dwutygodnik internetowy
28.08.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Annett: Wybór ekonomiczny jest wyborem moralnym

W świecie rozwijającym się nie ma w kwestii ekologicznej podziału między katolicką prawicą i lewicą. Wszyscy kardynałowie z Afryki rozumieją, że zmiana klimatu to kwestia moralna. Żyją nią każdego dnia.

ilustr.: Tomek Kaczor

ilustr.: Tomek Kaczor

Z prof. Anthonym Annettem rozmawia Zuzanna Radzik. Wywiad pochodzi z 34. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Święty gniew”.

ZUZANNA RADZIK: W czerwcu minęły dwa lata od ogłoszenia przez papieża Franciszka encykliki „Laudato si’”. Co takiego się stało, że Kościół katolicki wyniósł ekologię na sztandary?

ANTHONY ANNETT: Ekologia zawsze była obecna w nauczaniu społecznym Kościoła. Jan Paweł II mówił o kryzysie ekologicznym już w 1990 roku, a w encyklice Benedykta XVI „Caritas in veritate” znalazł się cały rozdział poświęcony środowisku naturalnemu. Choć katoliccy konserwatyści chętnie przygarniają Josepha Ratzingera, to przecież właśnie jego, a nie Franciszka, nazywano „zielonym papieżem”. Nauczanie Kościoła pozostaje więc niezmienne, choć wielu katolików wolałoby je przemilczeć. Franciszek mówi jasnym i prostym językiem, sytuując ekologię w samym środku katolickiej nauki społecznej, dlatego tak trudno go zignorować.

Studiując jednak teologię kilkanaście lat temu, na zajęciach z katolickiej nauki społecznej nic o ekologii nie słyszałam. To ja coś przeoczyłam czy przeoczyli moi profesorowie?

Dziś jest to temat ważniejszy niż tych 25 czy 30 lat temu, bo o wiele więcej wiemy o wyniszczeniu środowiska, które powoduje globalna gospodarka. Na co dzień obserwujemy skutki zmiany klimatu, zanieczyszczenia, zakwaszenia oceanów, deforestacji, utraty bioróżnorodności…

Franciszek nawołuje do ekologicznego nawrócenia. Co to znaczy?

W swojej encyklice Franciszek napomina, że ekologiczna wrażliwość i dbałość o środowisko naturalne nie jest dla katolika kwestią wyboru. To sposób bycia chrześcijaninem. Pisząc jednak o ekologicznym nawróceniu, papież apeluje nie tylko do chrześcijan. Sięga także po bardziej uniwersalny język etyki cnót. Jeśli wejdzie ci w nawyk robienie dobrych uczynków, staniesz się prawą osobą i własnym przykładem zachęcisz innych do kształtowania podobnych przyzwyczajeń. W tej perspektywie problemy biorą się ze źle uformowanych światopoglądów i z niewłaściwych norm zachowania. Stąd paląca potrzeba ekologicznej edukacji.

Zaraz potem papież dodaje jednak coś bardzo ważnego: indywidualne działania nie wystarczą. Kryzys ekologiczny jest problemem globalnym, którego nie rozwiążemy o własnych siłach, nawet gdybyśmy wszyscy recyklingowali szkło i korzystali z transportu publicznego (chociaż oczywiście powinniśmy to robić). Potrzebujemy rozwiązań o charakterze instytucjonalnym.

W swojej encyklice Franciszek nadaje moralny ciężar temu, co do tej pory wyśmiewano i uważano za sprawy lifestyle’owe lub – w najlepszym razie – należące do programu ruchów miejskich: recykling, transport publiczny, ochronę terenów zielonych.

Każdy wybór ekonomiczny jest wyborem moralnym (to akurat Benedykt XVI). Problem z konserwatywnymi kręgami w Kościele polega na tym, że w pełni przyjmują one nauczanie na temat seksualności, ale już nie na temat ekonomii czy środowiska naturalnego. Na tym jednak polega integralna ekologia, że to wszystko się ze sobą wiąże. To jest istota „Laudato si’”.

Czytając książkę „W niewoli wzrostu”, napisaną przez francuskiego ekonomistę Daniela Cohena, odnosiłam wrażenie, że wspomina on Franciszka z pewną zazdrością. Cohen ma swoją dramatyczną diagnozę świata, ale jako ekonomista nie dysponuje językiem pozwalającym na wezwanie ludzi do nawrócenia. To może zrobić tylko papież.

Pewnie tak rzeczywiście jest. Dla mnie jako ekonomisty najbardziej przekonujące w „Laudato si’” jest jednak to, co Franciszek mówi o paradygmacie technokratycznym i o jego związku z praktycznym relatywizmem. Ten paradygmat to model ekonomiczny, który zakłada, że możemy mierzyć naszą aktywność gospodarczą jedynie pod kątem jej produktywności i wydajności. Powinniśmy więc posiąść Ziemię i zarządzać nią, używając dostępnych zasobów z myślą o własnej korzyści, do napędzania niekończącego się wzrostu gospodarczego.

Jeśli pomyślimy o tym dłużej niż przez dziesięć sekund, niechybnie zrozumiemy, że taki wzrost nie może być nieograniczony. Prędzej czy później zabraknie zasobów, kosztem których mógłby się on odbywać. Tak głęboko uwierzyliśmy jednak w ten technokratyczny paradygmat, że nie umiemy już rozmawiać o tym, czy rzeczywiście powinniśmy dbać wyłącznie o wzrost ekonomiczny, a jeśli tak, to jaki ma to wpływ na biednych tego świata i na środowisko naturalne.

Franciszek udowadnia nam, jak bardzo jesteśmy przekonani, że liczy się tylko to, co służy zaspokojeniu naszych potrzeb. Stajemy się egotyczni, samolubni, krótkowzroczni, stawiamy siebie w centrum, sobą jesteśmy pochłonięci. Oczekujemy szybkiej gratyfikacji. To słowa, których papież w kółko używa w „Laudato si’”. Myślę, że to bardzo trafna diagnoza słabości globalnej gospodarki, która wynosi zysk i wzrost gospodarczy ponad dobro wspólne. Diagnoza ta pozostaje w zgodzie z katolicką nauką społeczną, ale też wnosi do niej coś nowego.

Co to takiego?

Chodzi o integralną ekologię, która zakłada, że to, jak traktujemy Ziemię, wpływa na to, jak traktujemy ubogich – i odwrotnie. Odpowiedzią jest zatem zrównoważony rozwój, biorący pod uwagę zarówno integrację społeczną, jak i równowagę środowiska naturalnego.

Osobną sprawą jest rekonstrukcja wspomnianego już paradygmatu technokratycznego. Benedykt XVI używał co prawda podobnego języka w „Caritas in veritate”, ale Franciszek wprost mówi o skutkach, jakie posługiwanie się tym paradygmatem niesie dla środowiska. Innymi słowy, papież twierdzi, że postępowi technicznemu nie towarzyszy rozwój w sferze odpowiedzialności, wartości i sumienia. Papieski doradca, kardynał Óscar Rodríguez Maradiaga, ujął to w prosty sposób: człowiek jest technologicznym gigantem, ale etycznym dzieckiem.

Można mówić o kryzysie ekologicznym w taki sposób, że doprowadzi się słuchacza do rozpaczy. Franciszek wypowiada się stanowczo, ale daje nadzieję. Jak bardzo optymistyczni możemy być?

Jest taka świetna wypowiedź Franciszka o tym, że powinniśmy zmienić globalizację obojętności w globalizację nadziei.

Papież ogłosił swoją encyklikę w nieprzypadkowym momencie. Chodziło o to, by wpłynąć na decyzję społeczności międzynarodowej w sprawie celów zrównoważonego rozwoju. Cele te przyjęto na sesji ONZ we wrześniu 2015 roku, trzy miesiące po publikacji „Laudato si’” i towarzyszącym jej przemówieniu Franciszka. Kolejne trzy miesiące później przywódcy światowi spotkali się na szczycie klimatycznym w Paryżu i przyjęli porozumienie, w którym po trzydziestu latach nicnierobienia zobowiązali się do eliminacji paliw kopalnych w drugiej połowie tego stulecia, około roku 2070. Tego właśnie trzeba, by zatrzymać wzrost temperatur. Wszyscy się na to zgodzili! Czy robią wystarczająco dużo? Nie, ale wykonali pierwszy krok i papież był tu postacią kluczową. Kiedy przedstawiciele kolejnych państw przemawiali na szczycie, delegacja za delegacją wspominała o wpływie Franciszka na decyzję o przyjęciu paryskiego porozumienia.

Może uznano, że skoro nawet Watykan jest zdesperowany, to coś jednak jest na rzeczy?

Myślę, że odpowiedziano na przekonujące wezwanie moralne. Zresztą po „Laudato si’” wyznawcy innych religii doszli do wniosku, że ich tradycje uczą dokładnie tego samego. Pojawiły się stanowiska rabinów, imamów, przywódców hinduistów, buddystów i sikhów. Możemy przywieźć w jedno miejsce ajatollahów z Iranu i ortodoksyjnych rabinów z Izraela i wszyscy zdołają się w tej sprawie porozumieć. Co pokazuje też, jak bardzo jest ważna.

Czy usłyszymy więcej takich wspólnych deklaracji? Widzieliśmy już przywódców religijnych jednoczących się wokół prób blokowania praw reprodukcyjnych czy praw LGBT…

Inne religie nie mają centralnego urzędu, jakim jest papiestwo, więc ich naciski siłą rzeczy są bardziej lokalne i zdecentralizowane. Ale wiele się dzieje, dużo robią na przykład muzułmanie. Problematycznym wyjątkiem są natomiast amerykańscy ewangelikanie. Całe ich skrzydło uwierzyło, że zmiana klimatu to kłamstwo, a niekończący się wzrost ekonomiczny jest planem Boga. Nie wiem, jak uzgadniają to z chrześcijaństwem, najwyraźniej jednak jakoś im się udaje. Pewnie sama może mi pani o tym opowiedzieć, bo w waszej części świata biskupi też nie są w pełni przekonani, że ochrona środowiska jest moralnym imperatywem.

Myślę, że często postrzega się ekologię jako punkt programu skrycie lewicowego papieża. Takie idee nie znajdują u nas zrozumienia.

Z myślą o polskich biskupach chciałbym więc podkreślić, że mówimy o ochronie życia. Nawrócenie ekologiczne to kwestia bycia pro life. Zmiana klimatu jest największym wyzwaniem zdrowia publicznego w XXI wieku, które zrujnuje życie wielu ludzi, zwłaszcza ubogich. Jeden tylko przykład. Kardynał z Myanmaru, Charles Bo, powiedział, że zmiana klimatu jest jak ludobójstwo popełniane przez bogatych na biednych. Co za mocne zdanie! Chciałbym je usłyszeć od biskupa z USA lub z Polski. To miałoby ogromne znaczenie.

Podobnie nowy kardynał z Papui Nowej Gwinei, John Ribat, twierdzi, że został wybrany, by być głosem regionu, który tonie w wyniku podnoszenia się wód oceanu.

W świecie rozwijającym się nie ma w tej sprawie podziału między katolicką prawicą i lewicą. Wszyscy kardynałowie z Afryki rozumieją, że zmiana klimatu to kwestia moralna. Żyją nią każdego dnia.

Co można zrobić, żeby zrozumieli to także katolicy w naszej części świata?

W Stanach Zjednoczonych przez ostatnie dwie, trzy dekady wielu prawicowych katolików wpływało na kierunek, w którym zmierzał Kościół, i próbowało uzgodnić jego nauczanie z ideologią wolnego rynku. Niektórzy z tych ludzi bywali też w Polsce, by wspomnieć choćby George’a Weigela. Sądzę, że w takim podejściu nie ma nic zgodnego z katolicką nauką społeczną, a jedyną możliwą odpowiedzią jest przypominanie ortodoksyjnego głosu Kościoła, który jest przecież głosem za życiem, a nie głosem dysydenckiej lewicowości. Jeśli jesteśmy przeciwni aborcji, powinniśmy być także przeciwni krzywdzie, którą zmiana klimatu wyrządza najuboższym. To wszystko jest powiązane w ramach zjawiska, które Franciszek nazywa „kulturą odpadków”. Odrzucamy nienarodzonych, odrzucamy ubogich, odrzucamy naszą planetę.

Kiedy słucha się wystąpień Franciszka, można odnieść wrażenie, że papież wzywa do tworzenia ruchu na rzecz zmiany kulturowej.

On dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że globalna ekonomia jest zorganizowana wokół maksymalizowania osobistej użyteczności. Pewnie zgodziłby się ze stwierdzeniem, że to niechrześcijańska ideologia. Niektórzy powiedzą na to: on jest socjalistą. To nieprawda. Gdybyśmy zacytowali im Ojców Kościoła, doszliby do wniosku, że Jan Chryzostom i Augustyn byli komunistami. Takie jest jednak nasze dziedzictwo. Wierzymy w konieczność sprawiedliwej dystrybucji zasobów świata. Jesteśmy wezwani do tego, by uczciwie dzielić się z innymi.

Łatwiej jednak z pewnym sentymentem cytować Dzieje Apostolskie czy Jana Chryzostoma niż myśleć o alternatywnych modelach ekonomicznych dla naszego świata.

Wiele osób zastanawia się nad tym, jak zrestrukturyzować światową ekonomię, by uzgodnić ją z chrześcijańskimi wartościami. Socjalizm i komunizm nie są tu odpowiedziami. Katolicka nauka społeczna potępia je tak samo, jak potępia libertarianizm, ale istnieją inne modele. Warto śledzić na przykład losy projektu civil economy, nad którym pracują Stefano Zamagni i Luigino Bruni.

Czy niezwiązani z Kościołem ekonomiści widzą w nim potencjalnego sojusznika?

Większość ekonomistów głównego nurtu nie zwraca uwagi na to, co dzieje się w Kościele. Myślę jednak, że istnieje pewien potencjał wzajemnego wzbogacania się. W zeszłym roku zaprosiliśmy amerykańskiego senatora Berniego Sandersa do Watykanu na konferencję poświęconą encyklice „Centisimus annus”. W swoim przemówieniu Sanders odnosił się do papieskich encyklik. Ten lewicowy, świecki Żyd z Nowego Jorku cytował czterech papieży!

Czy ekologiczny zwrot w nauczaniu Kościoła przetrwa obecnego papieża?

Być może następny papież nie będzie mówił o środowisku i gospodarce w tak zdecydowany sposób. Benedykt, podobnie jak Franciszek, poruszał problematykę ekonomiczną, ale jego teologiczny język czynił przekaz niezrozumiałym dla większości odbiorców. Niewykluczone, że następny papież będzie komunikował się z wiernymi w sposób bardziej formalny, bo wielu drażni spontaniczny styl Franciszka. Kryzys ekologiczny jest jednak coraz bardziej dojmujący, więc Kościół jako autorytet moralny nie może go ignorować. Zwłaszcza biskupi z krajów rozwijających się traktują te sprawy poważnie.

Słyszałam, że biskup Bombaju na tegoroczny Wielki Post zalecił post od emisji dwutlenku węgla.

Też o tym słyszałem. Tego rodzaju inicjatywy proponują założyciele Global Catholic Climate Movement. W Stanach Zjednoczonych istnieje też Catholic Climate Covenant, które inicjuje analogiczne działania na poziomie parafialnym.

Kiedy doczekamy się w Stanach Zjednoczonych i w Polsce biskupów, którzy z dużą polityczną siłą działaliby na rzecz ekologii?

To istotny problem. W USA firmy braci Kochów, które należą do największych światowych trucicieli z branży paliw kopalnych, są jednocześnie darczyńcami katolickich szkół biznesowych, podkopujących potem nauczanie papieża Franciszka. Myślę, że biskupi wiedzą, co powinni czynić, ale muszą też z czegoś utrzymać swoje kościoły. Ich donatorzy mogliby się od nich odwrócić, słysząc o nierównościach lub o zanieczyszczeniu. Ci ludzie mają wielki wpływ na Kościół i nie używają go, by propagować katolicką naukę społeczną. Wręcz przeciwnie.

A co z demografią? Laiccy ekologowie podnoszą temat przeludnienia, podczas gdy religie, delikatnie mówiąc, nie są entuzjastyczne w stosunku do kontroli urodzeń.

To problem zastępczy, zarówno na lewicy, jak i na prawicy. Lewica lubi mówić: „Jest nas za dużo, świat liczy już prawie osiem miliardów ludzi, przestańcie rodzic dzieci”. Na prawicy powiedzą: „Wasz program zrównoważonego rozwoju to tylko przykrywka dla polityki depopulacyjnej, której nie możemy wspierać”. Obie opinie są błędne. Problemem nie jest populacja, tylko dwutlenek węgla. Najbiedniejsze trzy miliardy ludzi na naszej planecie emitują jedynie pięć procent gazów cieplarnianych, co znaczy, że ubodzy nie wpływają na zmianę klimatu.

Oczywiście, można argumentować, że dzietność oddziałuje na poziom zamożności, ale to osobna sprawa. Chodzi przede wszystkim o zmniejszenie skali emisji dwutlenku węgla, i to w najbogatszych krajach świata. Nie podoba mi się, gdy bogaci mówią: „Nie chcemy zmieniać naszego stylu życia, ale wy, ubodzy, nie powinniście mieć tyle dzieci”. Przecież to styl życia zamożnych społeczeństw w największym stopniu zanieczyszcza naszą planetę!

Jakich najważniejszych wyborów moralnych powinniśmy dokonać, jeśli chodzi o nasz styl życia? Od czego zacząć ekologiczne nawrócenie?

Jakim samochodem jeździsz? Czy używasz publicznego transportu? Czy marnujesz energię elektryczną? Warto stawiać sobie takie pytania. Franciszek wspomina też o stosowaniu siły portfela, to znaczy o bojkocie konsumenckim. Wielu katolików rezygnuje wreszcie z inwestowania w paliwa kopalne i w firmy, które czerpią z nich zyski. Nie chodzi tylko o to, co sami robimy, ale i o to, w jakie relacje wchodzimy na co dzień z całym ekonomicznym systemem.

To nasze osobiste decyzje, a pan wspomniał, że ważne jest także zmienianie samego tego systemu. Czy mamy czekać, aż załatwi to za nas watykańska dyplomacja?

Wspólnoty religijne mogą kształtować rzeczywistość, dając świadectwo, ale też stosując lobbing. Powinniśmy rozliczać polityków z tego, co robią dla zrównoważonego rozwoju i ochrony środowiska naturalnego. Jest wiele sposobów, nie ma prostego rozwiązania.

***

Anthony Annett jest ekonomistą, pracuje jako doradca ds. zmian klimatycznych i zrównoważonego rozwoju w Instytucie Ziemi na Uniwersytecie Columbia. Interesuje się powiązaniami między etyką, religią i ekonomią, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii związanych z katolicką nauką społeczną.