dwutygodnik internetowy
17.11.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Arat: To twoje prawo, człowieku

Rządy nie uznają praw socjalnych i ekonomicznych za prawa, lecz za „aspiracje”. Organizacje zajmujące się prawami człowieka nie będą nigdy naciskać na korporacje, ponieważ te pozostają w bliskich relacjach z państwami. A korporacje blokują działania, które sprzeciwiałyby się ich interesom.

Ilustr: Antek Sieczkowski

Każdy musi mieć świadomość tego, że prawa człowieka są również jego prawami, a gdy apeluje o te prawa dla siebie, występuje również w imieniu innych. Te same standardy powinny obowiązywać zarówno tutaj, w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych, w Pakistanie czy w Bangladeszu.

Z Zehrą F. Kabasakal Arat rozmawia Mateusz Luft.

 

Wiosną 2013 roku w Bangladeszu zawalił się dach fabryki odzieżowej. Katastrofa budowlana, w której zginęło ponad tysiąc osób, poruszyła europejską opinię publiczną. Zaczęliśmy dyskutować o tym, w jakich warunkach pracują robotnicy, którzy wytwarzają nasze ubrania w krajach tzw. Trzeciego Świata. Czy to wydarzenie wywołało porównywalną reakcję w USA?

Tak, byliśmy świadkami podobnej dyskusji. Ale oburzenie równie szybko wybucha, gdy wydarza się jakaś katastrofa, co się kończy, gdy media przestają się tą katastrofą zajmować. Mamy do czynienia z mobilizacją i protestami wokół konkretnej sprawy. Choć w USA istnieje oczywiście pewna grupa ludzi, takich jak lewicowi intelektualiści czy studenci, którzy są na tym punkcie bardzo wrażliwi.

Konsumenci mogą intencjonalnie wpływać na biznes. Niestety, potrzebujemy znacznie bardziej ustrukturyzowanej i stałej mobilizacji. Przecież nie chodzi tylko o Bangladesz. Podobne rzeczy dzieją się w Nigerii, w Pakistanie itp. Zasadne jest postawienie szerszych pytań: W jakim stopniu to biznes jest za to odpowiedzialny i jak mógłby być pociągany do odpowiedzialności? Które z zasad wpisanych na listę praw człowieka powinny zostać uznane za powszechne?

 

Czy to znaczy, że prawa człowieka nie są dla każdego?

Zacznijmy od początku. Na gruncie najbardziej rozpowszechnionego, liberalnego podejścia, prawa człowieka są prawami obywatela wobec państwa. Rządy powinny gwarantować bezpieczeństwo swoich obywateli i nie łamać w stosunku do nich pewnych zasad. Jest to jednak wizja bardzo minimalistyczna. Zwolennicy podejścia liberalnego zapominają bowiem o tym, że prawa człowieka mogą być łamane nie tylko przez państwa, ale również przez korporacje. Często dochodzi przecież do konfliktu pomiędzy dążeniem do maksymalizacji zysku a realizacją idei praw człowieka. Obecnie dyskutuje się wręcz o tym, czy idea ta daje się w ogóle pogodzić z kapitalizmem, a jeśli tak, to z jakim. Zadaje się również pytania o rodzaj regulacji, który powinien zostać wdrożony. Odpowiedzi na te pytania udzielają organizacje zajmujące się obroną praw człowieka, które same są uwikłane w bliskie relacje z biznesem. Są fundowane przez korporacje lub finansowane przez okołokorporacyjne fundacje.

 

Wróćmy do katastrofy w Bangladeszu. Czy kontrola sprawowana przez lokalny rząd wystarczyłaby do tego, aby skutecznie chronić prawa człowieka? Czy międzynarodowe organizacje i państwa mają wystarczającą siłę przebicia, by zmusić taki rząd do przestrzegania pewnych standardów?

W tym właśnie tkwi jeden z problemów dotyczących międzynarodowych praw człowieka. W praktyce państwa nie egzekwują swojej kontroli nad sobą nawzajem. Nazywamy to miękkim prawem (soft law). Nie istnieją silne mechanizmy, które wzmacniałyby dobre postawy. Gdyby istniała prosta konsekwencja, że za niewprowadzenie w życie przepisów traktatu ONZ dane państwo mogłoby zostać ukarane jakiegoś rodzaju sankcją, na przykład utratą członkostwa w organizacjach międzynarodowych, byłby to mechanizm silny. Niestety, w praktyce nic takiego nie funkcjonuje.

Tym, co udaje się robić, jest nazywanie po imieniu i piętnowanie tych państw. Czyli powiedzenie: „Spójrzcie na ten rząd, który nie realizuje postanowień. Niechlubni liderzy naruszający prawa człowieka powinni się wstydzić”. Tak samo dzieje się z korporacjami. Tyle że praktyka piętnowania jest nieskuteczna w przypadku państw tzw. Trzeciego Świata. Odnosi skutek tylko wtedy, gdy dane państwo narusza prawa człowieka, ale nie czyni tego wprost – dotyczy to tortur i zniknięć wykonanych na polecenie urzędników państwowych. Co się tyczy korporacji, to w odpowiedzi na napiętnowanie podejmują działania chwilowe, aby z zewnątrz sprawić wrażenie, że sposób ich funkcjonowania się poprawił. Z chwilą, gdy przestają być przedmiotem uwagi opinii publicznej, wracają do swoich starych zwyczajów.

 

Wspomniała pani o dyskusji na temat możliwości pogodzenia praw człowieka z kapitalizmem, która toczy się w USA w kręgach lewicowych intelektualistów. Czy mówi się również o odpowiedzialności sektora prywatnego?

Niestety nie. Lewicowi intelektualiści dyskutują w swoim kręgu, ale nie są w kontakcie z organizacjami praw człowieka, które mogłyby zająć się walką z przyczynami problemu. Na przykład Human Rights Watch jest organizacją, która zawdzięcza swoje finansowanie pewnym bogatym ludziom związanym z sektorem finansowym i z Fundacją Rockefellera. W związku z tym HRF nie zajmuje się prawami socjalnymi i ekonomicznymi. Swoją działalność koncentruje tylko na łamaniu praw człowieka przez państwa.

 

Czy to rodzaj korupcji?

Nie nazwałabym tego „korupcją”. To akceptacja zasad, w obrębie których funkcjonuje system. Przyjęcie do wiadomości faktu, że istnieje pewnego rodzaju mozaika, która sprawia, że priorytetem stają się obywatelskie i polityczne prawa człowieka, a nie prawa ekonomiczne i socjalne.

 

To sprzeczne z założeniami! Modelowo to organizacje pozarządowe, wpływając na społeczeństwo i opinię publiczną, kontrolują państwo i korporacje, a nie odwrotnie.

W rzeczywistości organizacje pozarządowe mają niewielką władzę. Mogą tylko naciskać, a siłę czerpać z mobilizacji obywateli. Dobrze, że systematycznie monitorują kwestię ochrony praw człowieka, lecz niestety zainteresowane są tylko łamaniem tych praw przez państwa.

Ochrona praw człowieka to walka o władzę. Ludzie powinni sami domagać się respektowania swoich praw, ale tak się nie dzieje. Nikt nie mobilizuje ich do tego, by protestowali i systematycznie domagali się zmian. Ta walka nie jest tak prosta jak jednorazowe negocjowanie warunków umowy o pracę. Nie jest też tak prosta jak sprawdzenie, czy Nike lub Reebok szanuje kodeks pracy w Pakistanie lub Afganistanie.

To znacznie bardziej złożony problem. Weźmy na przykład bulwersującą pracę dzieci. Pracują, ponieważ ich rodzice stracili pracę albo zostali zatrudnieni za niską płacę, która nie pozwala na utrzymanie rodziny. A więc samo zakazywanie pracy dzieciom nie rozwiąże problemu. Aby dzieci mogły pozostać dziećmi i chodzić do szkoły, rodzice powinni otrzymywać wynagrodzenia pozwalające na utrzymanie rodziny, mieć zapewniony dostęp do służby zdrowia, zagwarantowane odpowiednie warunki pracy itd. Niestety, o tym się już nie dyskutuje, próbując za wszelką cenę zakazać pracy dzieci.

W odpowiedzi na problem pracy dzieci powstała, uznawana powszechnie za sukces, kampania Rug Mark. Twórcą kampanii jest tegoroczny laureat pokojowej nagrody Nobla. Ja jednak jestem w stosunku do niej sceptyczna. Bo co wynika z tego, że autorzy kampanii certyfikują dywany na znak, że przy ich produkcji nie wykorzystywano pracy dzieci, gdy nie zmienia to sytuacji nieletnich w Indiach? Przecież te dzieci, które mogłyby zostać zatrudnione w przemyśle dywanowym, i tak będą musiały gdzieś pracować, żeby przeżyć.

 

To jakby ograniczyć się do leczenia objawów choroby.

Ta próba zapobiegania pracy dzieci to skupianie się tylko na symptomach. Nie musimy zadawać sobie pytania o to, dlaczego pracodawcy zatrudniają dzieci: ich praca jest tańsza, pozwala na maksymalizację zysku. Ale dlaczego dzieci w ogóle muszą pracować? Dlaczego rodzice sprzedają swoje córki, aby pracowały jako prostytutki?

Podobnym przykładem nieudolnego przeciwdziałania pracy dzieci była inicjatywa z 1999 roku, podjęta przez, uważanego za lewicującego, senatora Toma Harkina. Zaproponował on Senatowi ustawę zakazującą importu jakiegokolwiek towaru, który został wyprodukowany przy użyciu pracy nieletnich. To była tylko propozycja, która ostatecznie nie została przyjęta, lecz producenci z Bangladeszu, jednego z największych importerów tekstyliów do USA, przekonani, że stracą swoje przedsiębiorstwa, wyrzucili wszystkie dzieci na bruk. UNICEF zbadał ten przypadek i odkrył, że większość tych dzieci nie miała dokąd pójść, w związku z czym wylądowała w jeszcze gorszych warunkach. Te dzieci znalazły pracę w kamieniołomach, w prostytucji albo po prostu znalazły się na ulicy. W swoim artykule nazwałam to „złą polityką w dobrej wierze”.

 

W reakcji na katastrofę w Bangladeszu kilkuset wytwórców tekstyliów z regionu powołało koalicję mającą chronić standardy i środowisko pracy oraz dbać o realizację praw socjalnych. Czy sądzi pani, że tego typu zrzeszenie jest adekwatną odpowiedzią na problem łamania praw socjalnych?

W przypadku każdego takiego porozumienia trzeba zapytać o to, kto będzie kontrolował jego realizację. Posłużę się innym przykładem. ONZ-owski pakt na rzecz celów dla biznesu pokazuje wartości, które powinny przyświecać korporacjom. Nie ma nic złego w prezentowaniu pozytywnych wartości, lecz jeżeli nie stoi za tym żaden mechanizm wzmacniający korporacje, które zgodziły się te wartości realizować, niewiele z tego wynika. Korporacje mogą podpisać takie porozumienie, a następnie opublikować informację o nim na swoich stronach. Nie mamy żadnej międzynarodowej agencji, która mogłaby kontrolować ich prawdomówność, regularnie przeprowadzać inspekcje i orzekać, czy rzeczywiście realizują one swoje zobowiązania.

 

Czy praw socjalnych nie mógłby bronić ONZ?

Rządy nie uznają praw socjalnych i ekonomicznych za prawa, lecz za „aspiracje”.  Organizacje zajmujące się prawami człowieka nie będą nigdy naciskać na korporacje, ponieważ te pozostają w bliskich relacjach z państwami. A korporacje blokują działania, które sprzeciwiałyby się ich interesom.

 

Czy próbą wprowadzenia standardów wyznaczanych przez prawa socjalne i ekonomiczne nie była konferencja ONZ w 2000 roku, na której podpisano dokument o Milenijnych Celach Rozwoju?

Ale korporacje nie podpisywały tego porozumienia! Zgadza się, że redukcja biedy była jednym z celów, lecz refleksję nad sposobem realizacji tego celu pozostawiono już rządom. Prawa pracy nie weszły do tekstu dokumentu.

Przyjrzyjmy się temu, jak realizowane są inne cele. Jednym z nich była globalna współpraca. Teoretycznie osiągnięcie tego celu powinno się wiązać się z transferem pieniędzy z krajów rozwiniętych do krajów rozwijających się. Niestety wiele krajów rozwiniętych – w tym USA – nie wzięło nawet pod uwagę tego, aby dzielić się swoim dobrobytem z innymi.

Już dziś widzimy, że choć zgodnie z założeniami Cele Milenijne miały być zrealizowane do 2015 roku, to w przypadku żadnego z nich tak się nie stanie.

 

Odłożono je do szuflady?

Nie całkiem. Wciąż się o nich dyskutuje. Na przykład uważa się, na podstawie danych zebranych przez Bank Światowy, że od 2009 roku spada stopa biedy. Ja powiedziałabym, że jest wręcz odwrotnie. Dane, na które powołuje się Bank Światowy, są błędne, ponieważ poziom biedy przyjęty w nich za kryterium jest bardzo niski, w zasadzie niepozwalający na przeżycie. To mniej niż dwa dolary dziennie. W państwie, w którym wskaźnik obejmował dotychczas np. 15 procent społeczeństwa, obecnie wynosi on 13–14 procent, lecz gdy policzymy to w liczbach bezwzględnych, okaże się, że grupa ludzi żyjących w ubóstwie wcale się nie zmniejszyła.

Ponadto dwa dolary dziennie to znacznie mniej niż tradycyjnie przyjęty, minimalny poziom wynagrodzenia. Zazwyczaj mierzy się go, biorąc przykładowy dochód mężczyzny – żywiciela rodziny, który powinien zarabiać tyle, aby z miesięcznej pensji mógł utrzymać żonę i dwoje dzieci na poziomie pozwalającym na przeżycie.  Tak więc dwa dolary dziennie to tak naprawdę…

 

Pół dolara na osobę.

Na zajęciach ze studentami sprawdzamy, ile to jest w praktyce. Od niedawna prowadzę na uniwersytecie wykłady na temat globalnej biedy. W ramach ćwiczenia zalecam moim studentom, by spróbowali przeżyć dziesięć dni za sumę, która oficjalnie uznawana jest za międzynarodowy poziom biedy – w przypadku dziesięciu dni będzie to 17 dolarów. Oczywiście, eksperyment nie jest w pełni miarodajny. Nawet przy zachowaniu pewnych zasad studenci wciąż mają dostęp do bardzo wielu usług zapewnionych tylko w krajach rozwiniętych. Mieszkają w swoich domach, nie wyłączają ogrzewania, nie odłączają gazu i mają dostęp do wody. Nie wolno im korzystać z transportu publicznego i elektryczności, z wyjątkiem zasilania komputera w celach naukowych. Przez te dziesięć dni chodzą w jednym zestawie ubrań. A jeśli chcą mieć wodę w łazience, to muszą ją sobie przynieść z kuchni i odwrotnie.
W czasie trwania tego ćwiczenia studenci obowiązkowo muszą prowadzić dziennik, a po jego zakończeniu piszą esej o tym, w jakim stopniu udało im się doświadczyć życia biednych w krajach rozwijających się.

 

Wróćmy do przykładu przemysłu odzieżowego. Czy konsumenci w krajach rozwijających się mogą coś zrobić dla obrony praw człowieka?

Obywatele krajów rozwiniętych powinni naciskać na swoje rządy, aby te uznały pełne spektrum praw człowieka. Po pierwsze, to państwo powinno gwarantować dochody pozwalające na przeżycie. I nie mówimy tu o Bangladeszu. Nawet w USA minimalne płace są znacznie za małe. 7,5 dolara dziennie to nie jest kwota, która pozwala utrzymać dwójkę dzieci. A gdy jesteś samotną matką z dwojgiem dzieci, to ledwie starcza ci na przeżycie.

W USA mamy do czynienia jeszcze z innymi wypaczeniami. Czy wie pan, jak rozumiane jest prawo człowieka do pracy?

 

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

Prawo to, wynikające z deklaracji ONZ, powinno dawać możliwość znalezienia pracy każdemu, kto chce pracować. Jednak obecnie w kilku stanach Ameryki promuje się „prawo do pracy” jako brak obowiązku przynależności do związku zawodowego w miejscu pracy.  Co to oznacza w praktyce? Gdyby w tym hotelu, w którym się obecnie znajdujemy, istniał związek zawodowy, każdy pracownik musiałby do niego należeć, a część wynagrodzenia pracownika byłaby przechwytywana przez związek. Niektóre stany Ameryki, powołując się na prawo do pracy, uznały brak obowiązku przystępowania do związku. To działanie jest wymierzone przeciwko i tak już bardzo słabym związkom zawodowym. W USA do związków zawodowych należy 12 procent pracowników. 7 procent z nich stanowią pracownicy zatrudnieni przez organizacje państwowe, a zaledwie 5 procent wywodzi się z sektora prywatnego. Dobrowolność przynależności do związku zagraża prawu do kolektywnych negocjacji. Tym, co jest najsmutniejsze, jest jednak to, że wielu ludzi popiera takie rozwiązanie, bo ich dochody są tak niskie, że nie chcą składać nawet tego jednego czy dwóch procent swojego wynagrodzenia do kasy związkowej. Ludzie myślą, że to organizacje pracownicze zarabiają na nich. Nie rozumieją, że dzięki tym organizacjom ktoś dba o bezpieczeństwo warunków pracy, że dzięki kolektywnym negocjacjom ich dochody, jako członków związków zawodowych, mogą wzrosnąć.

 

Jak zatem powinna wyglądać solidarna walka o prawa człowieka?

W systemie demokratycznym obywatele powinni permanentnie naciskać na rządy, aby te realizowały prawa człowieka. Trzeba również naciskać na organizacje pozarządowe, żeby nie ustawały w wysiłkach obrony podstawowych praw.

Każdy obywatel musi mieć świadomość tego, że prawa człowieka są również jego prawami, a gdy apeluje o te prawa dla siebie, występuje również w imieniu innych. Te same standardy powinny obowiązywać zarówno tutaj, w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych, w Pakistanie czy w Bangladeszu.

 

Czy rozwiązaniem mogą być co raz popularniejsze w Polsce bojkoty konsumenckie?

Zastanówmy się lepiej nad tym, co te bojkoty oznaczają dla robotników z Bangladeszu. Zachodni konsumenci protestują, mówiąc: „Nie będziemy kupować waszych koszulek, bo wytwarzacie je w uwłaczających warunkach”. Ale taki  protest nie poprawi sytuacji wyzyskiwanych robotników, bo producenci w odpowiedzi na ryzyko potencjalnej straty odbiorców towarów przeniosą inwestycje na Filipiny. Co wówczas zrobią konsumenci? Zaczną protestować przeciwko złym warunkom pracy na Filipinach, a w międzyczasie ludzie w Bangladeszu stracą pracę.

Zmiana mająca doprowadzić do obrony praw człowieka musi być holistyczna, w przeciwnym wypadku nie sposób wydostać się z systemu, w którym państwa konkurują między sobą o najtańsze warunki sprzedaży pracy. Nie widzę tu prostych rozwiązań.

 

Da się z tym w ogóle coś zrobić?

Obrona praw człowieka to walka polityczna. Ludzie muszą znać swoje prawa i zmobilizować się do ich obrony. Tak jak wspomniałam: obrona praw ekonomicznych to problem, który nie dotyczy tylko i wyłącznie Bangladeszu, lecz jest także aktualny w Stanach Zjednoczonych.

Zehra F. Kabasakal Arat jest profesorem nauk politycznych na Uniwersytecie w Connecticut oraz przewodniczącą sekcji praw człowieka Amerykańskiego Stowarzyszenia Nauk Politycznych.