dwutygodnik internetowy
30.04.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Bezcenny dar

Błędem jest pogląd, że dzięki postępowi technicznemu, dzięki nieznanej dotąd łatwości i szybkości, z jaką potrafimy działać, lepiej wykorzystamy czas, który jest jedną z nielicznych rzeczy, które są od człowieka niezależne.

ilustr. Urszula Woźniak

Człowiek jest powołany do świętości. Aby odpowiedzieć na to powołanie, potrzebujemy czasu, w którym będziemy dorastać, w którym będziemy poznawać Boga i siebie. Zostaliśmy obdarzeni darem przemijającego czasu po to, aby ten czas wypełnić, przygotowując się do spotkania z Bogiem. Otrzymaliśmy czas, aby wzrastać, aby doskonalić w sobie Boże podobieństwo. Ten bezcenny dar może być i często jest trwoniony. Ten bezcenny dar, którego wartości nie potrafimy docenić, jest marnotrawiony zwłaszcza wtedy, gdy wypełniony jest szczelnie krzątaniną w pogoni za tandetnymi dobrami, za wygodami, bez których nie potrafimy żyć. Wydaje się czasem, że im bardziej miałkie są stawiane sobie cele, z tym większym lękiem unikamy czasu wolnego, zapełniamy czas ciągłą krzątaniną. W pewnym sensie człowiek współczesny przeżywa swojego rodzaju strach przed czasem, horror vacui czasu. Ten lęk przed wolnym od działania czasem wynika, być może, z obawy przed ciszą, w której można dobitnie usłyszeć pytanie o sens życia. Boimy się takich pytań, gdyż próba uczciwej na nie odpowiedzi może pociągnąć za sobą konieczność spojrzenia prawdzie w oczy, spojrzenia w oczy prawdzie o bezpowrotnej utracie skarbu, o rozmienianiu “na drobne” czasu, który przeżyliśmy.

Błędem jest pogląd, że dzięki postępowi technicznemu, dzięki nieznanej dotąd łatwości i szybkości, z jaką potrafimy działać, lepiej wykorzystamy czas, który jest jedną z nielicznych rzeczy, które są od człowieka niezależne, który płynie w sobie właściwym tempie.  Tymczasem – paradoksalnie – wszystkie te udogodnienia wcale nie prowadzą do lepszego używania tego cennego daru.

Wydaje się, że czas, którym mierzymy długość naszego życia, przyspieszył przez to, że został szczelnie wypełniony przez krótkie chwile, przez krzątaninę. I może przez to właśnie, że wszystko jest w zasięgu ręki, straciliśmy umiejętność dokonywania właściwych wyborów, zgubiliśmy kryteria, które pozwalały odróżnić rzeczy ważne od tych, które są bezwartościowe, a nawet złe.

 

W ten sposób człowiek popada w niemoc, popada w niewolę swoich przyzwyczajeń, skuszony pokusą łatwych przyjemności jest jak opętany przez złego ducha. „Ten zaś rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem” (Mt17, 21).  Lekarstwem na opętanie naszego życia sprawami, które nie są warte ceny czasu, jaką za nie płacimy, jest asceza. Asceza – świadome wyrzekanie się przywiązania do rzeczy, które nas pętają – jest dawną praktyką ludzi różnych czasów, kultur i religii. Asceza to wyrzeczenie się używania dóbr, które nie są niezbędne do życia, ale również ograniczenie niepotrzebnych aktywności i trwanie w skupieniu, w ciszy, to doskonalenie swojej duszy. Prowadzi do lepszego poznania siebie, swoich prawdziwych potrzeb, a to pozwala nam „wyrzucić złe duchy”, gdyż poznawszy siebie, możemy świadomie korzystać z danej człowiekowi wolności. Bez tego, bez zatrzymania się w biegu, tracimy często szansę na odnalezienie prawdziwego celu naszego życia, tracimy szansę na znalezienie odpowiedzi na pytanie: po co? Bez znalezienia odpowiedzi na to pytanie skazani jesteśmy na błądzenie we mgle, na uczestnictwo w proponowanym przez świat tańcu, który musi zakończyć się pustką.

Sklepy nikomu niepotrzebnych rzeczy

Drobiazgi bez wartości za to słone ceną

Czas wypełniony błahymi chwilami

Przez palce się przesypuje

Życie jak na sznurek nanizane

Tanie kolorowe szkiełka

Drogie kolorowe szkiełka

Szafy pełne błyskotek

Jednodniowi znajomi

Słowa, które nie ważą

Dzień szczelnie zapełniony

Po którym tylko pustka

Wciąż w pogoni, wciąż w ruchu

Nie widzimy, że już brama śmierci za nami

Już piekło.

 

Asceza, rezygnacja z tego, co można mieć, ograniczenie potrzeb wydaje się głupotą w świecie, w którym celem życia jest osiągnięcie sukcesu, efektywność, zdobycie dobrego miejsca w wyścigu szczurów. Nie wypada przyznać się do tego, że wcale nie chcę więcej, dalej, szybciej. Że wystarcza to, co mam, że chcę tego, co powszednie, codzienne, pozornie bezbarwne, nie-nowe, że zwyczajność jest wartością, że „inne”, nowe, „oryginalne” niekoniecznie jest lepsze od tego, co już było, co jest dobre.

Gdy popatrzymy wokół, na tych, którzy odnoszą sukcesy, dostrzeżemy ze zdziwieniem, że te sukcesy nie przynoszą im wcale szczęścia. Że często ci, którzy mają wszystko, co zgodnie z kryteriami tego świata jest godne pożądania, wcale nie są szczęśliwi. Bo szczęście to coś zupełnie innego niż zaspokojenie chęci posiadania, szczęścia nie można kupić ani wygrać na loterii. Szczęście to poczucie sensu, które odkrywamy w głębi naszego serca, to poczucie sensu tego, co się dzieje i przeczucie sensu tego, co się nam jeszcze wydarzy. Poczucie sensu daje siły i nadzieję tam, gdzie „po ludzku” nie ma nadziei, pozwala dokonywać czynów, które przekraczają nasze „ludzkie” możliwości. Ten, kto odkrył sens swojej codzienności, może spokojnie zrezygnować z tego, co zbędne. I ta rezygnacja nie jest już – jak sądzą niektórzy – trudnym wyrzeczeniem, „poświęceniem” – ale jest warunkiem wewnętrznej wolności.

 

Uczmy się więc mądrej ascezy, gdyż, jak mówi w Dybuku stary cadyk, patrzący na kuglarza, który przechodzi po linie nad rzeką: „…gdyby człowiek tyle pracował nad swą duszą, ile ów linoskoczek nad zręcznością ciała, to ponad jakże głębokimi otchłaniami mogłaby wędrować jego dusza po cienkiej nitce życia”.