dwutygodnik internetowy
26.02.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Będziesz pościł

Post jest czymś więcej niż tylko pustym przepisem. Oprócz wymiaru religijnego ma wymiar ekonomiczno-społeczny, będący w Piśmie Świętym jednocześnie wymiarem moralnym.

ilustr.: Piotr Karski

ilustr.: Piotr Karski

Tekst pochodzi z 36. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Biblia dziesięciolecia”.

Kiedyś polscy katolicy pościli prawie przez pół roku. Dziś do postu nie przywiązuje się takiej wagi, jak to czyniono w przeszłości. Większość uważa go za nudny zwyczaj, pozostałość po dawnej tradycji, zbędne umartwianie się. Rzadko kiedy go przestrzega, nieraz w ogóle odrzuca jako „stary rytuał”, w którym nie znajduje zbytnio sensu. Inni za to przestrzegają go na nowy, bardziej współczesny sposób: traktują post – zwłaszcza ten dłuższy przed świętem Wielkiejnocy, czasami również adwent – jako wyzwanie, trening silnej woli. Wyrzeczenie się słodyczy, Internetu lub imprez na kilka tygodni ma hartować naszego ducha. Taka religijność (jeśli wspomniane praktyki jeszcze do niej zaliczamy) wygląda właściwie jak rodem z podręcznika coachingu i czasem trudno dostrzec w niej wymiar duchowy. Podobne rozumienie postu jest jednak raczej nowością i trudno je uznać za tradycyjne.

Kodeks Prawa Kanonicznego, a z nim dekret Prymasa Polski zobowiązuje polskich katolików do przestrzegania postu jakościowego – czyli wstrzymania się od spożywania mięsa – w każdy piątek roku i 24 grudnia, a ponadto postu jakościowego i ilościowego (jeden posiłek do syta dziennie) w dniu Środy Popielcowej i Wielkiego Piątku. Dziś wielu z nas wydaje się to absurdalne. Coraz częściej wychodzimy z założenia, że w wierze nie chodzi o restrykcyjne przestrzeganie narzuconych z góry, często niezrozumiałych zasad – a przynajmniej nie to powinno być najważniejsze. W dostrzeżeniu głębszego sensu w przestrzeganiu postu nie pomagają hierarchowie Kościoła, toczący spory budzące raczej śmiech i zażenowanie niż zrozumienie. Wystarczy przypomnieć piątek 11 listopada kilka lat temu, kiedy to mieszkańcom Warszawy dyspensy od przestrzegania postu udzielił kardynał Nycz, ale nie zgodził się już na nią arcybiskup Hoser. W rezultacie w tamten piątek po lewej stronie Warszawy mięso było dozwolone, a po prawej – zabronione. Te spory są już jednak, jak się zdaje, tradycją Kościoła – w średniowieczu zastanawiano się, ile mięsa należałoby spożyć w dniu postnym, by można było uznać to za grzech lekki (do 20 gramów) lub ciężki (od 60 gramów – już z pewnością).

„Przestańcie składania czczych ofiar!”

Kolejnym absurdem, który towarzyszy zwyczajowi postu, jest jego postępujące odrywanie się od pierwotnego znaczenia. Dni postne miały być okresem umartwiania się, wyzbycia bogactwa i komfortu. Żydzi wstrzymywali się od jedzenia i picia czegokolwiek (w przypadku postu całkowitego, który trwał maksymalnie dwadzieścia pięć godzin) lub od mięsa i wina (gdy chodziło o rzadziej praktykowany post niepełny). Chrześcijanie dopiero później, najpewniej w III wieku, wprowadzili post jakościowy, który zaczął wypierać zwyczaj całkowitego wstrzymania się od pokarmów i napojów. Przez dłuższy czas w dniach postnych praktykowano pełną wstrzemięźliwość od mięsa, ryb i nabiału, w średniowieczu jednak zasady te złagodzono. Zaczęto dopuszczać, oprócz ryb, także mięso zwierząt wodnych – ptaków i ssaków. W Polsce okresu baroku powszechne było jedzenie potrawy przyrządzonej z… ogona bobra. Nadworni kucharze prześcigali się w sutych potrawach udających mięsne, nieraz do dań rybnych dodawali wino. Słowem – z czasem post stał się kolejną okazją do ucztowania. Zresztą zostało nam to do dziś – przecież Wigilia Bożego Narodzenia też jest dniem teoretycznie postnym. A większość z nas częściej narzeka wtedy na nadmiar niż niedosyt.

Absurdem jest również to, że dziś w dni postne wciąż je się ryby, a wyrzeczeniem jest niejedzenie mięsa ssaków i drobiu. Zrozumiałe było to kiedyś – mięso bydła lub innych zwierząt hodowlanych było raczej drogim i luksusowym produktem, w przeciwieństwie do ryb, zazwyczaj łatwo dostępnych. Dziś, choć z zewnątrz post wygląda tak samo, zgubił on swoją treść: wciąż w dzień bezmięsny najczęściej spożywa się rybę, ale w krajach zachodnich, mimo rosnącej konsumpcji ryb, są one nadal kilkakrotnie droższe niż mięso ssaków lub drobiu z masowych hodowli. W dzień postny wydajemy więcej pieniędzy na jedzenie niż zazwyczaj. Gdzie tu więc wyrzeczenie się luksusu?

„Ręce wasze pełne są krwi”

Wydaje się więc, że dziś post kojarzy się z absurdalnymi, przestarzałymi i niemającymi nic wspólnego z sferą sacrum zasadami. Spróbujmy jednak odnaleźć sens w tym cotygodniowym odrzuceniu mięsa. Gdybyśmy zrezygnowali również z ryb – uznając, że są droższe, przez co nie spełnia się pokutny sens postu, i są jednak rodzajem mięsa zwierzęcego, piątek stałby się dniem prawdziwie wegetariańskim i postnym. Wierząc, że – jak pisał Benedykt XVI w „Caritas in veritate” – „kupno jest zawsze aktem moralnym, nie tylko ekonomicznym”, chrześcijanie intencjonalnie przestrzegający postu mogliby wpływać (wraz z „codziennymi” wegetarianami i weganami) na świadomość konsumpcyjną społeczeństwa. Jeden dzień w tygodniu to faktycznie niewiele, ale jakiekolwiek ograniczenie spożywania mięsa – i ssaków, i ptaków, i ryb – jest dziś korzystne dla wszystkich mieszkańców Ziemi.

Nietrudno dostrzec, jak nieekologiczna i nieetyczna jest masowa produkcja mięsa, także tego rybnego. Towarzyszy jej zużywanie ogromnych ilości wody (ponad jednej trzeciej światowych zasobów), emisja gazów cieplarnianych (zwłaszcza metanu), wycinka lasów (siedemdziesiąt procent obszaru wykarczowanej puszczy Amazońskiej to dziś pastwiska). Niechrześcijańskie jest jednak przede wszystkim trzymanie zwierząt w straszliwych warunkach. O których zresztą przeciętnie uświadomionemu konsumentowi wiadomo – nietrudno znaleźć i obejrzeć w Internecie nagrania z obory czy rzeźni. Na fermach trzyma się kilkadziesiąt tysięcy zwierząt stłoczonych na zbyt małej powierzchni, które tuczy się aż do osiągnięcia nienaturalnej dla nich wagi, by potem wysłać je od razu pod nóż. W samej Polsce rocznie zabija się 860 milionów zwierząt. Ale przecież wszystko to wiemy.

Chrześcijanie – wczytawszy się w „Laudato Si’” – mogliby wraz z papieżem Franciszkiem stanowczo się temu sprzeciwić. Jaś Kapela w swym przedświątecznym tekście „Biedny chrześcijanin patrzy na karpia w Tesco” słusznie zauważa, że przecież Katechizm Kościoła Katolickiego uznaje za „sprzeczne z godnością ludzką (…) niepotrzebne zadawanie cierpień zwierzętom lub ich zabijanie” (KKK 2418). A dziś raczej trudno stać na stanowisku, że obecna skala zwierzęcego cierpienia jest potrzebna. Nawet święty Paweł, choć przestrzega przed zbytnim przywiązywaniem wagi do sprawy jedzenia i picia, zauważa: „Dobrą jest rzeczą nie jeść mięsa” (Rz 14,21). I choć te słowa wypowiedziane zostały w zupełnie innym kontekście, wydają się teraz aktualne jak nigdy dotąd.

Analogicznie do postu bezmięsnego post ilościowy, który dopuszcza tylko jeden posiłek do syta dziennie, mógłby być okazją do świadomego manifestowania walki z marnowaniem żywności. W samej tylko Polsce wyrzuca się jej ponad dziewięć milionów ton rocznie. Problemem są nie tylko indywidualne zakupy, bardzo często zbyt duże i nieprzemyślane, lecz także polityka wielkich supermarketów, które pozbywają się niesprzedanych produktów zamiast przekazać je organizacjom charytatywnym. Widać więc, że dniom postnym można by we współczesnym świecie nadać zupełnie nowe znaczenie.

„Czyż to jest post, jaki Ja uznaję, dzień, w którym się człowiek umartwia?”

Za pierwszych wegetarian w Polsce można uznać zakonników, ale nie znaczy to oczywiście, że należy doszukiwać się korzeni tradycji postu w refleksji nad prawami zwierząt. Poglądy te są przecież stosunkowo świeże, a i przemysł mięsny wyglądał kiedyś zupełnie inaczej. Spróbujmy więc poszukać duchowego wymiaru postu, który dziś zdaje się utracony. Większość współczesnych komentarzy dotyczących tej praktyki religijnej odwołuje się do wydarzeń z Nowego Testamentu. Post, wraz z modlitwą i jałmużną, stanowią pokutę nieprzypadkowo wyznaczoną na piątek – ma ona być sposobem upamiętnienia śmierci Jezusa na krzyżu. Wstrzemięźliwość od mięsa i umartwianie się, jak twierdzi teolog, ks. Michał Kaszowski, to „sposoby naśladowania ukrzyżowanego Chrystusa”. Wyrzeczenie staje się wyrazem miłości do Boga, umartwianie – pewnego rodzaju ofiarą, którą Mu składamy.

Nie można jednak zapomnieć, że post jest tradycją o wiele starszą niż Nowy Testament. Sam Jezus – jak podaje nam Pismo – ma do niego stosunek co najmniej dwuznaczny. Nie wymaga od ludzi ścisłego przestrzegania prawa, nie to jest dla Niego istotne. Mówi faryzeuszom: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mt 9,13). Sam czasem będzie pościł, ale też nieraz usprawiedliwi swoich uczniów, którzy postu nie przestrzegali: „Czy goście weselni mogą się smucić, dopóki pan młody jest z nimi?” (Mt 9,15). Skoro znaczeniem postu na początku nie było umartwianie się na pamiątkę śmierci Chrystusa na krzyżu, bo jest to tradycja wiele starsza, po co go ustanowiono? I co należy czynić, by zyskał on właściwe znaczenie, by nie był pustym przepisem? Aby otrzymać odpowiedź na to pytanie, powinniśmy zajrzeć jeszcze głębiej i cofnąć się do Starego Testamentu.

„Obmyjcie się, czyści bądźcie!”

Post w rozumieniu potocznym, bez wymiaru religijnego, jest niczym innym jak oczyszczeniem. Wstrzymanie się od wysokokalorycznego jedzenia odtruwa organizm, a dłuższa głodówka pomaga w pozbyciu się szkodliwych substancji zalegających w ciele. Tym samym w znaczeniu metaforycznym, jak poucza Stary Testament, powinien być post w wymiarze religijnym – nie tylko wyrazem pokuty i pokory, lecz także bodźcem do oczyszczenia siebie i społeczeństwa. Brudami, których powinniśmy się pozbyć, są oczywiście grzechy, krzywdy i niesprawiedliwość. Dlatego też Bóg przez księgę Izajasza nakazuje: „Czy nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać, dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków” (Iz 58,6-7). Jasno więc widać, że post jest czymś więcej niż tylko pustym przepisem: oprócz wymiaru religijnego ma wymiar ekonomiczno-społeczny, będący w Piśmie Świętym jednocześnie wymiarem moralnym. Nie jest pozbawioną znaczenia praktyką religijną, a etycznym wezwaniem do oczyszczenia się ze zła i otwarcia na innego, pokrzywdzonego człowieka.

Co więcej, praktykowanie postu bez zaprowadzenia sprawiedliwości społecznej jest według wykładni Starego Testamentu bezwartościowe. W księdze Amosa znajdziemy potępienie niesprawiedliwości społecznej: „Ponieważ deptaliście biednego i daniny w zbożu braliście od niego, możecie zbudować sobie domy z kamienia ciosanego, lecz nie będziecie w nich mieszkali […] o wy, ciemięzcy sprawiedliwego, biorący okup i uciskający w bramie ubogich!” (Am 5,11-12). Zaraz po nim następuje potępienie religijnej obłudy i odrzucenie przez Boga ludzkiej ofiary: „Nienawidzę, brzydzę się waszymi świętami. Nie będę miał upodobania w waszych uroczystych zebraniach. Bo kiedy składacie Mi całopalenia i wasze ofiary, nie znoszę tego, na ofiary biesiadne z tucznych wołów nie chcę patrzeć” (Am 5,21-22). Wykładnia Starego Testamentu jest jasna – nic Bogu po ludzkiej bogobojności, jeśli nie idzie z nią w parze sprawiedliwość, solidarność i miłość do bliźniego. Bez nich wszelkie praktyki religijne są nic niewarte.

„Wspomagajcie uciśnionego”

W cytowanej już księdze Izajasza Bóg ostrzega i wzywa jednocześnie: „Choćbyście nawet złożyli modlitwy, Ja ich nie wysłucham. Ręce Wasze pełne są krwi. Obmyjcie się, czyści bądźcie! Usuńcie zło uczynków waszych sprzed Moich oczu!” (Iz 1,15-16). „Obmycie się ze zła” brzmi raczej abstrakcyjne i możemy mieć trudność z odniesieniem tego do współczesnej rzeczywistości. Zakładam, że każdy i każda z nas stara się nikogo nie krzywdzić, od czasu do czasu komuś pomóc i żyć przyzwoicie – raczej rzadko kiedy czujemy się „zabrudzeni”. Ale co z tym złem, na które nie zwracamy uwagi, które jest rezultatem naszej bierności? Przecież wezwanie Boga jest dość jasne: „Troszczcie się o sprawiedliwość, wspomagajcie uciśnionego, oddajcie słuszność sierocie, w obronie wdowy stawajcie!” (Iz 1,17). Wzywa raczej do czynienia dobra niż nieczynienia zła. Nowy Testament również nie pozostawia wątpliwości: „Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść”.

Właśnie – „byłem”, a właściwie „jestem głodny”, tu i teraz. Podczas zastanawiania się nad istotą postu i sprawiedliwością społeczną, której wymaga od ludzi Bóg, nie można zapomnieć o tych, którzy zmuszeni są „pościć” cały czas. „Głód dokonujący rokrocznie zagłady dziesiątek tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci jest największym skandalem naszych czasów”, pisze Jean Ziegler – dyplomata i działacz Organizacji Narodów Zjednoczonych – w swojej książce „Geopolityka głodu”. Na planecie, która jest w stanie zapewnić wyżywienie dwunastu miliardom ludzi, co pięć sekund umiera z głodu dziecko poniżej dziesiątego roku życia. To zło, do którego się przyzwyczailiśmy; brud, którego nie zauważamy.

„Troszczcie się o sprawiedliwość”

Ja sama wychowałam się w przeświadczeniu, że „biedne dzieci w Afryce” są właściwie zjawiskiem naturalnym. Strasznym, ale jednocześnie od zawsze obecnym w naszym świecie. A przez to, jak się wydaje, pozbawionym jakichkolwiek konkretnych, zależnych od ludzi przyczyn – innych niż klimatyczne. Tymczasem zarówno Ziegler w swojej wspomnianej już książce, jak i Martin Caparrós w swym reportażu „Głód” udowadniają, że klęska głodowa to problem przede wszystkim polityczny. Jako jego przyczyny podają stosunki między poszczególnymi państwami – kładąc nacisk na nierówność kapitałów pomiędzy globalną Północą a globalnym Południem. Dochodzą do tego niesprawiedliwe umowy handlowe, szkodliwa (przynajmniej dotychczas) działalność Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jak również – a jakże! – wielkie prywatne przedsiębiorstwa międzynarodowe. I choć brzmi to jak teoria spiskowa, to liczby, które przytacza Jean Ziegler, mówią same za siebie: dwieście największych przedsiębiorstw rolno-spożywczych kontroluje mniej więcej dwadzieścia pięć procent zasobów produkcji żywności na całym świecie. Dziesięć przedsiębiorstw kontroluje jedną trzecią rynku nasion (jego wartość szacowana jest na 28 miliardów rocznie). Podobnie jest z rynkiem kakao i bananów (osiemdziesiąt procent jest kontrolowanych przez trzy spółki).

Liczby te nie są bez znaczenia. Niestety, wbrew marzeniom zwolenników wolnego rynku, lokalnym rolnikom z globalnego Południa trudno jest wejść w konkurencję z tymi gigantami. Nie mają oni nowoczesnego sprzętu, posiadają niewielkie obszary ziemi pod uprawę, nie mają pieniędzy na sztuczne nawadnianie. W rezultacie państwa „rozwijające się” nie mają jak się bronić przed importem zagranicznej żywności – tańszej, ale gorszej jakości – mimo że w ich interesie byłoby raczej rozwijać własne rolnictwo. Nieraz to prowadzi do upadku miejscowych produkcji – Ziegler podaje przykład Kamerunu, gdzie oligopole poprzez masową sprzedaż tanich kurczaków doprowadziły do nędzy kilkudziesięciu tysięcy kameruńskich rodzin, które dotychczas żyły z hodowli drobiu.

Niektórzy mogliby zaprotestować i stwierdzić, że dla konsumentów to przecież lepiej – żywność będzie tańsza, a to raczej zapobiega głodowi niż go powoduje. Ale trzeba pamiętać, że to jednocześnie pozbawia rzesze ludzi pracy, co skutkuje biedą, głodem, migracją bezrobotnej ludności wiejskiej do miast i tworzeniem się slumsów. Zresztą oligopole nieraz po zdobyciu lokalnego rynku drastycznie podnoszą ceny, co prowadzi do kumulowania się kapitału za granicą oraz skutkuje pogłębieniem się głodu i biedy mieszkańców. Zniszczenie lokalnego rolnictwa powoduje też, że państwo traci tak zwane „bezpieczeństwo żywnościowe” – nie jest w stanie samo wyżywić swoich obywateli, co ma szczególne znaczenie w przypadku klęski głodowej lub kryzysu. A te, często o podłożu klimatycznym, ale także politycznym (wewnętrzne konflikty, przesiedlenia, wojny), w państwach „rozwijających się” zdarzają się stosunkowo często.

Zabezpieczeniem przed klęskami głodu są najczęściej państwowe silosy z rezerwą żywności. Rząd nigeryjski przechowywał w takich kilkadziesiąt tysięcy ton zboża, by w momencie suszy lub plagi szarańczy móc zapobiec śmierci najbiedniejszych mieszkańców państwa. Jednakże, jak pisze Ziegler, „działający w Waszyngtonie oddział MFW [Międzynarodowego Funduszu Walutowego] odpowiedzialny za Afrykę stoi na stanowisku, że państwowe rezerwy żywności zakłócają funkcjonowanie wolnego rynku”. W kraju, gdzie dziś wewnętrzna wojna niszczy rolnictwo i zmusza miliony ludzi do opuszczania swoich domów, gdzie klęska suszy i powodzi osiem lat temu zagroziła życiu połowy mieszkańców – zlikwidowano państwowe silosy.

„Wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach”

Można zapytać: co nam do tego? Rzeczywiście, trzeba „głodnych nakarmić”, ale jak? To zabrzmi naiwnie, ale post od mięsa naprawdę może stać się próbą odpowiedzi na to pytanie. Ograniczenie ogromnej powierzchni przeznaczonej dziś pod uprawę paszy zwierzęcej lub pastwiska i pozostawienie jej na lokalną produkcję żywności z pewnością miałoby zbawienne skutki. W wielu państwach Ameryki Południowej, gdzie głód wciąż jest problemem – na przykład w Gwatemali – eksportuje się ogromne ilości mięsa. Zyskują na tym głównie i tak już bogaci przedsiębiorcy (w Gwatemali najbogatsze dziesięć procent społeczeństwa otrzymuje połowę wszystkich przychodów), a tracą najbiedniejsi (jedna trzecia mieszkańców żyje za mniej niż dwa dolary dziennie), którzy nie mają dostępu do taniej, dobrej jakości i lokalnie wyprodukowanej żywności.

Czy jednak indywidualne wybory konsumenckie mają jakiekolwiek znaczenie? Choć wegetarianizm i weganizm są coraz bardziej popularne, wciąż tylko niewielki procent społeczeństwa deklaruje, że nie je w ogóle produktów zwierzęcych. Z drugiej strony, częste i głośne kampanie na rzecz praw zwierząt i protesty przeciwko nieekologicznej masowej produkcji mięsa skutkują realnymi zmianami prawnymi. Od pewnego czasu wspierają je Organizacja Narodów Zjednoczonych i jej podjednostka do spraw wyżywienia i rolnictwa. W krajach Zachodu spada produkcja mięsa, w niektórych państwach zabrania się chowu klatkowego. Lektura książek Jeana Zieglera, Martina Caparrósa i innych, którzy zajmują się klęską głodu, pozbawia jednak tego optymizmu. Większość ich bohaterów, którzy walczą o prawo każdego człowieka do wyżywienia, przegrywa w walce. Nieraz stoją sami przeciwko gigantom – międzynarodowym korporacjom czy rządom potężniejszych państw. Mamadou Cissokho, senegalski rolnik i założyciel związku zawodowego producentów rolnych, napisze później cierpko: „Bóg nie jest rolnikiem”.

A może jednak? Może w tej walce Bóg stoi właśnie po stronie biednych rolników? Ziegler – socjaldemokrata! – na początku swej książki przytacza fragment Mądrości Syracha: „Nędzny chleb jest życiem biednych, a kto go zabiera, jest zabójcą. Zabija bliźniego, kto mu zabiera środki do życia, i krew wylewa, kto pozbawia zapłaty robotnika” (Syr 34,21-22). Jak się wydaje, post, którego Bóg od nas wymaga, polegałby na podjęciu przez nas radykalnego działania – byśmy mogli doznać prawdziwego oczyszczenia nas i naszej wspólnoty z wszelkiej krzywdy i niesprawiedliwości. Czy jednak wyrzeczenie się mięsa na jeden dzień w tygodniu lub w ogóle na całe życie rzeczywiście może być tym postem? Może indywidualne, codzienne wybory konsumpcyjne wcale nie są tak znaczące. Ale wraz ze świadomością krzywdy bliźniego i takim działaniem, które jest w zasięgu naszych możliwości – bo przecież głód istnieje także w Europie – mogą być krokiem ku globalizacji solidarności, o której tak często przypomina nam dziś papież Franciszek.

***

Wszystkie śródtytuły pochodzą z księgi Izajasza z Biblii Tysiąclecia.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Brzuch a Wielki Post

Czy diabeł może być zbawiony?

Wielki Post, czyli co?