu wypada wskazać na Dobrą Nowinę?” retorycznie zapytał w auli im. kardynała Stefana Wyszyńskiego na KUL-u Weigel, za co zebrał burzę braw.

Dramatyczne pytanie postawiono w tytule panelu dyskusyjnego z udziałem o. Macieja Zięby, prof. Zbigniewa Mikołejko oraz dziekana Wydziału Teologicznego w Innsbrucku ks. Józefa Niewiadomskiego. „Bestia czy partner dialogu z Bogiem?” zastanawiali się prelegenci i zebrani w sali Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego słuchacze. Żywa i dość barwna przemowa mieszkającego od 40 lat w Austrii ks. Niewiadomskiego sprowadziła się do tezy, iż stygmatyzujemy drugich, gdyż tkwi w nas podskórna obawa, że sami jesteśmy zdolni postąpić tak samo. Ksiądz dziekan przytoczył autentyczną historię mężczyzny, który trafił za kratki za zabójstwo. Badający go psychologowie twierdzili, że osadzony „nie rokuje”. Dopiero po spotkaniu z duchownym, który pierwszy zauważył w nim człowieka, a nie zwierzę (samemu mając w przeszłości swoje grzechy), nastąpił przedziwny zwrot wydarzeń – ów człowiek się zmienia, po jakimś czasie wychodzi z więzienia i zaczyna studiować teologię. Pewnego razu spotyka się podczas dyskusji telewizyjnej z rzutkim intelektualistą, który wypala mu w twarz: „Ale pan przecież kiedyś zabił. My panu tego nigdy nie zapomnimy”. Tylko chrześcijańskie miłosierdzie jest w stanie wyprowadzić człowieka z sytuacji beznadziejnej jak również z pułapki gnostyckiego podziału świata na część dobrą i złą – konkluzja ks. Niewiadomskiego narzucała się sama. Prof. Mikołejko przyznał, że choć uważa siebie za agnostyka, to najważniejszą postacią w jego życiu jest Jezus Chrystus. Bardzo osobiste i pokorne we właściwym tego słowa znaczeniu wyznanie poruszyło myślę niejedną osobę na sali, dość powiedzieć, że bez nadęcia, „po ludzku” dziękował za nie przysłuchujący się debacie abp Stanisław Budzik. Z kolei o. Zięba przytoczył mocno Tischnerowską myśl, iż tylko w dialogu dochodzi się do prawdy o sobie i świecie.

 

W dość pesymistyczne tony uderzyli natomiast uczestnicy rozmowy o roli mediów w niesieniu chrześcijańskiego przesłania nadziei. Związana z „Rzeczpospolitą” Ewa Czaczkowska nawiązała do jednego ze swoich tekstów, mówiąc o upadku dziennikarstwa, jakie znaliśmy w latach 90. XX w. Publicystka stwierdziła, iż jest to wynik tabloidyzacji i komercjalizacji, które sprawiają, że obecnie szuka się do pracy nie tyle dziennikarzy, co „mediaworkerów” kompilujących treści z różnych źródeł, podlewających je obficie silnymi emocjami. Redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” Piotr Mucharski, zastanawiający się czy za parę lat będzie w ogóle istniał współcześnie nam znany świat mediów, jako źródło problemu wskazał konflikt Dobrej Nowiny ze złą – dziennikarze są przede wszystkim po to, by być czwartą władzą i chronić ludzi przed negatywnymi zjawiskami. Mucharski utyskiwał też na nieufność Kościoła hierarchicznego wobec świeckich mediów, z czym z kolei polemizował szef Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcin Przeciszewski. Paradoksalnie jednak, ubolewając nad upadkiem stacji Religia.tv, nieświadomie przyznał rację Mucharskiemu (w tym miejscu dygresja tylko w pewnym stopniu poboczna – na kanwie tych przemyśleń zacząłem liczyć, ilu polskich purpuratów widziałem podczas tegorocznego Kongresu. Trzech. Dwóch lubelskich – wspomnianych księży Budzika i Cisło, oraz jednego panelistę, bp Tadeusza Pikusa…). Przeciszewski apelował, by skończyć z mitem, iż instytucje medialne nastawione na misję są w stanie utrzymać się tylko i wyłącznie w oparciu o prawa rynku, przestrzegał też tytuły katolickie przed wiązaniem się z jakimikolwiek partiami politycznymi. Najwięcej optymizmu wykazał jedyny „mundurowy” wśród dyskutantów, ks. Krzysztof Niedałtowski, który jako przykład zapotrzebowania komercyjnego dziennikarstwa na wyższe treści podał transmisje z Gdańskiego Areopagu w TVN24. Zachęcał też do odpowiedzi w duchu „What Would Jesus Do?” – czy w obecnych czasach Chrystus założyłby bloga lub też przyjął zaproszenie do telewizji śniadaniowej?

Debaty Kongresu zakończyły się wykładami na temat relacji pomiędzy chrześcijaństwem a laicyzującą się Europą wygłoszonymi przez ks. prof. Tomáša Halika oraz ks. prof. Janusza Mariańskiego. „Czeski Tischner” zaznaczył, że Kościół musi porzucić marzenia o uprzywilejowanej pozycji, wystrzegać się triumfalizmu i nastawić na bycie kreatywną mniejszością. Przypomniał też, że ilekroć uczniowie Chrystusa próbowali „wyrywać chwasty” (które to później tendencje w dziejach ludzkości Halik dostrzegł np. w wyprawach krzyżowych), tylekroć on im tego zabraniał. Znamienne, że to właśnie w niedzielę zamknięcia IV Kongresu Kultury Chrześcijańskiej w kościołach czytano fragment Ewangelii św. Marka ze słowami: „>>Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy; i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami<>Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami<

 

„Błogosławiona różnicy” chodziło mi po głowie, gdy Kongres dobiegał końca. Czterodniowe wydarzenie, które zebrało znacznie więcej debat niż opisane tu, a także szereg kulturalnych eventów w ogóle przeze mnie pominiętych, dało zaskakującą odpowiedź na pytanie o nadzieję. Okazuje się, że jest już ona obecna w tym, co na co dzień postrzegamy jako problem. Słowa ks. Szostka („musi być różnica, by pojawił się dialog”), o. Zięby („tylko w dialogu zbliżamy się do prawdy”) i niedzielne przesłanie Chrystusa o tym, by nie rugować ze świata inaczej myślących, ułożyły się niczym puzzle. Już tylko anegdotycznie i symbolicznie mogę przytoczyć zdanie z oficjalnego przesłania IV Kongresu Kultury Chrześcijańskiej, na które dopiero dzisiaj zwróciłem uwagę: „Ostatnie dekady to nie tylko czas narastania sceptycyzmu i relatywizmu, ale również etap rodzenia się potrzeby poważnej rozmowy wśród intelektualistów chrześcijańskich i laickich na temat źródeł racjonalności europejskiego dziedzictwa aksjologicznego. Stwierdzenie Jürgena Habermasa o konieczności procesu wzajemnego uczenia się należy uznać za znak nadziei”.