dwutygodnik internetowy
27.07.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Bendyk: demokracja energetyczna

Tak jak przemysł wyprodukował w XIX wieku klasę robotniczą i stworzył podstawy do budowy państwa narodowego i systemu politycznego opartego na dużych partiach masowych, tak gospodarka oparta na odnawialnych źródłach energii będzie czynnikiem formującym nową strukturę społeczną i polityczną.

eko

zdjęcie jest częścią artystycznego projektu Amy Balkin pod tytułem „Public Smog”

Z Edwinem Bendykiem rozmawia Aleksandra Jach. Wywiad pochodzi z 28. numeru magazynu „Kontakt” pod tytułem „Małe obczyzny”.

ALEKSANDRA JACH: Skąd wzięła się popularność Antropocenu? Dlaczego właśnie teraz to pojęcie robi taką karierę wśród dziennikarzy, naukowców i artystów? Nagle okazuje się, że potrzebujemy nowego terminu, żeby mówić o świecie, o kulturze, o statusie człowieka.

EDWIN BENDYK: To kumulacja wielu czynników. Przede wszystkim obserwujemy zmiany zachodzące w środowisku na skutek wywołanych przez człowieka zmian klimatycznych, czyli coś, co nazywamy antropogenicznym globalnym ociepleniem. Historycznie ważnych impulsów dostarczyły takie wydarzenia, jak publikacja „Silent Spring” Rachel Carson, raport Klubu Rzymskiego „Granice wzrostu”, w końcu odkrycie dziury ozonowej. To ostatnie potwierdziło dobitnie, że działanie człowieka ma wpływ nie tylko na ekosystem lokalny, ale także na globalny. Wybuch elektrowni atomowej w Czarnobylu również miał znaczenie dla kształtowania świadomości „społeczeństwa ryzyka”, bardziej jednak w kontekście bezpieczeństwa nuklearnego. Dziura ozonowa pokazała, że nowoczesne życie może mieć wpływ na cały geosystem, czego dalszym potwierdzeniem jest kryzys klimatyczny. Za popularyzację pojęcia Antropocenu odpowiedzialny jest z kolei Paul Crutzen, chemik, nagrodzony Noblem za wkład w wyjaśnienie mechanizmów powstawania dziury ozonowej, wybitny badacz chemii atmosfery.

Ruchy ekologiczne podnoszą te kwestie co najmniej od lat 60. Dlaczego jak dotąd są nieskuteczne?

Być może dlatego, że warunkiem skuteczności działań ekologicznych, jak twierdzi francuski filozof Bruno Latour, jest ich oderwanie od ekologii. To znaczy uczynienie z ekologii polityki, poprzez wprowadzenie tematów ekologicznych do głównego nurtu sporu i debaty. By tak się stało, potrzebna jest jednak zmiana ramy pojęciowej, która pozwoli na rozszerzenie pola politycznej reprezentacji i uczynienie obiektów poza-ludzkich – zwierząt, środowiska, ale także maszyn – uczestnikami debaty politycznej, a nie tylko jej przedmiotami. Antropocentryzm dominujący w polityce jest nie do utrzymania w świetle najnowszej wiedzy, której dostarcza etologia, kognitywizm, badania nad sztuczną inteligencją. Akceptując Antropocen, musimy się także zgodzić na to, że kulturowo wkroczyliśmy do epoki posthumanizmu.

Być może jednak Antropocen jest kolejnym narcystycznym projektem, który ma nadawać znaczenie ludzkiemu życiu? Wielu badaczy twierdzi, że, owszem, zanieczyszczenie powietrza, ocieplenie klimatu, zakwaszenie oceanów czy dziura ozonowa mają charakter antropogeniczny, ale w kontekście miliardów lat funkcjonowania Ziemi i zmian, które na niej zachodziły, ludzkie interwencje to kropla w morzu.

Argumenty te podnoszą również niektóre środowiska religijne, które twierdzą, że przypisywanie człowiekowi możliwości takiego oddziaływania na naturę jest wyrazem pychy. To jednak coraz rzadsze podejście. Wystarczy przeczytać deklarację uczonych i przywódców religijnych przyjętą na spotkaniu Papieskiej Akademii Nauk 28 kwietnia bieżącego roku. Uznaje ona, że antropogeniczne globalne ocieplenie jest faktem, walka z nim – moralnym obowiązkiem, a niszczenie środowiska – grzechem. Inaczej rzecz ujmując, człowiek ponosi pełną odpowiedzialność za los planety. Z poznawczego punktu widzenia ciekawa jest natomiast dyskusja o chwili, w której nastąpił przeskok z Holocenu do Antropocenu. Kiedy uzyskaliśmy tę moc oddziaływania na przyrodę? Niektóre hipotezy przesuwają granicę aż do początku XVII wieku.

Przekonuje to pana?

Ciekawi mnie perspektywa, która problematyzuje naszą świadomość historyczną, a konkretnie dotyczy refleksji nad konsekwencjami nowoczesności. Wskazuje ona na początki XVII wieku, w których nastąpiła eksterminacja Indian. Zniszczono całą cywilizację, co zostawiło ślad w warstwach geologicznych – pięćdziesiąt milionów ludzi przestało uprawiać ziemię, w efekcie gwałtownie zmniejszyła się emisja gazów cieplarnianych. Widzimy, że pewne wydarzenia, które my w historii europejskiej uważamy za początek epoki rozwoju, dla innej cywilizacji miały wymiar apokaliptyczny. Tak silny, że jest on zapisany w pamięci geologicznej planety, a nie tylko w historii ludzkiej. Antropocen nie jest więc tylko metaforą. To pojęcie opisujące pewien fakt.

Antropocen tworzy różne postawy – prometejską i apokaliptyczną. Ta ostatnia jest bardziej malownicza i dramatyczna…

W ten sposób Antropocen jest przedstawiany w kulturze popularnej, która zawsze żywiła się apokalipsą. Przyjrzyjmy się postawie pozytywnej, czy też prometejskiej. Wspomniany Paul Crutzen wskazuje, że skoro człowiek ma negatywny wpływ na ekogeosystem, to może także mieć wpływ pozytywny – stąd pomysł na inżynierię klimatyczną (geoengineering). Istnieje cały nurt badań polegających na poszukiwaniu metod przeciwdziałania skutkom globalnego ocieplenia. To takie leczenie objawowe, stosowanie aspiryny na rozgorączkowaną ziemię. Crutzen analizował na przykład globalne obniżenie temperatury po wybuchu wulkanu Pinatubo, który uwolnił do atmosfery olbrzymią ilość pyłów i związków siarki. W jednym z artykułów badacz pokazywał, że efekt Pinatubo można osiągnąć w sposób celowy, wypuszczając do atmosfery siarkę. Inne pomysły to umieszczanie w przestrzeni kosmicznej zwierciadeł i rozpylanie pary wodnej. Ten ostatni pomysł zainspirował artystę Przemysława Jasielskiego, który zaprojektował ziemski klimatyzator, który każdy mógłby ustawić sobie w ogródku. Niestety, Prometeusz spotyka się w pewnym momencie z rzecznikami wizji apokaliptycznej: skutki ewentualnej interwencji w klimat mogą być jeszcze gorsze niż stan aktualny. Na dobrą sprawę trudno znaleźć przekonujące, pozytywne rozwiązania globalnych problemów. Ciągle próbujemy raczej zaklinać rzeczywistość.

Wydaje się, że temat zmiany klimatu przerabiamy od dawna, do znudzenia. Intelektualiści, celebryci, organizacje pozarządowe wciąż apelują o to, by ratować środowisko.

Być może na poziomie dyskursu mówi się o konieczności zmiany, ale w procesach politycznych tego nie widać. Europa, udająca lidera zmian, coraz bardziej się zamyka. Kolejne setki ludzi giną w Morzu Śródziemnym. Migrują z Afryki w dużej mierze wypędzani przez konflikty polityczne, które z kolei są skutkami zmian klimatycznych.

Antropocen musi się stać przedmiotem polityki, ale to wymaga, jak już mówiliśmy, redefinicji pola politycznego. Rozbieżność dyskursu i praktyki politycznej to problem, który pojawia się w trakcie negocjacji klimatycznych. Świat wciąż działa w systemie państw narodowych, które funkcjonują zgodnie z logiką racji stanu i interesu narodowego, w związku z czym nie są w stanie uwzględnić w swoich decyzjach globalnego dobra wspólnego.

Potrzebujemy globalnego rządu?

To jest myślenie z innej epoki. Potrzebny jest alternatywny model zarządzania społeczeństwami i zasobami. Próba stworzenia państwa globalnego, na wzór państw narodowych, ma w sobie totalitarny potencjał. Chodzi raczej o zmianę paradygmatu polityki i kategorii reprezentacji. Pytanie czy jesteśmy w stanie wyjść z tej logiki i zbudować imperium sieciowe, które posiada wiele centrów władzy, dopiero razem tworzących system zarządzania całością.

Na bazie tej utopii powstały korporacje Google, Microsoft i Apple. Pracujące na ich rzecz jednostki miały tworzyć ponadnarodowe sieci społeczne, wymieniając się wiedzą poza kontrolą sprawowaną przez państwa. W Dolinie Krzemowej od lat 50. budowany jest etos „odcieleśnionej wspólnoty”.

Trochę inaczej to rozumiem. Dolina Krzemowa jest produktem kompleksu militarno-przemysłowego, powstałym na skutek olbrzymich publicznych inwestycji w rozwój nowych technologii, od bio, przez info, po nano. Dziś widać wyraźnie integrację cyfrowego kapitalizmu do modelu militarno-informacyjnego. Prezydent Obama próbuje odbudować hegemonię Stanów Zjednoczonych w oparciu o pełną dominację nad zasobami cyfrowymi. To z kolei pozwoli odzyskać światowe przywództwo, bo zapewni zdolność do kontroli nowych gospodarczych łańcuchów wartości związanych z rozwojem gospodarki postwęglowej.

Europa próbowała stać się takim liderem, ale w oparciu o „soft power”, a cały projekt rozsypał się podczas szczytu klimatycznego w Kopenhadze w 2009 roku. Skoku do gospodarki postwęglowej nie da się wykonać bez dominującej pozycji w przestrzeni cyfrowo-informacyjnej, a tu Europa ma stosunkowo niewiele do powiedzenia, co pokazały rewelacje Edwarda Snowdena. Jestem przekonany o tym, że również obecne zachowania Rosji są skutkiem uznania fiaska cyfrowej modernizacji, a cała szamotanina to próba sprawdzenia siły amerykańskiego projektu.

Nowe technologie są niesamowicie wymagające energetycznie. Próby utrzymania dominacji w relacjach światowych to także walka o te zasoby.

Dlatego elity wiodących krajów nie mają wątpliwości co do tego, że przyszłość to energia pochodząca z jedynego pewnego źródła – Słońca.

Jeszcze półtora miliarda lat i podobno koniec.

To wystarczająco dużo, żeby postawić na Słońce. Nawet Francuzi, polegający w dużej mierze na energetyce jądrowej, opracowali raport, z którego wynika, że Francja jest w stanie do 2050 roku przejść całkowicie na odnawialne źródła energii. Już sam ten raport, przygotowany na zamówienie kręgów rządowych, oznacza rewolucję.

Powstają nowe modele wytwarzania i dystrybucji energii, a to pociągnie za sobą nowe formy organizacji społecznej, politycznej czy też wytwarzania wartości ekonomicznych, które są w pełni kompatybilne z kapitalizmem cyfrowym. W tym kierunku idą Stany Zjednoczone, ale również Indie i Chiny. Po około trzydziestu latach inwestycji w energię słoneczną kraje takie jak Niemcy, Francja czy Stany Zjednoczone będą miały energię prawie za darmo. Być może wtedy będziemy w stanie na nowo zdefiniować kwestię pracy, zaopatrzenia ludzkich i społecznych potrzeb, redystrybucji. A kiedy zostanie rozwiązany kluczowy problem niedostatku zasobów energetycznych, być może uda się wytworzyć inne struktury polityczne. Odnosi się do tego hasło demokracji energetycznej. Jak w XIX wieku przemysł wyprodukował klasę robotniczą i stworzył podstawy do budowy państwa narodowego i systemu politycznego opartego na dużych partiach masowych, tak gospodarka oparta na odnawialnych źródłach energii będzie czynnikiem formującym nową strukturę społeczną i polityczną.

Jak mogłoby wyglądać takie nowe społeczeństwo?

Przede wszystkim powinno być oparte na idei wielości, o czym pisze między innymi Jan Sowa. Możemy jedynie gdybać i próbować projektować, ze świadomością jednak, że nikt przecież z góry nie zaprojektował systemu parlamentarnego opartego na socjaldemokracji i partiach chadeckich pod koniec XVIII wieku, prawda? Choć wiele rozwiązań wydawało się oczywistych, to ich realizacja trwała dziesiątki lat, z rewolucjami i wojnami domowymi po drodze. Nie można wykluczyć żadnego scenariusza, próby budowy nowego ładu już jednak trwają, zarówno w wymiarze teoretycznym, jak praktycznym.

A gdzie w tym wszystkim jest Polska?

Na poziomie politycznym jesteśmy zupełnie w lesie. Dyskusja poświęcona ustawie o odnawialnych źródłach energii i poprawce prosumenckiej została całkowicie zmistyfikowana. W Polsce nie ma państwowej polityki surowcowej czy polityki energetycznej. Cieszy natomiast coraz silniejsza presja oddolna. Raport „Niskoemisyjna Polska 2050” pod redakcją Macieja Bukowskiego to przecież inicjatywa społeczna. Podobnie Jerzy Hausner, działając jako zaangażowany publicznie intelektualista, wykorzystuje dostępne sobie zasoby intelektualne, by tworzyć niezbędną do zmian wiedzę. Coraz więcej dzieje się na poziomie lokalnych, miejskich inicjatyw. Wiele zależy od tego, czy na przykład Robert Biedroń zdoła zrealizować w Słupsku swą wizję zielonej modernizacji.

Pojawiają się pomysły na inicjatywy w rodzaju miejskiego „trójkąta weimarskiego”, czyli zbudowania sieci współpracy miast progresywnych z Polski, Francji i Niemiec. Może się więc okazać, że to, o czym trochę nieudolnie mówi Barber w swojej książce „Gdyby burmistrzowie rządzili światem”, w jakimś sensie zaczyna się dziać. Polityczność dzisiaj – ta, która polega na właściwym definiowaniu wyzwań i szukaniu zasobów do ich rozwiązania – przesuwa się na poziom lokalny. I to chyba jest szansa.

Czy uda nam się zsynchronizować te lokalne działania z pomysłami o zasięgu globalnym, które już teraz są realizowane?

To kluczowe pytanie – czy zdołamy „załapać” się na skok cywilizacyjny, do którego szykują się kraje światowego centrum. Przykładem takich świadomych przygotowań jest niemiecka Energiewende, czyli transformacja do gospodarki postwęglowej, zupełnie w Polsce niezrozumiała. Rezygnując z aktywnego uczestnictwa w tej transformacji, ryzykujemy, że znowu będziemy musieli nadganiać i to być może pod dyktando z zewnątrz. Cała nadzieja w ruchach oddolnych.

 

Edwin Bendyk jest dziennikarzem, publicystą i pisarzem. Pracuje w tygodniku „Polityka”. Opublikował cztery książki, ostatnio „Bunt Sieci” (2012). Wykłada w Collegium Civitas, gdzie kieruje Ośrodkiem Badań nad Przyszłością, oraz w Centrum Nauk Społecznych PAN.