dwutygodnik internetowy
22.12.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Betlejem, święte profanum

Pierwsi chrześcijanie sprawowali Wieczerzę Pańską na takim stole, jaki akurat znajdował się w domu człowieka, u którego gmina się zgromadziła.

Zamykając Jezusa w budynku świątynnym, tabernakulum, nabożeństwach, poświęconych przedmiotach, w tym, co nazywamy sacrum, wyrwaliśmy Go tym samym z Jego naturalnego środowiska, jakim jest to, co nazywamy profanum, czyli z realnego życia.

W bożonarodzeniowym wydaniu naszego tygodnika znajdą państwo także teksty Karola Kleczki, Julii Lis i Marty Woźniak. Autorką wszystkich ilustracji w wydaniu jest Anna Libera.

 

Od paru ładnych lat nie ustaje coś takiego jak lament bożonarodzeniowy. Do niedawna to lamentowanie rozpoczynało się zaraz po Zaduszkach. W tym roku, chyba po raz pierwszy tak wyraźnie, te bożonarodzeniowe gorzkie żale dały się słyszeć znacznie wcześniej, przed uroczystością Wszystkich Świętych. Wtedy, jeszcze nieśmiało, zaczęły się pojawiać świąteczne ozdoby, reklamy a nawet choinki. Handlowców, chyba dlatego, że akurat byli pod ręką, oskarżono o to, że komercjalizują święta, desakralizują je, zeświecczają. Zapewne coś w tym jest, ale tylko coś, tylko trochę, gdyż wygląda na to, że głównej przyczyny psucia świąt nie należy szukać wyłącznie po ich stronie, czy też po stronie prawdziwych lub urojonych wrogów religii i tradycji, lecz zupełnie gdzie indziej.

 

Słodki więzień miłości

Proces zeświecczenia świąt wcale nie jest wynalazkiem ostatnich lat, czy też owocem oświecenia lub czegoś podobnego, ale trwa tak długo jak chrześcijaństwo. Wciąż chrześcijanie, w tym również my, robią wiele, by uroczystość Narodzenia Pańskiego nie miała wiele wspólnego z Tym, którego urodziny obchodzimy, z Chrystusem. Wychodzi na to, że walcząc w imię Chrystusa i w Jego obronie, osiągamy cel przeciwny od zamierzonego.

Ten nasz kłopot ze świętami zaczął się gdzieś w czwartym wieku, z chwilą przeprowadzki obrzędów eucharystycznych z domów, z rodziny do świątyń. Pewnie ta przeprowadzka była konieczna i pożyteczna, ale cena, którą za tę operację płacimy, też jest niemała. Zamykając Jezusa w ściśle określonym miejscu, w budynku świątynnym, następnie w tabernakulum, w sakramentach i nabożeństwach, w poświęconych przedmiotach i konsekrowanych osobach, w tym, co nazywamy sacrum, wyrwaliśmy Go tym samym z Jego naturalnego środowiska, jakim jest to, co nazywamy profanum, czyli z realnego życia. Dorobiliśmy się przekonania, że nie tylko Jezus, ale również my nie powinniśmy mieć nic wspólnego z tym wszystkim, co się tutaj dzieje, jako że wszystko to „marność nad marnościami” i nic ponadto. W rezultacie uważamy, wierzymy, że jeśli człowiek chce się spotkać z Bogiem, to jest to możliwe tylko w takim miejscu i czasie, które my wyznaczymy. To my decydujemy o tym, kto może i kto nie może, kto ma prawo i kto takowego prawa, czy raczej przywileju, do spotkania z Nim nie ma. Jednym słowem: ubezwłasnowolniamy Boga.

Przy takim podejściu do relacji Bóg i człowiek, Jezus zaczyna jawić się jako ktoś, kto zjawia się tylko wtedy, gdy Go o to poprosimy, czy wręcz ubłagamy. Przebywa z nami też tylko przez określony czas, a następnie, nie wiadomo na jak długo, odchodzi. Zachowuje się jak każdy inny bóg. Przychodzi, kiedy zechce, odchodzi, kiedy mu się spodoba. Gdy człowiek Go zaniedbuje, lekceważy, odrzuca, wtedy Jezus oburzony i zagniewany. Taki Bóg może człowieka przerażać, ale może się też spodobać. W myśl zasady, że twoi wrogowie są moimi wrogami i odwrotnie, szukamy sposobu na to, jak by tu się pod boży gniew podpiąć i przy okazji niesienia pomocy Bogu w Jego walce z mocami ciemności i zaprowadzaniu w tym podłym świecie ładu i porządku, rozliczyć się z naszymi osobistymi przeciwnikami. Dowód? Choćby dyskusja o dopuszczeniu do komunii katolików żyjących w małżeństwach niesakramentalnych i posądzanie o złą wolę tych (łącznie z papieżem), którzy chcieliby jakoś rozwiedzionym pomóc. Zamykając Jezusa w kościołach i obrzędach, wyrugowaliśmy Go ze świata do którego przecież został posłany.

Wyobraźmy sobie taką oto sytuację. Gdyby wśród katolików (i nie tylko) zrobić ankietę i zapytać na przykład o to, jak się ma małżeństwo w odniesieniu do sakramentu, wielu odpowiedziałoby, że chodzi o ślub. Gdy ksiądz, rzadziej narzeczeni, udziela ślubu, następuje sakrament, który trwa tyle, ile czasu potrzeba na odprawienie obrzędu. Podobnie jest z chrztem i pozostałymi sakramentami. Czas ich trwania da się zmieścić w kilku minutach lub kwadransach, gdy tymczasem sakramenty, jeśli mają być wyrazem przymierza Boga z człowiekiem, są kwestią całego życia. Owszem, mają początek, ale nie mają końca, dzieją się nieustannie, bez przerw, gdyż są z jednej strony dzisiejszym sposobem życia Jezusa, a z drugiej – naszym podążaniem, towarzyszeniem i współpracą z Jezusem, które wypełnią się w wieczności. Sakramenty są kontynuacją Bożego Narodzenia, dzisiejszym sposobem zamieszkiwania Syna Bożego wśród ludzi.

 

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami

Sakramenty zatem nie są, nie mogą być jakimś kloszem, który by przykrywał najważniejsze momenty ludzkiego życia i wyodrębniał je z całości naszego CV, izolował od powszednich wydarzeń i tym samym, na jakiś tylko czas, nadawał im święty charakter. W tym morzu świeckości, na oceanie profanum, sakramenty nie tworzą jakichś świętych wysepek. Przeciwnie, jeszcze mocniej wiążą człowieka właśnie z owym nieszczęsnym profanum i ukazują, ku czemu zmierza zarówno nasze życie jak i historia całego stworzenia. Tak tę sprawę widzi Karl Rahner SJ: „Także centrum życia chrześcijańskiego, czyli Eucharystia […] nie jest dziełem sakralnym, w którym coś czy ktoś miałby być oderwany od świata. Tym bardziej nie można uważać za sakralne osób i instytucji kościelnych, które zawsze nacechowane są również duchem świata. Ta para pojęć (sacrum i profanum) nie nadaje się więc do wyrażania sposobu, w jaki chrześcijaństwo widzi świat i jak interpretuje samo siebie”.

Jak zatem może wyglądać chrześcijańska interpretacja świata, ale i chrześcijaństwa? Interpretacja chrześcijańska, a nie inna, bo z wypowiedzi Rahnera wynika, że nie wszystko, co się chce nazywać chrześcijańskim, jest chrześcijańskie, i nie wszystko, co się jawi jako niechrześcijańskie, jest niechrześcijańskie. Po pomoc w tej sprawie udajmy się do człowieka, któremu, jak mało komu, zależało na tym, by poważnie traktować fakt, że Słowo stało się ciałem. Zależało mu też bardzo na tym, by dogmaty i liturgia nie wykoślawiały oglądu rzeczywistości, nie spłaszczały jej obrazu, lecz ją problematyzowały. To znaczy próbowały ukazać, niechby tylko na moment, wnętrze, korzenie tego, co jest i co się dzieje. Czesław Miłosz w wierszu „Przepraszam” przestrzega teologów, aby pamiętali, że „Katolickie dogmaty są jakby o parę centymetrów / za wysoko, wspinamy się na palce i wtedy / przez mgnienie wydaje się nam, że widzimy. […] Nie jest to jednak dostateczny powód, / żeby szczebiotać o słodkim dzieciątku Jezus na sianku”.

 

Profanum pełne Boga

Pierwsi chrześcijanie nie znali czegoś takiego jak ołtarz. Zwyczajnie, sprawowali Wieczerzę Pańską, czy też Łamanie Chleba, na takim stole, jaki akurat znajdował się w domu człowieka, u którego gmina się zgromadziła. Jeszcze w czwartym i piątym wieku wspomina się o drewnianych ołtarzach, kamienne wchodzą do użytku dopiero wtedy, gdy zaczęto odprawiać msze na grobach męczenników. Nawiasem mówiąc, co najmniej dziwne wydają się wydane ostatnio przepisy liturgiczne, nakazujące używanie do mszy tylko i wyłącznie naczyń liturgicznych, jak też polecające prezbiterowi, by znak pokoju przekazywał jedynie osobom najbliżej niego stojącym i by nigdy w tym celu nie wychodził poza prezbiterium. Tymczasem jeszcze w czwartym wieku prezbiter przewodniczący liturgii, poza czytaniem Pism, improwizował. Sam tworzył to, co dzisiaj nazwalibyśmy „częściami stałymi” czy „kanonem”. Dzięki temu liturgia była żywa i zrozumiała sama z siebie. Przez parę wieków – podkreślmy, że najtrudniejszych dla rodzącego się chrześcijaństwa – liturgia działa się w domu, w gronie rodzinnym i przyjacielskim i przenikała codzienność, powszedniość, to, co dzisiaj nazywamy profanum. Msza działa się jak narodziny Jezusa w Betlejem – tam gdzie ludzie żyli i pracowali, rodzili się i umierali, grzeszyli i uświęcali. Kiedy liturgię przenieśliśmy do świątyń i świątynie zsakralizowaliśmy, pozbawiliśmy codzienność tego, co stanowi jej istotę i piękno. Liturgia, zamiast ujawniać Boga, który – jak mówi Ignacy z Loyoli – jest i działa we wszystkim i ponad wszystkim, zamiast podpowiadać człowiekowi, że świat jest sakramentem Boga, zawężała pole działania Boga do świątynnej przestrzeni. Tymczasem:

 

Bóg się rodzi, moc truchleje,
Pan niebiosów obnażony!
Ogień krzepnie, blask ciemnieje,
Ma granice Nieskończony.
Wzgardzony, okryty chwałą,
Śmiertelny Król nad wiekami!
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami.

Cóż masz niebo nad ziemiany?
Bóg porzucił szczęście swoje,
Wszedł między lud ukochany,
Dzieląc z nim trudy i znoje.

 

Po przesiedleniu Jezusa do świątyń, skoro już czegoś takiego udało się nam dokonać, nic dziwnego, że poczuliśmy się właścicielami Boga. A jak jest dzisiaj, łatwo sprawdzić. Jak reagujemy na tych, którzy nie zgadzają się z nami na przykład w poglądach politycznych, społecznych, gospodarczych, a zwłaszcza etycznych? Czy nie mówimy: Ależ prawda jest po naszej stronie, bo jesteśmy wierzącymi, bo nasza partia jest chrześcijańska, bo przykazania, bo co tacy bezbożnicy mogą wiedzieć! Czy nie przypomina to sporu Jezusa z nauczycielami Prawa i faryzeuszami, którzy przyparci do muru mówią: „Myśmy się nie urodzili z nierządu, jednego mamy Ojca – Boga.” (por. J, 8,1-59) Tymczasem Karl Rahner pisze, że „chrześcijaństwo nie może siebie uważać za sacrum, ponieważ jako całość nie jest odizolowane od świata, lecz zostało ustanowione w świecie, żeby w świecie osiągnąć swoje spełnienie”. I to stwierdzenie, chyba najlepiej oddaje tajemnicę wigilijnej nocy. Betlejem to profanum, które, jak się okazuje, zawsze było i jest pełne Boga.

 

Respice finem

Był taki czas, kiedy nowy rok kościelny kończył się i zaczynał w Narodzenie Pańskie. Obecnie ten kościelny czas mierzymy od początku adwentu. Spróbujmy nałożyć na siebie te dwa podejścia do czasu, a to dlatego, że ostatnimi czasy, na synodzie, zaczęliśmy się zajmować tym, co jest szczególnie mocno związane z Bożym Narodzeniem – małżeństwem i rodziną. Ankiety, narady, dyskusje, wprost kłótnie, modlitwy, normalna rzecz przy takiej okazji. Jeśli myślimy o synodalnych tematach akurat teraz, kiedy „Słowo stało się ciałem”, nie od rzeczy będzie dopuścić do głosu człowieka, który przez całe życie szukał ewangelii świata, a więc i małżeństwa i rodziny, poetę Czesława Miłosza:

 

Człowiek ma zbliżać się z szacunkiem i drżeniem
Do najgłębszego arcanum, miłosnego związku mężczyzny i kobiety,
W nim jest zawarta również niepojętość
Miłości Stwórcy do stworzenia.
Nieszczęściem ludzi dwudziestego wieku jest niepamięć:
Zmienili świętość Pieśni nad pieśniami w seksualną zabawę.

 

A zatem, z racji urodzin naszego brata i Boga Jezusa Chrystusa życzmy sobie: oby Pieśń nad pieśniami, to serce Biblii, jak mówią żydowscy egzegeci, nasi starsi bracia w wierze, jeszcze mocniej zabiło również w teologii, w prawie, w kościelnych urzędach. W nas, czyli w Kościele.