dwutygodnik internetowy
27.02.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Bez sprzeczności

Maciek Onyszkiewicz pisze, że wychowywanie dzieci do posłuszeństwa jest niedobre i nieefektywne. Misza Tomaszewski – że usuwanie wszelkich przeszkód spod nóg dziecka uniemożliwia mu rozwój. I obaj mają rację. Od kilku dni myślę, co napisać o wychowaniu, dyscyplinie, buncie, posłuszeństwie, wolności oraz bezkarności i coraz więcej komentarzy przychodzi mi do głowy.

ilustr. Olga Micińska

Bardzo interesujące teksty. Maciek Onyszkiewicz i Misza Tomaszewski zmagają się z jednym z podstawowych dylematów wychowawczych – dotyczącym granic stawianych samodzielności dzieci. Artykuły są pozornie polemiczne, ale ja nie widzę sprzeczności między przytaczanym przez Miszę przykładem znajomej nauczycielki, a konkluzją artykułu Maćka.

Maciek pisze, że wychowywanie dzieci do posłuszeństwa jest niedobre i nieefektywne. Misza – że usuwanie wszelkich przeszkód spod nóg dziecka uniemożliwia mu rozwój. I obaj mają rację.

Od kilku dni myślę, co napisać o wychowaniu, dyscyplinie, buncie, posłuszeństwie, wolności oraz bezkarności i coraz więcej komentarzy przychodzi mi do głowy. Postanowiłam więc podzielić się różnymi uwagami, zamiast je porządkować w spójny system. To zajęłoby mi tygodnie.

 

Czym jest bunt?

Bunt, albo inaczej: niezgoda, jest wpisany w nasze życie od urodzenia. Dzieci bowiem od początku mają zdolność rozpoznawania swoich potrzeb i, jeśli nie są one zaspokajane, głośno i wyraźnie to akcentują. Niemowlaki płaczą, starsze dzieci odmawiają, obrażają się, krzyczą, złoszczą się, biją, zamykają usta, chowają ręce, zdejmują czapkę po wyjściu z domu. Jeszcze starsze chodzą tam, gdzie nie powinny, próbują tego, co zabronione, nie robią tego, co nakazane. Bunt nie musi manifestować się jawnie. Może mieć postać milczenia, zamknięcia, kłamstwa, skrytego robienia wbrew, wreszcie „włoskiego strajku”.

Wiek dorastania wcale nie jest pod tym względem unikalny. Buntować się mogą (i czasem powinni) również ludzie dorośli (choćby przeciwko nadmiernemu obciążeniu w pracy lub domu), a także ludzie starsi na przykład przeciw dyskryminacji. Bunt to jasne wyrażenie swoich potrzeb, niezgoda na to, co zastajemy i co jest sprzeczne z naszymi potrzebami i wartościami.

Mówimy o wielu okresach buntu: mówimy o buncie dwulatka, złości czterolatka, kwestionowaniu autorytetów u nastolatka, ale też o kryzysie dojrzewania do dorosłości, o kryzysie wieku średniego. Za każdym razem jest to związane z buntem, niezgodą, pojawiają się konflikty i rozterki. I tak ma być, a trochę o tym pisze Misza. Bunt zatacza rozwojowo coraz większe kręgi. Najpierw dotyczy mnie samego, potem, w sprzyjających warunkach, niesprawiedliwie potraktowanych kolegów.

 

Bez ścisłej kontroli

Czy warto wychowywać dzieci do posłuszeństwa? Ograniczanie sprzeciwu, dyktowanie najlepszych i jedynych prawidłowych rozwiązań rzeczywiście, jak pisze Maciek, nie tylko zmniejsza szanse nabycia umiejętności samodzielnego myślenia i podejmowania decyzji, ale również nie buduje wiary w siebie – poczucia, że jest się wartym zauważenia. Może to także powodować, paradoksalnie, zwiększoną skłonność do buntowania się, ale tylko tam, gdzie można to robić (na przykład na obozach czy w szkole). Taki bunt bywa mało przytomny i manifestowany „na zapas”. Dzieci, a szczególnie te wychowywane dla posłuszeństwa, ćwiczą umiejętności samodzielnego podejmowania decyzji w środowisku, gdzie kontrola nie jest tak ścisła i wszechobecna. Nie jest to łatwe dla opiekuna. Nie jest miło słyszeć co chwila: „dlaczego ja?”, „a nie można później?”, „czemu mamy teraz sprzątać?” czy nawet „nie mam ochoty”, „nie umiem”, „nudzi mi się”. To wszystko różne odmiany buntu, nieposłuszeństwa (jak by to ujął autokratyczny przywódca), albo po prostu ćwiczenie swojej sprawczości, próba siły, walka o pozycję w grupie.

Nie zgadzam się natomiast, albo nie rozumiem wniosków, do jakich dochodzi Misza analizując historię opowiedzianą przez znajomą nauczycielkę.

Wiemy tylko tyle, że matka, w opozycji do autokratycznego ojca (nie wiadomo czy był surowy tylko w kwestii chodzenia w kapciach czy w innych sprawach również), pozwalała synowi decydować, licząc na to, że będzie on ponosił konsekwencje swoich decyzji (czytaj: prał albo cerował skarpetki). Nie rozumiem, czemu miałoby to być niewłaściwe. Misza pisze, że coś się wówczas stało z tym młodym człowiekiem, zaczął kwestionować wszystko, czyli zaczął się buntować. To chyba, w myśl tytułu jego tekstu, dobrze. W opinii Miszy, jak rozumiem, jednak niedobrze: bo kwestionował nieważne rzeczy. Tyle tylko, że od tego się zaczyna! Trzeba wyćwiczyć się w małych sprawach, trzeba podejmować decyzje (bywa, że głupie) i ponosić ich konsekwencje jak najwcześniej, bo kiedy sprawy są mniejszego kalibru, są też mniej niebezpieczne. Jeśli zacznie się za późno, może być dużo groźniej.

 

Negocjowanie przestrzeni

Posłużmy się przykładem: czteroletnia panna odmawia włożenia kaloszy, bo przecież woli sandałki. Bunt! Pozwalając jej podjąć decyzję, narażamy ją na ewentualne konsekwencje przemoczonych i przemarzniętych nóg, może przeziębienia. Jednocześnie jednak pozwalamy jej uczyć się odpowiedzialności za siebie, przewidywania, podejmowania własnych decyzji i ponoszenia ich konsekwencji. Jeśli nie damy szansy buntować się małym dzieciom, to rzeczywiście wybuchną jako nastolatki. Ale wtedy ryzykują znacznie więcej. Upiją się do nieprzytomności, czy też znajdą się w sytuacji rzeczywiście zagrażającej życiu.

Jeśli nauczymy się żyć z buntującym się przedszkolakiem, łatwiej będzie nam towarzyszyć zbuntowanemu nastolatkowi, a także pomóc zagubionemu w buncie przeciwko zastanej rzeczywistości społecznej i politycznej dwudziestolatkowi.

Pracuję trochę z wychowawcami Sekcji Rodzin KIK. Często dyskutujemy o dyscyplinie. Moim zdaniem dylemat – „posłuszeństwo czy dowolność”, nie ma racji bytu. Istnieje za to pytanie o granice różnych przestrzeni życiowych. O przestrzeń, w której dziecko może całkowicie decydować o sobie, o przestrzeń, w której trzeba negocjować, w której jest miejsce na bunt, kryzys czy konflikt, ale też o przestrzeń, w której nie ma negocjacji. Jest twarda, nieprzekraczalna granica.

A mistrzostwo w wychowaniu, niezależnie od tego czy rodzicielskim czy innym, polega na takim określeniu przestrzeni i znalezieniu takich granic, żeby były jednocześnie w zgodzie z możliwościami dziecka i wartościami, jakie wyznajemy.

Wybacz Misza, ale w tej perspektywie przykład młodego człowieka, który szuka powodów do buntu, bo matka pozwalała mu chodzić w skarpetkach, jest cienki.

 

Pozorna łatwość

Dużo bardziej zrozumiały jest natomiast niepokój Miszy budzący się w nim, kiedy patrzy na uczniów dobrych, społecznych szkół. Nudzą się i nic im się nie chce.

Ale być może tak jest, bo już wszystko mają? Potrzeby są zaspokojone (nie tylko materialne, ale również intelektualne), wszystko łatwo przychodzi, czego nie wymyślą, mogą zrobić. Wyjazd na deskę? Proszę bardzo. Dobry koncert w piątek? Czemu nie. Interesujący film, mnóstwo znajomych? Dobre jedzenie w lodówce, a jeśli go brakuje, to przecież można zamówić sushi. Przeciw czemu się buntować? Chyba tylko przeciwko ACTA.

Wielu młodym ludziom, żyjącym w Warszawie i chodzącym do dobrych szkół, albo tu studiującym, jest teraz pozornie łatwo. Nie tylko nie mają przeciw czemu się buntować, ale, co gorsza, są przyzwyczajeni, że obchodzą ich tylko własne potrzeby, nie za bardzo zajmują zaś potrzeby innych. Miszo: rozumiem, że Cię to niepokoi. W czasach mojej młodości mieliśmy mnóstwo powodów do wyrażania niezgody: buntowaliśmy się. Mniej przeciw rodzicom (choć także), ale przeciw systemowi, zakłamanym wartościom, niewoli, krzywdzie naszych przyjaciół. Było o co walczyć.

Misza pisze o kontestatorach, którzy nie przekształcają się w reformatorów. Może trzeba, przypomnę raz jeszcze, zacząć od początku – od przedszkola? Kontestujesz? W porządku, wymyśl inne rozwiązanie, które będzie cię satysfakcjonować. Nie podoba ci się chodzenie w samych skarpetach? Ja ich prać nie będę, a brudne skarpetki oznaczają śmierdzące buty. Co zatem proponujesz? W ten sposób z kontestatora może zrodzić się reformator, bo wymyśli coś choćby z lenistwa. Dzieci mają rozum i jeśli coś im się nie podoba, warto je o to pytać.

Być może młodzi się nie buntują, bo nie lubią problemów. Dlaczego ich nie lubią? Bo nie mają doświadczenia w ich rozwiązywaniu. Nie przeżywają satysfakcji, kiedy uda się przezwyciężyć trudności. Bo problemy oznaczają wysiłek.

 

Morze między skrajnościami

Może cytowana przez Miszę na początku artykułu nauczycielka usuwała z drogi dziecka wszystkie przeszkody. Możliwe też, że młody człowiek całkiem się zagubił: mama mówi co innego, a tata co innego, w dodatku sami walczą o to ze sobą. To jest dla dziecka najgroźniejsze: niespójny system wychowawczy. Wtedy najmocniej go testują.

Słusznie Misza pisze, że niedobre są również ekstremalne postawy wychowawców. Zarówno: „Nie pozwalam na jakiekolwiek przejawy własnego zdania”, jak i w drugiej skrajności: „Wszystko, co wymyślisz, jest cudowne i nie będę cię ograniczać”.

Ale pomiędzy tymi przeciwstawnymi (i szczerze mówiąc: nie bardzo mądrymi) opcjami jest morze różnych postaw, wartości, umiejętności wychowawczych, które w mniejszym lub większym stopniu kształtują odpowiedzialność za siebie i za innych. A odpowiedzialność to również powiedzenie „nie”, jeśli zagrożone są interesy (własne lub grupy, na której mi zależy).

Warto wychowywać dziecko do odpowiedzialności, a nie do posłuszeństwa.

Wychowywać do odpowiedzialności znaczy dla mnie: nie ułatwiać za wiele, nie odsuwać wszystkich przeszkód, a więc nie załatwiać od razu korepetycji, nie podrzucać czystych skarpetek, dołożyć się do nowego laptopa, a nie kupować go w całości. Odpowiedzialność to również oczekiwania i wymagania. Jeśli wiem, że młody człowiek jest utalentowany i świetnie pisze, to oczekuję, że ten talent wykorzysta. Jeśli ma dużo siły i uwielbia jeździć na rowerze, to może niech przewiezie moje papiery na drugi koniec miasta? Jeśli zna się na tworzeniu stron internetowych, to niech wolontaryjnie pomoże organizacji wiejskich kobiet, które chcą reklamować swoje wyroby? Jest mnóstwo ciekawych rzeczy do zrobienia, ale, wracając do początku mojego komentarza, trzeba zacząć od tego, co małe: dobrego kontaktu, odpowiedzialności i wyzwań.

A na koniec: uważam, że człowiek jest dobry z natury. I to, że dzieci potrafią robić okrutne rzeczy, wcale tego przekonania nie niszczy. Ale to już temat na inny czas.