dwutygodnik internetowy
12.03.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Bagaż niepokoju

W rozmowach przeprowadzanych z dużym osobistym zaangażowaniem przez Mikołaja Grynberga widać wiele odcieni Marca ’68, o którym pamięć nieustająco i z dużą siłą żyje w bohaterach oraz bohaterkach „Księgi wyjścia” – powinna także w znacznie większym stopniu towarzyszyć polskiemu społeczeństwu.

ilustr.: @marjacielecka

ilustr.: @marjacielecka

Zgodnie z charakterystyczną tendencją panującą obecnie w polityce historycznej naszego kraju właściwym trybem rozmawiania (lub siłowego kończenia rozmów) o historii jest dekretowanie jedynej, stabilnej prawdy o minionych zdarzeniach. Z pojedynczych obwieszczeń splata się niepodważalną narrację, która imponować ma swoim potężnym brzmieniem zagłuszającym wszelkie echa sprzeczności. W ten zaś sposób powstaje monolit pozbawionego skazy wielkiego nacjonalistycznego dyskursu. Chętnie stosowana technika jego tworzenia opiera się na retorycznym efekcie skali makro, który pozwala premierowi Mateuszowi Morawieckiemu na mówienie o dziesiątkach milionów Sprawiedliwych Polaków w trakcie II wojny światowej czy na odgórne i arbitralne negowanie jakiejkolwiek decyzyjności obywateli polskich w odniesieniu do wydarzeń, które miały miejsce w marcu roku 1968 i następujących po nim miesiącach – państwo polskie, zdaniem premiera, wówczas wtedy po prostu nie istniało. Te radykalne, grubo ciosane i siermiężne argumenty posiadają odpowiednią moc i utwierdzane są za pomocą ustaw czy uchwał, które mają na celu tyleż cementowanie pewnych wizji narodowych form, co skuteczne zacementowanie szczelin, w których miejsce mógłby potencjalnie mieć prawdziwy dialog pozbawiony bardzo konkretnej wstępnej, a zarazem ostatecznej, tezy.

Obecna strategia narodowego „dziejopisarstwa” (a posługuję się tu słowem tak archaicznym jak struktura tego, co za jego pomocą chcę uchwycić) polega ponoć na przejściu od „pedagogiki wstydu” do „pedagogiki dumy”, zaś w swojej istocie ma efekt propagandowego ujednolicenia, które pozwala na populistyczną regulację historycznej świadomości, faworyzującą zawsze to, co okazałe i wzniosłe, spychając na margines pojedynczy głos wypowiadający swoje małe, intymne doświadczenie historycznego uczestnictwa. Mniejszościowe mikronarracje muszą ulec wykluczeniu – nie można przecież poświęcić im zbyt wiele czasu w pośpiesznym dziele rozplątywania skomplikowanych węzłów historii tak, aby mogły one służyć jako dowód w wielkiej kampanii permanentnego dziejowego sukcesu Polski, Polaków i polskości.

Mówię o tym świadomie i z całkowitą powagą – ten styl konstruowania polityki historycznej nie jest jedynie przestrzały, nie jest jedynie infantylny, ale jest także po prostu niebezpieczny i to przynajmniej z dwóch względów: po pierwsze dlatego, że jego mityzujące zapędy bardzo sprzyjają pielęgnacji zbiorowej nie-pamięci (to pojęcie stosowane przez Jana Tomasza Grossa i Michała Bilewicza), po drugie zaś stwarza on dogodne warunki do otwarcia puszki Pandory, która kryje w sobie najupiorniejsze z afektów, z resentymentem na czele. Groźba dziecięcego oczarowania potęgą hegemonicznych gestów kształtowania pamięci jest poważna i dojmująca, choć na razie  j e s z c z e  głównie jako zapowiedź, która uruchamia jednocześnie nieuniknione skojarzenia dochodzące do nas z przeszłości.

Okrągła rocznica Marca 1968, której obchody mają tak specyficzny przebieg, stanowi wyzwanie oraz wezwanie do innego myślenia o historii; musi ono w szczególności pochylać się nad skomplikowanymi jednostkowymi losami, do których możemy mieć dostęp za sprawą świadectwa pokonującego opór zapomnienia. Taką właśnie możliwość stwarza nowa książka Mikołaja Grynberga, zatytułowana „Księga wyjścia”. Ten zbiór wywiadów można traktować jako fascynującą różnobarwną mozaikę, która pozwala nam spojrzeć na Marzec oraz jego przyczyny i skutki w sposób bardziej refleksyjny i rozważny, bez populistycznego hurraoptymizmu.

 

ilustr.: @marjacielecka

ilustr.: @marjacielecka

Rozmowy prowadzone przez Grynberga mają złożoną poetykę, a ich uczestnicy i uczestniczki podchodzą do nich ze skrajnie różnym nastawieniem. Można odnieść wrażenie, że w części przypadków konkretne wypowiedzi składają się na rodzaj terapeutycznej autoanalizy, która pozwala na zmierzenie się z emocjami oraz traumami przez lata skrzętnie chowanymi przed samym sobą; część wywiadów brzmi z kolei przede wszystkim jak otwarty akt oskarżenia przeciwko PRL-owi czasów Gomułki. Należy jednak zauważyć, że nie chodzi wyłącznie o aparat państwowy, ale także o tę część ówczesnego polskiego społeczeństwa, która uczestniczyła (często bardzo ochoczo) w nagonce na osoby pochodzenia żydowskiego – obejmowało to zwolnienia z pracy, szykany w szkołach i na studiach oraz akty fizycznej lub psychicznej przemocy. Wiele z tych osób nie wyobraża sobie powrotu do kraju, który zabrał im tak wiele. Jak można się domyślać, odpowiedzi na pojawiające się w każdej rozmowie pytanie „Co zabrał ci Marzec?” rzadko kiedy dotyczą strat materialnych (a przecież i one były ogromne), częściej zaś odnoszą się do utraty rodziny, ukochanej osoby lub – w szerszej skali – poczucia przynależności do narodu, które dla wielu z tych ludzi stanowiło wielką wartość. „Napisałeś książkę «Oskarżam Auschwitz», a ja oskarżam Marzec o zabranie mi młodości i pamięci” – mówi jeden z założycieli Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN Piotr Wiślicki; pod jego słowami z pewnością podpisałoby się wielu bohaterów i wiele bohaterek tego zbioru.

Rozmowa z Wiślickim należy chyba do najciekawszych w „Księdze wyjścia” właśnie ze względu na wyraźnie obecny w niej problem zaburzonej pamięci, wyparcia zdarzeń i niemożności opowiedzenia o swoich doświadczeniach w spójnej formie. Wielka trauma, jaką był dla niego Marzec, sprawia, że „z tamtego okresu pamięta tylko wielki strach” i czasem tylko nawiedzają go „flashbacki”. Wierzy on jednak w możliwość odzyskania wspomnień i uwiecznienie ich w języku – mógłby w ten sposób, jak zauważa, zrozumieć siebie lepiej.

Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że nie wszyscy rozmówcy Grynberga postrzegają marcowy exodus jako zdarzenie kładące się cieniem na całym im życiu; nawet jeżeli wiązało się ono z lękiem, utratą i ogromnymi niedogodnościami, to niewielka iskra nadziei kazała im wierzyć, że po czasie tułaczki znajdą miejsce, w którym będą mogli być szczęśliwsi niż w przesyconej antysemityzmem ponurej Polsce lat 60. Kilkukrotnie pojawia się ironiczny postulat wystawienia pomnika generałowi Moczarowi, a chyba najbardziej radykalnie wypowiada się Naum Norman: „Nie lubię słuchać opowieści o marcowych krzywdach. Tak, to była tragedia, ale na jaką skalę? […] Większość z was [Żydów i Polaków pochodzenia żydowskiego – A.Z.] dostała wtedy szansę na ciekawe życie”.

Wydaje się, że pomarcowe losy wypędzonych zależały w dużej mierze od ich umiejętności i chęci asymilacji, czy też, mówiąc nieco łagodniej, zadomowienia się w danym miejscu – a chodzi tu głównie o Szwecję, Danię, Stany Zjednoczone i Izrael. W pierwszych dniach dużą pomocą służyła państwowa administracja i ogólnoświatowa Agencja Żydowska na Rzecz Izraela, czyli Sochnut, później jednak każda osoba musiała od zera ułożyć sobie „ciekawe życie” w nowej rzeczywistości. W tym aspekcie doświadczenia rozmówców i rozmówczyń Grynberga są bardzo różne – dla Dawida Guterbauma „Dania jest […] macochą” w przeciwieństwie do Haliny i Leona Marymontów, którzy jednoznacznie poczuwają się do bycia Izraelczykami, z kolei spora grupa osób po utraceniu obywatelstwa polskiego stała się bezpaństwowcami nie tylko de iure, ale również w sensie tożsamościowym.

Refleksja nad przynależnością narodową lub jej brakiem interesuje Grynberga na równi z zagadnieniem identyfikacji religijnej – takie podwójne znaczenie ma bowiem często zadawane przez niego pytanie: „czy teraz jesteś bardziej żydowski, żydowska niż przed wyjazdem z Polski?”. Ten aspekt marcowych doświadczeń jest bardzo interesujący także dlatego, że znaczna część rodzin żydowskich funkcjonowała bez religii lub z jej namiastkami, zaś najważniejsza organizacja zrzeszająca Żydów, Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów, była organizacją świecką. Jak w „Księdze wyjścia” wskazują jednak niektórzy, Marzec w pewnym sensie „robił z nich Żydów” (to słowa Wiślickiego), zmuszał także do przemyślenia ich relacji z kulturą żydowską oraz judaizmem. Pasjonująco opowiada o tym w szczególności Zofia Braun, która odnalazła się w religii dopiero po przyjeździe do Izraela.

***

Obecny już w tytule książki exodus to jednocześnie konkretne zdarzenie i bardzo ważna figura doświadczenia żydowskiego – jest ona, jak udowadnia w swoich licznych tekstach filozofka Agata Bielik-Robson, zarówno figurą związaną oczywiście z niepokojem wobec tego, co nieznane, i z traumatyczną koniecznością pozostawienia swojego dotychczasowego życia, jak i nasyconą radykalną nadzieją na nowe, kwitnące życie z dala od kraju, który w ostatecznym rozrachunku okazał się krajem oprawców.

Postaci, które spotykamy na kartach Grynbergowskiej księgi marcowego wyjścia, przeżyły swój exodus (lub jedynie exodus wewnętrzny – dotyczy to tych, którzy w końcu Polski nie opuścili, tak jak rodzina samego autora) w sposób bardzo różny. Wprawdzie ludzi tych łączyły niektóre związane z nim miejsca i okoliczności – wizyta w ambasadzie holenderskiej czy ponure, druzgoczące pożegnanie z najbliższymi na warszawskim Dworcu Gdańskim – jednak podczas gdy niektórzy z miejsca rozpakowali swoje walizki i rozpoczęli nowe życie grubą kreską odgraniczone od wcześniej doznanych krzywd, to inni wciąż w głębi duszy nie zakończyli tułaczki. Bagaż niepokoju – niezbywalny, jak mówi Krystyna Borowicz, element bycia Żydem – będzie ciążył im przez całe życie.

***

Mikołaj Grynberg, „Księga wyjścia”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Obsesja niewinności – 17 lat później

Tożsamość oparta na lękach. Zapis debaty

Tokarska-Bakir i Pawilno-Pacewicz: Stworzyć sobie Żyda