dwutygodnik internetowy
8.08.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Balast, fantom i dozorca. Trzy opowieści o klasowym państwie

Bogaci, biedni, a nawet średni – Polacy nie ufają państwowym instytucjom. Nie ma jednak mowy o jednomyślności, każdą z klas społecznych cechują zupełnie inne przyczyny tej niechęci. Obraz naszego państwa to kolaż różnych żalów, sentymentów i rozczarowań ludzi, którzy mają ze sobą bardzo niewiele wspólnego.

ilust.: Justyna Krzywicka

ilust.: Justyna Krzywicka

Tekst pochodzi z najnowszego, 31. numeru papierowego Magazynu “Kontakt” pod tytułem “Lepsza zmiana”.

***

My, Polacy, nie lubimy państwa. Wynika to z naszej kultury, historii, niskiego poziomu zaufania, bierności politycznej i niewielkich zasobów kapitału społecznego. Sytuacji nie poprawia nasz odwieczny charakter warchoła, zbiorowa pamięć pańszczyzny i kuchnia pełna tłustych, ciężkostrawnych potraw. Jesteśmy i będziemy skazani na życie wśród słabych, byle jakich instytucji. Ten przytłaczający obraz, często przywoływany przez publicystów i komentatorów, reprodukowany w umysłach uczniów od szkoły podstawowej wzwyż, przysłania znacznie ciekawszą mapę różnych postaw i światopoglądów, jakie poszczególne grupy społeczne zajmują wobec państwa. „My, Polacy” po prostu bardzo się od siebie różnimy – płcią, klasą społeczną, miejscem zamieszkania. Przedsiębiorca, zatrudniający kilka tysięcy osób, warszawska przedszkolanka po licencjacie i korzystający z pomocy społecznej alkoholik w małej miejscowości żyją i załatwiają swoje sprawy w trochę innych „państwach”. Nawet jeżeli w wielkich badaniach sondażowych Polacy niemal jednogłośnie mówią o tym, jak postrzegają państwo, to uzasadnienia i motywy nimi kierujące są dość zróżnicowane. Niechęć wobec instytucji państwowych to barwna, chaotyczna paleta klasowych kolorów, a nie spójna deklaracja z długą listą podpisów.

Przez ostatnich parę lat uczestniczyłem w kilku badaniach socjologicznych – analizowałem drogi zawodowe wielkich przedsiębiorców, klasowe zróżnicowanie stylów pracy, bariery i mechanizmy wsparcia małych przedsiębiorstw, kulturę lokalną Białowieży czy funkcjonowanie ośrodków pomocy społecznej na Śląsku. Zapiski o podejściu spotykanych ludzi do różnych obszarów działania państwa, które przy tych okazjach udało mi się zebrać, nie zastąpią oczywiście poważnych badań jakościowych. Mam jednak nadzieję, że kilka przedstawionych przeze mnie historii z życia polskiej klasy wyższej, średniej i niższej przynajmniej trochę urozmaici dość bezbarwny krajobraz, który wyłania się z narodowej opowieści o słabym państwie.

Przerzucić balast

„Gdy mam podjąć jakąś decyzję biznesową, biorę dane z całego kwartału i najpierw je crossuję, a później rozmawiam z ludźmi. Gdy otrzymuję wyniki, rezultat się zgadza. Natomiast przewidzenie jakiejś decyzji politycznej jest dla mnie jak rozwiązywanie krzyżówki” – puentuje swoją tyradę przeciwko polityce i państwu Ryszard, przedsiębiorca z branży motoryzacyjnej. Od półtorej godziny rozmawiamy w jego wystawnie urządzonym gabinecie o tym, jak z przemytnika i bazarowego prywaciarza zmienił się w jedną z ikon sukcesu reform Wilczka i Balcerowicza. Ryszard obecnie zatrudnia co najmniej półtora tysiąca pracowników, a filie jego firmy od lat z powodzeniem rywalizują w całej Europie z gigantami branży. Zamiast „typowej” – zdawałoby się – opowieści o sobie jako samodzielnym „człowieku sukcesu” woli opowiedzieć historię o walce i budowaniu własnej niezależności oraz podmiotowości. Niby w Polsce, ale raczej mimo i przeciw państwu.

Ryszard urodził się w podwarszawskiej rodzinie, którą określa jako „urzędniczą”. Rodzice chcieli, żeby zachowywał się porządnie i został prawnikiem, „bo to dobry zawód”. Straszyli, że inaczej „skończy jak te lumpy”. Sam Ryszard szkoły jednak nie lubił – często wagarował, był „ostatni w klasie, ale pierwszy w biciu”, a z przedmiotów interesował się głównie wuefem. Studiował filozofię, po której – jak wspomina – „co prawda nic nie umiał robić, ale poznał bardzo ciekawych ludzi”. Zmuszony przez „brak fachu” do kombinowania, w latach 70. często jeździł na saksy. Przyzwyczaił się do posiadania dużych pieniędzy, pomyślał o założeniu biznesu.

Na drodze do realizacji marzeń stanęło mu wtedy państwo i obowiązujące w PRL restrykcje. „Tak partia ustanowiła, żebyś nie był kapitalistą, tylko żebyś żył z pracy własnej”. Ryszard chciał zostać kapitalistą. Szybko zorientował się, że handel samochodami i częściami do samochodów to jeden z obszarów, w którym państwa jest trochę mniej – zaczął zatem przemycać je przez granicę. Wykorzystywał do tego między innymi himalajskie ekspedycje wspinaczkowe, organizowane przez znajomych. Dzięki dobrym układom w świecie działaczy sportowych udało mu się nawet dostać paszport w czasach stanu wojennego. Zyskał wielką przewagę nad konkurencją, „bo w stanie wojennym to już była, używając brzydkiego słowa, pełna chujnia”. Działalności politycznej unikał, „bo między robieniem na lewo i byciem w opozycji musiałaby wystąpić kolizja”. Czy Ryszard czuł wyrzuty sumienia w związku z prowadzeniem regularnego przemytu, wręczaniem łapówek i omijaniem przepisów PRL? Wręcz przeciwnie: „Handel był nielegalny. Tak, to był przemyt. Państwo na to nie pozwalało, ale to było potrzebne, nie było innej drogi. Paranoją dla mnie było to, że sklep jest pusty. Że ludzie chcą jeździć samochodem, a nie mają do niego części”. Ryszard przedstawia siebie jako osobę, która omijała represyjny system, przywracając ludziom poczucie normalności – „a że chciałem sobie zarobić, to oczywiste”.

Potem nadeszła transformacja. Ryszard mógł wcześniej spróbować robić interesy na Zachodzie, ale, jak przyznaje, „tu było greenfield – a tam na pewno byłoby dużo trudniej”. Zmiany przyjął z dobrodziejstwem inwentarza: „Często zapominamy, że komuchom wiele zawdzięczamy” – mówi, mając na myśli pierwsze reformy, które umożliwiły mu założenie firmy. Początkowo konkurencję stanowiły firmy państwowe ale, jak twierdzi, „one musiały paść”, bo „brakowało właściciela”. Pojawiali się inni przedsiębiorcy w branży, ale Ryszard dzięki doświadczeniu, kontaktom i kapitałowi zdobytemu w czasach poprzedniego ustroju „praktycznie nie miał konkurencji”.

Dzisiaj Ryszard podkreśla, że zawdzięcza swój sukces „przetarciu w świecie”, zdolnościom analitycznym i „szczęściu do ludzi”. Wygrał w wielkim wyścigu. Sport zresztą bardzo ceni, uwielbia zwłaszcza rajdy samochodowe. Taka rywalizacja to zupełnie co innego niż walka o władzę: w polityce o wszystkim decydują „gierki i kruczki”, jest ona nieracjonalna i nie produkuje prawdziwych „sportowców”, którzy „chcą i potrafią wygrywać”. Takich jak Ryszard.

Państwo dla polskiej klasy wyższej jest balastem. Nie obciążeniem – balastem, jak w pełnomorskim jachcie: z jednej strony trochę jej ciąży, z drugiej jednak sprawia, że łódka się nie wywraca. Ryszard, jak wielu najbogatszych Polaków, czerpiąc z własnego doświadczenia życiowego, uznaje instytucje państwowe i całą sferę polityki za obcy obszar, źródło zagrożeń i ograniczeń rodem z PRL. Co ciekawe ci sami wielcy przedsiębiorcy wielokrotnie wykorzystywali instytucjonalnie wytworzone „okazje” do powiększania swoich fortun, korzystając na przykład z prywatyzacji zakładów państwowych w latach 90. czy handlując obligacjami rządowymi. Są mimo tego zwolennikami państwa minimalnego, państwa o ograniczonej podmiotowości, „które rozumie potrzeby biznesu”. W takim państwie wybitne jednostki, takie jak oni sami, będą odnosić wielkie sukcesy – dlatego też najbogatsi stosunkowo chętnie wspierają, jak wykazują badania, „młodych, zdolnych, z biednych rodzin”, z którymi sami się utożsamiają. Do państwa-balastu, uczestniczącego już w wielu rejsach, można mieć pewien sentyment. Wytrawni żeglarze i znawcy morza mogą nawet rozpisywać się o jego użyteczności i optymalnym kształcie. Zawsze pozostanie on jednak balastem – najlepiej niewielkim uzupełnieniem, niewidocznym w wielkiej grze, którą trzymające stery wybitne jednostki toczą z żywiołem i innymi żeglarzami.

Skazana na fantom

Julia jest nauczycielką w przedszkolu. Już w szkole twierdziła, „że zawsze chciała pracować z dziećmi”. Zdobyła więc odpowiednie wykształcenie i, po odbyciu praktyk, rozpoczęła pracę w przedszkolu. Musiała jednak zrezygnować z ulubionej pracy, bo „pierwszego dziecka nie chcieli jej przyjąć do żłobka i przedszkola przez alergie, a potem zjawiło się nagle drugie dziecko”. Mówi, że to trochę jej decyzja, trochę jej męża, a trochę nie było innej możliwości. Po kilku latach przedsiębiorstwo męża upadło, więc „jakoś musieli przetrwać i jakoś się chyba udało”. Mąż Julii został taksówkarzem, a ona wróciła do zawodu po dziewięciu latach przerwy, z czego w sumie „bardzo się cieszy”.

Podczas rozmowy Julia zachowuje sporą rezerwę, mówi, że nie chce nikomu „podpaść”. W pracy nie ma konfliktów, a nawet jeżeli są, to „przełożona jest odpowiedzialna za zakład i nic się nie da zrobić”. Na rozmowę nie ma wiele czasu – wywiad odbywa się w przedszkolu, w którym Julia pracuje, więc co chwila musi przerywać rozmowę, żeby zająć się dziećmi. Niechętnie odpowiada na trudne i mogące budzić kontrowersje pytania. Trochę otwiera się, gdy pytam ją o totolotka. Gdyby wygrała główną nagrodę, w jej życiu zaszłoby wiele zmian. Mniej by pracowała, „a na pewno mniej by było w tym wszystkim napięcia”. Jej mąż nie musiałby pracować w soboty, więc mogliby czasami jeździć w weekendy na wspólne wycieczki. Z odłożonych pieniędzy kupiliby sobie kurs języka angielskiego, na który obecnie nie mają środków, bo „wszystko zostało podporządkowane dzieciom. No, ale to na pewno będzie w przyszłości procentowało”.

Gdy spojrzymy na tę sytuację trochę z boku, okaże się, że marzenia Julii są tożsame z tym, jak żyją przedstawiciele klasy średniej w sprawnie funkcjonującym państwie. Państwie, które zapewnia dzieciom specjalistyczną opiekę, dba o podmiotowość pracowników w środowisku pracy i umożliwia rozwój osobisty. Jednak dopóki Julia nie zgarnie głównej wygranej w totka, o spełnieniu tych pragnień na razie może jedynie śnić.

Polska dla klasy średniej ma w sobie coś z fantomu, manekina wykorzystywanego na ćwiczeniach z pierwszej pomocy. Mierzymy jego kształty, wagę, zakres ruchów kończyn – niby wszystko się zgadza, ale jednak życia w nim nie ma. Na fantomowej kukle można wiele pokazać, ale trudno się w niej zakochać – a już najtrudniej uwierzyć, że kogoś uratuje. Klasa średnia w Polsce, patrząc na otaczające ją instytucje, często widzi takie fantomy – z jednej strony ceni przestrzeganie procedur, z drugiej dostrzega ograniczenia i brak sprawności poszczególnych instytucji. Gdy spytamy członka polskiej klasy średniej, jaka zmiana mogłaby mu pomóc, wskaże zazwyczaj prywatny kurs czy szkolenie, uzna swoją odpowiedzialność za sukcesy i porażki. Jest to o tyle paradoksalne, że silna biurokracja państwowa od wieków była głównym sojusznikiem klas i stanów średnich, ograniczającym wszechwładzę elit. W świecie polskiej klasy średniej – tym znanym z własnego doświadczenia, jak i tym „tłumaczonym” przez dominujące w mediach schematy – państwo to głównie granice, niczym niewypełnione bariery i przepisy, utrudniające życie codzienne. W opowieści Juli państwo właściwie nie istnieje, dlatego nie wiąże z nim ani szczególnych nadziei, ani obaw. Nie ma też czasu i ochoty interesować się działaniem jego instytucji, a tym bardziej polityką.

ilust.: Justyna Krzywicka

ilust.: Justyna Krzywicka

Nie drażnić dozorcy

„Bardzo, bardzo panu dziękuję… Proszę, żeby ten wywiad nie popsuł mi relacji z pomocą społeczną, ja tak bardzo jestem im wdzięczny” – zaklina mnie Andrzej, gdy wychodzę z jego mieszkania. Bezrobotny samotnik z małej miejscowości na Górnym Śląsku, druga grupa inwalidzka, od kilku miesięcy próbuje walczyć z alkoholizmem. Mieszka w maleńkim, jednopokojowym mieszkaniu. Ma w nim łóżko, żeliwną kozę, stolik, mały telewizor i dwa krzesła. Toaleta znajduje się na korytarzu, łazienka – w odległym o kwadrans Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Choć za oknem wiosna, z dawno nieodnawianych, pomarańczowych ścian o fakturze trądu bije głęboki chłód. Przez dwie godziny wywiadu próbuję nie myśleć, jak mój rozmówca przetrwał w tym miejscu zimę.

Nie zawsze tak było. Andrzej, z zawodu elektromonter, pracował w zakładzie, zatrudniającym wielu mieszkańców Kuźni Raciborskiej. W kilka lat po transformacji zakład upadł, Andrzej znalazł się bez pracy. Zmuszony do coraz dłuższych i trudniejszych dojazdów do miejsc, gdzie dostawał coraz gorzej płatną pracę dorywczą, tracił motywację do wysiłku i pogrążał się w alkoholizmie, który doprowadził go do życia w „melinie”, do „całkowitego, całkowitego upadku”. „Pomoc społeczna przez lata chciała mi pomóc, ale ja, głupi, odmawiałem” – dodaje smutno. Pół roku temu „coś w nim pękło” i poddał się terapii odwykowej. Z „meliny” na obrzeżach miasteczka wyniósł się do zapewnionego przez gminę mieszkania chronionego.

Andrzej często przerywa opowiadane przez siebie historie w połowie, aby wrócić do swojego najważniejszego „wyznania”. Jak upiorny refren co kwadrans powracają zdania: „Jestem alkoholikiem”, „Zniszczyłem sobie życie”, „To ja jestem wszystkiemu winien”. A obok nich niezbędne: „Pomoc społeczna nie jest niczemu winna, to wspaniali ludzie”. Andrzej obwinia się za to, że w mieście nie ma pracy, że rzadka siatka publicznego transportu nie ułatwiała mu dojazdów, że brak perspektyw pchnął go w alkoholizm. Jeżeli przez kilka lat żył na ulicy, to wyłącznie jego problem. W tym ponurym świecie dostrzega jednak wyciągniętą w swoim kierunku przyjazną rękę – jest to pomoc społeczna. Co prawda wymaga od niego zmiany stylu życia, podpisywania kontraktów, udziału w kursach i dość głęboko interweniuje w jego prawo do decydowania o sobie. Andrzej podporządkowuje się jednak tym rygorom bez reszty, bo „inaczej pewnie byłby martwy od jakiejś choroby, w rok albo szybciej”. Podobnie jak wielu klientów pomocy społecznej, nie wierzy w możliwość zmiany swojego życia na lepsze.

Dla klasy niższej państwo jest jak stary dozorca. Gdy jesteśmy z nim w dobrej komitywie, to pozamiata, nakarmi naszego kota, a czasem nawet naprawi zepsutą windę. Jak się z nim pokłócimy, będzie patrzył spode łba i wzywał policję za każdym razem, gdy będziemy przestawiać szafę. Jeśli stoi i patrzy, wnosimy flaszkę dyskretnie, przy tym jednoznacznie sugerując, że towarzysząca nam osoba jest dla nas jeżeli nie siostrą, to żoną. Podstawowym zadaniem pomocy społecznej w wielu sytuacjach staje się raczej dozór niż wyciąganie ludzi z ubóstwa. Zamiast, jak chce ustawa o pomocy społecznej, „usamodzielniać” raczej łamie i pacyfikuje. Nie mam zamiaru oceniać skuteczności intensywnych działań, jakim poddawani są klienci pomocy społecznej. Na pewno warto jednak zwrócić uwagę na ich uboczne, społeczne konsekwencje. Sytuacja spacyfikowanych klientów pomocy społecznej to oczywiście fragment – bo raczej nie czubek – góry lodowej w relacjach klasy niższej z instytucjami państwa. Niestety, posłuszeństwo to zazwyczaj trochę za mało do budowy mocnego państwa.

Jeden naród, jeden wstręt

Żaden Andrzej nie żyje w próżni. Jeżeli, jakimś czarodziejskim zrządzeniem losu, wspólnie z Ryszardem i Julią spotkaliby się pewnego dnia przy jednym stole, żeby porozmawiać o naszym państwie, to wydaje się, że mimo wielu dzielących ich różnic, mogliby łatwo uzgodnić wspólne stanowisko. Po części mogłoby ono wynikać z podobieństwa poglądów, po części z braku gotowych alternatywnych wizji, przede wszystkim jednak z niechęci i rezygnacji z oczekiwań wobec tych instytucji państwa, z którymi spotykają się na co dzień. Kompromisem, na który w Polsce codziennie godzą się jednostki o całkowicie różnym położeniu społecznym, odmiennej biografii i interesach, jest państwo minimalne czy raczej państwo fasadowe.

Takie państwo to balast dla polskiej klasy wyższej, której co prawda przeszkadzają regulacje, ale która w ostateczności potrafi je obchodzić i dostosować do swoich interesów. To także apatyczny fantom, na którego nasza klasa średnia dawno przestała zwracać uwagę, skupiając się na realizowanych we własnym zakresie sposobach na utrzymanie się na powierzchni. Państwo fasadowe jest wreszcie dozorcą niezaradnej „patologii”, sprawiając, że przedstawiciele klasy niższej nie będą się burzyć – po prostu ze strachu, że będzie gorzej.

Balast, fantom i dozorca tworzą wspólny obraz polskiego państwa, silnego dla słabych i słabego dla silnych. Obraz stabilny dzięki przewrotnemu połączeniu sprzecznych interesów i stylów życia polskiej klasy wyższej, średniej i niższej. Obecny stan rzeczy pierwsi akceptują głównie z wyrachowania, drudzy z rezygnacji, trzeci poddają się mu ze strachu. Zamiast mówić o „odwiecznym charakterze” polskiego narodu i społeczeństwa znacznie ciekawiej jest próbować odmalować ten złożony klasowy pejzaż, nawet jeżeli płynące z niego wnioski będą znacznie mniej oczywiste.

***

Imiona rozmówców zostały zmienione.