dwutygodnik internetowy
26.10.2015
magazyn papierowy


Architektura biedy

W Rio de Janeiro, najsłynniejszym mieście Brazylii, w fawelach mieszka dziś 1,5 miliona ludzi. Inaczej niż w większości miast kontynentu, wiele tamtejszych dzielnic nędzy zlokalizowanych jest w samym centrum miasta. Strome wzgórza porośnięte resztkami „Mata Atlântica”, dżungli, która pokrywała cały teren przed przybyciem Portugalczyków, były zamieszkane przez biedotę od końca XIX wieku, kiedy po wojnie o Canudos żołnierze wrócili do Rio i, pozbawieni środków do życia, osiedlali się na wzgórzach otaczających miasto.

12180722_1241100275915378_104683533_o

ilustr.: Marta Basak

Pudrując fawele. Urbanistyczne strategie i recepty na miejską biedę w metropoliach Ameryki Południowej

Przygotowania do przyszłorocznych Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro idą pełną parą. Buduje się stadiony, powstają nowe hotele, władze trzymają kciuki, aby infrastruktura wytrzymała przyjazd setek tysięcy gości. Poza oczywistymi trudnościami związanymi z organizacją gigantycznej imprezy brazylijski rząd musi znaleźć rozwiązanie jeszcze innego problemu: faweli, setek dzielnic biedy, które wyrastają na każdym wolnym skrawku ziemi w mieście. Eksmisje, policyjne pacyfikacje i mgliste plany urbanizacji slumsów mają przekonać świat, że w Rio żyje się coraz lepiej.

Takie działania to kolejna próba walki z miejskim ubóstwem w Ameryce Łacińskiej. Nieformalne, odizolowane od tradycyjnego miasta osiedla biedy stanowią problem, który w różnej skali dotyka metropolie regionu. Mimo to większość oficjalnych strategii to w dużej mierze powierzchowne próby tuszowania ubóstwa, a nie przemyślane, długofalowe działania, które realnie zmniejszyłyby dychotomię latynoskich metropolii.

500 lat podziałów

Ameryka Łacińska to najbardziej zurbanizowany region na świecie: obecnie w miastach mieszka około 80 procent populacji kontynentu. Szacuje się, że do 2050 roku 9 na 10 Latynosów przeprowadzi się do miast. Rekordy padają także we wskaźnikach nierówności społecznej. Ogromne liczby tych najbiedniejszych mieszkają więc w ciągle rosnących metropoliach kontynentu.

Przez dwieście lat od przybycia Kolumba do Ameryki na terenach hiszpańskich i portugalskich kolonii powstało 440 nowych miast. Proces intensywnej urbanizacji, poza oczywistymi względami logistycznymi, był też symbolicznym nałożeniem nowej formalnej struktury na dziewiczym terytorium kolonii. Zgodnie z królewskimi rozkazami nowe miasta miały być tworzone na planie regularnej siatki ulic. Z tej przejrzystej struktury wyłączona była miejscowa ludność, już wtedy stanowiąc przeciwwagę dla regularnego porządku. Był to symboliczny początek podziału na ład oficjalnej urbanistycznej struktury i „nieformalność” peryferii, zamieszkanych przez niższe warstwy nowego społeczeństwa.

XX wiek przyniósł wielkie zmiany w latynoskich metropoliach. Gwałtowny rozwój przemysłu w latach 40., przy jednoczesnym osłabieniu rolnictwa, zaowocował falą migracji ze wsi do miast. Efektem były barriadas, favelas, pueblos jóvenes i vilas miseria – mimo różnych nazw dość podobne: ogromne nieformalne osiedla na peryferiach. Nadszedł czas na konkretne rozwiązania.

„Społeczności globalnego Południa wskoczyły bezpośrednio w epokę miejską, z jej bagażem rosnących obszarów ubóstwa i wykluczenia”, piszą Alfredo Brillembourg i Hubert Klumpner, założyciele Urban-Think Tank, który bada architekturę latynoskich miast. Gwałtowne tempo przemian urbanistycznej struktury nie szło w parze z rozwojem zaplecza socjalnego.

Wobec problemu masowych migracji i rosnącego ubóstwa władze wybierały najczęściej wielkoskalowe strategie, które miały służyć raczej politycznemu wizerunkowi, niż ulepszyć standardy życia. Rozwiązania opierały się na celowym przeniesieniu ubogich z dala od rdzenia miasta lub na włączeniu ich w istniejący system społeczny, co miało być wystarczającym impulsem do pozytywnych zmian.

Niech się stanie niewidzialne

W Rio de Janeiro, najsłynniejszym mieście Brazylii, w fawelach mieszka dziś 1,5 miliona ludzi. Inaczej niż w większości miast kontynentu wiele tamtejszych dzielnic nędzy zlokalizowanych jest w samym centrum miasta. Strome wzgórza porośnięte resztkami „Mata Atlântica”, dżungli, która pokrywała cały teren przed przybyciem Portugalczyków, były zamieszkane przez biedotę od końca XIX wieku, kiedy po wojnie o Canudos żołnierze wrócili do Rio i, pozbawieni środków do życia, osiedlali się na wzgórzach otaczających miasto.

Rosnące dzielnice wykluczenia szybko okazały się problemem dla władz. W latach 30. określono fawele jako „aberrację”. Niedługo potem zaczęto tworzyć przejściowe obozy, tak zwane Prowizoryczne Parki Proletariackie, gdzie mieli przebywać mieszkańcy faweli, podczas gdy budowano dla nich „satysfakcjonujące” kwatery na obrzeżach miasta. W latach 60. rozpoczęto masowe działania mające na celu likwidację wszystkich slumsów na terenie miasta. Do 1970 roku niemal 176 tysięcy mieszkańców osiemdziesięciu ubogich osiedli zostało eksmitowanych.

Cidade de Deus, dzielnica przedstawiona w książce i filmie „Miasto Boga”, była największym z tworzonych wtedy przez władze osiedli, gdzie w latach 60. przesiedlono mieszkańców miejskich faweli. Mimo że koncepcja osiedli zakładała modernizację brazylijskiego proletariatu, projekt okazał się fiaskiem. Mieszkańców, dotychczas żyjących w centrum miasta, przeniesiono na peryferie. Izolację pogłębiała słaba komunikacja publiczna, która utrudniała dojazd do pracy w centralnych dzielnicach Rio. W rezultacie w Cidade de Deus rosła przestępczość i handel narkotykami. Bieda i wynikające z niej problemy społeczne odrodziły się niemal natychmiast, obnażając bezsens rządowych strategii. Jedyną różnicą była lokalizacja z dala od centrum miasta i jego pięknych plaż.

Superbloki = superproblem

Lepszym z pozoru, choć wymagającym większej ingerencji w urbanistyczne struktury rozwiązaniem była integracja ubogich mieszkańców w istniejącą już tkankę miejską. Rządy młodych latynoskich państw, dążące do statusu „nowoczesnych” i postępowych, z entuzjazmem przejęły modernistyczne koncepcje samowystarczalnych, monumentalnych projektów.

Polityka urbanistyczna władz Caracas z lat 40. i 50. zakładała zniknięcie wszystkich dzielnic biedy – ich istnienie zadawało kłam wizerunkowi Wenezueli jako doskonale szczęśliwego i dostatniego kraju. Należało jednak zapewnić warunki mieszkaniowe ubogim, najlepiej – minimalnym kosztem.

Pierwszym wielkoskalowym projektem w Caracas był kompleks El Silencio z lat 40. Oczyszczenie osiedla z dotychczasowej chaotycznej zabudowy zapoczątkował sam prezydent, który triumfalnie pozował do zdjęć z kilofem w dłoniach.

El Silencio szybko okazało się niewystarczające dla rosnącej masy ubogich, dlatego dekadę później rozpoczęto budowę osiedla 2 de Diciembre (obecnie znane jako 23 de Enero). 85 wielopiętrowych „superbloków” miało być symbolem przemiany Caracas w nowoczesną stolicę, a nie prawdziwym remedium w walce z rozrastającymi się na peryferiach slumsami. Dużą część mieszkańców stanowili przybysze ze wsi, którzy starali się żyć w nowym miejscu tak, jak dawniej. W blokach szybko pogarszały się warunki życia. Tysiące nowoprzybyłych osiedlało się na wolnych działkach wokół „superbloków”. Dzielnica przekształciła się w slumsy niedługo po tym, kiedy buldożery zburzyły dawne osiedla biedoty. Pozorna absorpcja ubogich grup w tkankę miasta, zamiast walczyć z wykluczeniem, nadała tylko nowe wymiary dawnym podziałom i ograniczeniom.

Dziś gigantyczne budowle stoją w morzu domków zamieszkanych przez biedotę, a sam rejon uważa się za jeden z bardziej niebezpiecznych w całym mieście.

Strategia zapomnienia

Zgodnie z konstytucyjnym postanowieniem z 1946 roku Brazylia – jako kraj przyszłości – miała dostać nową, odpowiednią stolicę. Brasília miała powstać w geograficznym centrum kraju, ex nihilo, na dziewiczych terenach interioru. Miała być realizacją Corbusierowskich idei na największą skalę, miastem nowoczesnym, pozbawionym slumsów i kolonialnego bagażu. Mimo to nie udało się tam uniknąć problemów wspólnych dla wszystkich metropolii kontynentu.

Schemat miasta pozbawionego biedy miał rozprzestrzenić się na cały kraj. Nie można było więc przyznać, że potrzebne są mieszkania także dla uboższej części społeczeństwa. Mimo to peryferyjne, nieformalne osiedla powstały w Brasílii jeszcze przed jej oficjalną inauguracją. Już na początku lat 60. większa część populacji miasta mieszkała w fawelach na obrzeżach nowej stolicy.

Budowa miasta od podstaw wymagała znacznej migracji robotników. Nadzieje rządu, że kiedy prace się skończą, przybysze wrócą do swoich miast i wsi, okazały się płonne. Większość budowniczych, często pochodzących z najbiedniejszych regionów kraju, została w Brasílii, zasilając szeregi służących, portierów i ogrodników nowej stolicy.

Obecnie, ponad pół wieku od uroczystej inauguracji, Brasílię szczelnie otacza pas osiedli biedy. Tylko 10 procent mieszkańców żyje w pierwotnych granicach miasta, reszta zamieszkuje peryferyjne fawele i miasteczka–satelity.

Oczy zwrócone na slums

Przekonanie, że tuszowanie problemu miejskiej biedy nie przynosi rezultatów, zdobywa w ostatnich latach coraz większą popularność. Mimo że wielu rządzących najchętniej po prostu starłoby fawele z miejskich map, latynoskie metropolie nieśmiało testują inne taktyki. Zamiast ukrywania problemu zaczyna się promowanie zaangażowania w ulepszanie wspólnej przestrzeni i umacnianie integracji z formalnymi strukturami miejskimi.

W 2004 roku w kolumbijskim Medellín uruchomiono kolejkę linową, która łączy fawelę Santo Domingo z resztą miasta. Przy górnej stacji, w sercu ubogiej dzielnicy, stoi Parque Biblioteca España, która stała się ważnym centrum kulturalnym i edukacyjnym. Niezwykła bryła, nagradzana w konkursach architektonicznych, przyciąga spojrzenia, symbolicznie podkreślając istnienie ubogiej dzielnicy.

Jaime Lerner, architekt i trzykrotny major brazylijskiej Curitiby, promuje natomiast filozofię „miejskiej akupunktury”: projektów na niewielką skalę, które wyzwalają lokalną energię, w przeciwieństwie do „chirurgicznych”, inwazyjnych interwencji modernistycznych wizjonerów. Przykładem takich inicjatyw jest program Favela-Bairro, który działał w Rio de Janeiro od lat 90. i był elastyczną odpowiedzią na warunki życia w dzielnicach biedy. Impulsem okazał się oficjalny plan rozwoju Rio, który zakładał integrację faweli z tkanką miejską, przy zachowaniu ich lokalnego charakteru. Zniknęło, przynajmniej w oficjalnym dyskursie, dawne przekonanie, że fawele to aberracja. Każde przedsięwzięcie miało być poprzedzone konsultacjami społecznymi. Bo, jak powiedział peruwiański ekonomista Hernando de Soto: „należy pytać ludzi o to, czego chcą. Nigdy nie jest to dokładnie to, co chcielibyśmy, żeby mieli”.