dwutygodnik internetowy
28.04.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Bajka o Janie Pawle i św. Własności

Jeśli uważacie, że najlepszym sposobem na realizowanie preferencyjnej opcji na rzecz ubogich jest preferencyjna opcja na rzecz przedsiębiorców, to wasza sprawa. Ale na litość Boską, nie mieszajcie w swój klasowy egoizm Kościoła.

Ilustr.: Rafał Kucharczuk

W kanonizacyjnym zgiełku wpadła mi w ucho wypowiedź Jarosława Gowina, przewodniczącego radykalnie wolnorynkowej partii Polska Razem:

Jeżeli przyjrzeć się […] pierwszym encyklikom Jana Pawła II, to widać, że w sprawach gospodarczych był on przez wiele lat bardziej otwarty na dialog z myślą lewicową […]. To oczywiście wiązało się z jego wrażliwością na biedę. Ale po ’89 roku, a zwłaszcza po udanych doświadczeniach przemian wolnorynkowych w Polsce, encyklika „Centesimus annus” przyniosła, moim zdaniem, istotny zwrot. […] Przyniosła ona dowartościowanie wolnego rynku, dowartościowanie swobodnej konkurencji, dowartościowanie zysku, który w katolickiej myśli społecznej bardzo często bywa traktowany podejrzliwie. Niesłusznie.

Dwa lata temu w przypływie szczerości Gowin wyznał dziennikarkom „Gazety Wyborczej”, że jest „prawicowym mastodontem”, który zatrzymał się na etapie Thatcher i Reagana. Zaliczanie samego siebie do gatunku wymarłych trąbowców, niezależnie od ich politycznej proweniencji, stanowi nie najszczęśliwszy chyba przypadek w życiu byłego redaktora naczelnego miesięcznika „Znak”, ale zostawmy to. „Nigdy nie wierzyłem w tzw. społeczną wrażliwość lewicy – mówił wówczas Gowin. – Tak naprawdę wrażliwa na biedę i nierówności jest wolnorynkowa prawica, bo tylko wolny rynek jest sprawiedliwy i otwiera przed ubogimi drogę do zamożności”. Podobne tezy nie budziły mojego entuzjazmu, ale nie budziły również gniewu, ponieważ ówczesny polityk Platformy Obywatelskiej nie próbował podpierać ich katolicką nauką społeczną.

Szczęśliwie Gowinowi wciąż daleko do księdza Jacka Stryczka, lansującego specyficzną wersję Dobrej Nowiny, na gruncie której „bycie niezaradnym jest sprzeczne z Ewangelią”, a podstawową zasadą moralności chrześcijańskiej jest ta, że „każdy powinien sam radzić sobie w życiu”. Daleko mu również do autorów zrealizowanego przez Fundację Republikańską filmu „Lewiatan”, którzy w imię siódmego przykazania, z pominięciem dokumentów katolickiej nauki społecznej, bezwstydnie chrzczą neoliberalizm (już niedługo odpowiemy im na łamach „Kontaktu”).

Mój problem z Jarosławem Gowinem polega na tym, że katolicką naukę społeczną traktuje on w sposób selektywny, koncentrując się na czytanej również w sposób selektywny encyklice „Centesimus annus” z 1991 roku. W jego wypowiedziach – dodajmy, że Gowin nie jest w tym odosobniony – „Centesimus annus” staje się jedyną społeczną encykliką Jana Pawła II, która warta jest uwagi. Encykliki wcześniejsze, podejmujące „dialog z myślą lewicową” – chodzi o „Laborem exercens” i „Sollicitudo rei socialis” – to tylko ogniwa teleologicznego procesu, zmierzającego do katolicko-społecznego „końca historii”, w którym Karol Wojtyła, zainspirowany lekturą „Ducha demokratycznego kapitalizmu” Michaela Novaka, ostatecznie rehabilituje gospodarczy (neo)liberalizm. Nie mieszczą się w tym modelu późniejsze wypowiedzi papieży na tematy społeczne – mam tu na myśli przede wszystkim encyklikę Benedykta XVI „Caritas in veritate”, której autor powraca do sformułowanego przez Jana XXIII postulatu powołania mającej zapanować nad zglobalizowaną gospodarką „światowej władzy politycznej” – pojmowane jako degradacja myśli, która osiągnęła swoją pełnię w „Centesimus annus”. W ten sposób pisał o „Caritas in veritate” np. ojciec Maciej Zięba.

Warunkowa akceptacja liberalizmu, wyrażona w „Centesimus annus”, to wyjątek nie tylko w historii katolickiej nauki społecznej, która to historia – dodajmy – wcale się nie skończyła (niecierpliwie czekamy na encyklikę Franciszka „Beati pauperes”), ale również w historii wystąpień samego Jana Pawła II. Nie zdezaktualizowała się przecież personalistyczna teologia pracy, sformułowana przez niego w „Laborem exercens” (1981), która – podejmując czytelny dialog z myślą młodego Marksa – przypomina o zasadzie pierwszeństwa pracy przed kapitałem, przestrzega przed utowarowieniem pracy i traktowaniem człowieka jako narzędzia produkcji. W tej samej encyklice możemy przeczytać o prawie własności, którego „tradycja chrześcijańska nigdy nie podtrzymywała […] jako absolutnej i nienaruszalnej zasady”, ale które „zawsze rozumiała […] w najszerszym kontekście powszechnego prawa wszystkich do korzystania z dóbr całego stworzenia”, oraz o środkach produkcji – że „jedynym prawowitym tytułem ich posiadania […] jest, ażeby służyły pracy” (nr 14). Encyklika „Sollicitudo rei socialis” (1987) podnosi z kolei problem „nierównomiernego podziału środków potrzebnych do życia, przeznaczonych z natury dla wszystkich ludzi” (nr 9), poddając krytyce prymitywną koncepcję rozwoju sprowadzonego do wymiaru ekonomicznego oraz „istnienie mechanizmów ekonomicznych, finansowych i społecznych, które, chociaż są kierowane wolą ludzi, działają w sposób jakby automatyczny, umacniają stan bogactwa jednych i ubóstwa drugich” (nr 16). Ten ostatni fragment w nader czytelny sposób odsyła do kategorii „struktur grzechu”, przejętych przez katolicką naukę społeczną wprost z teologii wyzwolenia.

Jarosław Gowin ma rację, dostrzegając w „Centesimus annus” zmianę w sposobie rozłożenia akcentów w społecznym nauczaniu Jana Pawła II. „Czy można powiedzieć, że klęska komunizmu oznacza zwycięstwo kapitalizmu jako systemu społecznego i że ku niemu winny zmierzać kraje, które podejmują dzieło przebudowy gospodarczej i społecznej?” – dopytuje papież. I sam na postawione przez siebie pytanie odpowiada, kreśląc – trudno powiedzieć, czy świadomie – najsłynniejsze zdanie swojej encykliki: „Jeśli mianem «kapitalizmu» określa się system ekonomiczny, który uznaje zasadniczą i pozytywną rolę przedsiębiorstwa, rynku, własności prywatnej i wynikającej z niej odpowiedzialności za środki produkcji oraz wolnej ludzkiej inicjatywy w dziedzinie gospodarczej”, na postawione wyżej pytanie należy z pewnością odpowiedzieć twierdząco” (nr 42). To właśnie zdanie miał zapewne na myśli Jarosław Gowin w cytowanej już wypowiedzi. Afirmując własność prywatną, nie powinien on jednak zapominać o tym, że nawet w „Centesimus annus” pozostaje ona podporządkowana zasadzie powszechnego przeznaczenia dóbr. Afirmując wolność jednostki, nie powinien przemilczać istnienia piętnowanych przez Jana Pawła II „struktur grzechu”, które tę wolność ograniczają. Wszak gdy papież pisze o strukturach grzechu, nie ma na myśli jedynie rozrośniętej biurokracji, ale również sytuacje generowane przez „system, w którym wolność gospodarcza nie jest ujęta w ramy systemu prawnego” (nr 42). Pytanie o miejsce tych zastrzeżeń w sakralizującym własność prywatną i wolność inicjatywy gospodarczej programie partii Jarosława Gowina wydaje mi się retoryczne.

Wbrew rozpowszechnionym przekonaniom, „Centesimus annus” nie była ostatnim słowem Jana Pawła II w jego dialogu z kapitalizmem. Już w 1994 roku, raptem trzy lata po ogłoszeniu encykliki, w „La Stampa” ukazał się skandalizujący wywiad z papieżem, w którym mówił on o „ziarnach prawdy” obecnych w programie socjalistycznym: trosce o sferę społeczną oraz walce z bezrobociem i ubóstwem. Kolejne trzy lata później, w roku 1997, Jan Paweł II mówił w Legnicy: „Z sytuacją bezrobocia jest związane takie podejście do pracy, w którym człowiek staje się narzędziem produkcji, zatracając w konsekwencji swoją osobową godność. W praktyce zjawisko to przybiera formę wyzysku. Często przejawia się on w takich sposobach zatrudniania, które nie tylko nie gwarantują pracownikowi żadnych praw, ale zniewalają go poczuciem tymczasowości i lękiem przed utratą pracy do tego stopnia, że jest pozbawiony wszelkiej wolności w podejmowaniu decyzji. Wielokrotnie ów wyzysk przejawia się w takim ustalaniu czasu pracy, iż pozbawia się pracownika prawa do odpoczynku i troski o duchowe życie rodziny. Często też wiąże się z niesprawiedliwym wynagrodzeniem, zaniedbaniami w dziedzinie ubezpieczeń i opieki zdrowotnej”. Powyższą wypowiedź dedykuję wszystkim chrześcijanom skłonnym do czynienia z Jana Pawła II proroka Thatcherowsko-Reaganowskiego neoliberalizmu, który – jako system generujący niesprawiedliwe struktury, lansujący fałszywą wizję człowieka i absolutyzujący prawa rynku – z imienia potępi papież w adhortacji „Ecclesia in America” w roku 1999. Jeśli uważacie, że najlepszym sposobem na realizowanie preferencyjnej opcji na rzecz ubogich jest preferencyjna opcja na rzecz przedsiębiorców (choćby nie mieli lekko), to wasza sprawa. Ale na litość Boską, nie mieszajcie w swój klasowy egoizm Kościoła.

  • p

    “(…) na litość Boską, nie mieszajcie w swój klasowy egoizm Kościoła.” – przyznać należy, że tupet autor ma, aby chrzcić lewicowego “bękarta”! Gwoli ścisłości – za bękarta uważam tutaj socjalizm/komunizm, który, skądinąd słuszny postulat tworzenia wspólnego dobra oraz uniwersalizmu etycznego, przywyłaszczył i mocno skorumpował.
    Jeżeli lata biedy, której socjalizm w żadnej formie na trwałe nie zlikwidował, a wręcz pogorszył, niczego nie nauczyły “wrażliwych lewicowców”, to doprawdy nie wiem, co może was nauczyć, że wasza droga wiedzie do nikąd. I uznaję to doprawdy za ironię, że lewica, która przecież wyrosła na hasłach krytykujących klasy próżniacze, w tym duchowieństwo, tak nagle pochyla się nad tym, co pisze papież – przypomnę, że on nadal żyje na koszt innych, więc może kogoś innego spytamy o skuteczne sposoby walki z biedą.

    • http://www.wethecrowd.pl/ Marcin Giełzak

      Socjalizm i komunizm są ustrojami tak krańcowo odmiennymi, że oddzielanie ich ukośnikiem uważam za poważne nadużycie. Nie wymaga ani wielkiej wiedzy, ani znaczącej pracy ustalić czym się różni Willy Brandt od Stalina albo Kazimierz Pużak od Jacka Różańskiego.
      Odnośnie “nagłego” pochylania się lewicy na religią… już u zarania socjalizmu, tak polskiego, jak i europejskiego, nie było innego socjalizmu niż chrześcijański. Taki był socjalizm Gromad Ludu Polskiego, labourzystów Keira Hardiego, lewej flanki ruchu o prawo obywatelskie w Stanach Zjednocznych z pastorem Kingiem na czele.
      Z czasem lewica, jak większość formacji politycznych, w znacznej mierze się zsekularyzowała – choć jak widać na przykładzie “Kontaktu”, zdarzają się wyjątki od tej reguły.

      • Piotr Popiołek

        Warto też przypomnieć, że o socjalizmie nie-materialistycznym i religijnym pisał już Stanisław Wyszyński w czasach przedwojennych jako pozytywnym zjawisku. Dzisiaj tzw. “błękitny socjalizm”, jako autentycznie chrześcijański proponuje John Milbank z radykalnej ortodoksji, jako jedyną możliwą alternatywę dla “pogańskiego kapitalizmu” (to jest akurat termin Wyszyńskiego). I żadnego z nich jednak nie można nazwać komunistą…

  • http://wojtek.tk/ wmq

    “Thatcherowsko-Reaganowskiego neoliberalizmu, który – jako system generujący niesprawiedliwe struktury” – wypadałoby to uzasadnić empirycznie. Że biedni zbiednieli za Thatcher, zamiast się bogacić. Katolikiem nie powinna kierować zazdrość. Sytuacja w której wszyscy bogacą się bardzo wolno lub biednieją jest obiektywnie gorsza niż ta, w której część bogaci się wolniej, a część szybciej – ale wszyscy doświadczają większego wzrostu dobrobytu.