dwutygodnik internetowy
28.11.2016
magazyn papierowy


Ameryka po Obamie

Czy Trump uczyni Amerykę na nowo wielką? A może przyniesie koniec świata jaki znamy?

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

Fundacja Global.Lab oraz Jacobin Reading Group Warsaw zorganizowały 9 listopada debatę po wyborach w Stanach Zjednoczonych „Ameryka po Obamie”. W dyskusji udział wzięli Paulina Kozłowska (300polityka), doktor Jacek Bartosiak (Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego) i Jakub Dymek („Krytyka Polityczna”). Spotkanie poprowadzili Natalia Mecner (Jacobin Reading Group Warsaw) oraz Adam Traczyk (Fundacja Global.Lab)

***

Kolejny raz niemożliwe stało się faktem. Donald Trump – wbrew przewidywaniom ekspertów – został 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Co ten wybór mówi nam o Ameryce i czego możemy spodziewać się po nowym prezydencie?

– Głęboko odrzucam opowieść o tym, że głos na Trumpa jest krzykiem wściekłości amerykańskiej podklasy na waszyngtoński establishment – mówił o źródłach zwycięstwa Donalda Trumpa Jakub Dymek z „Krytyki Politycznej”.  – Ale odrzucam ją nie dlatego, że jest całkowicie fałszywa, ale dlatego, że prowadzi nas do błędnych wniosków. Liczby mówią, że administracja Baracka Obamy zrobiła w zasadzie wszystko, co mogła, w kwestii wzrostu gospodarczego, odbicia się po kryzysie i wyrównywania tego olbrzymiego skoku nierówności po roku 2008. Wreszcie większa część korzyści z wzrostu gospodarczego trafia do klasy średniej, a nie do „jednego procenta”, jak to było w pierwszych latach po kryzysie.

Tylko co z tego? Dla wyborców nie ma to większego znaczenia, a sam sprzeciw nie dotyczył realnych uwarunkowań ekonomicznych. Świadczy o tym fakt, że Hilary Clinton wygrała wśród wyborców z dwóch najbiedniejszych segmentów oraz że wyborcy Trumpa zarabiają powyżej krajowej średniej. Co ciekawe najbardziej przerażeni są wyborcy mieszkający najdalej od granicy i miejsc, gdzie emigracja z Ameryki Łacińskiej tworzy największą presję na rynek pracy.

Konflikt, którego byliśmy świadkami, dotyczył w dużej mierze kultury politycznej, kultury debaty, zagospodarowania przestrzeni publicznej i tego, że mniejszościowy wciąż, ale niezwykle radykalny i zdeterminowany segment społeczeństwa postanowił za wszelką cenę podważyć status quo. Nie jest to emocja najsłabszych i faktycznie wykluczonych, ale klasy znajdującej się nieco wyżej, w tym wypadku o bardzo konkretnym profilu rasowym i płciowym – białych mężczyzn – która obawia się upadku. Jednocześnie racjonalizuje ona sobie swoją relatywnie złą sytuację ekonomiczną różnymi mitami, które przybrały formę jawnego rasizmu, seksizmu i ksenofobii – retoryki tak zwanej alt-prawicy. Narracji wyrażającej bunt wobec tego, co alt-prawica uznaje za poprawność polityczną, przewodzili jednak nie rednecy z Arizony, ale młodzi wykształceni chłopcy z uniwersytetów. I choć emocje te funkcjonowały w amerykańskiej polityce już przynajmniej od czasów Ronalda Reagana, to nigdy wcześniej nie miały tak dobrych warunków, aby zakwitnąć.

Paradoksalnie wygrana Trumpa krzyżuje w pewnym sensie plany biznesowe jego środowiska, które w wypadku przegranej spodziewało się podziału partii republikańskiej i, chcąc zagospodarować radykalnych prawicowych wyborców oraz skanalizować ich emocje, szykowało dla nich nową medialną ofertę. Dziś zamiast spodziewanego podziału wyzwaniem dla Trumpa i jego otoczenia jest jednoczenie republikanów. Tymczasem groźba walk frakcyjnych i tarć ujawniła się u demokratów, których część może czuć się podwójnie oszukana – poprzez nieprzychylność władz partyjnych i brak nominacji Bernie’ego Sandersa oraz niepowstrzymanie Donalda Trumpa przez Hilary Clinton.

W podobnym tonie wypowiedziała się Paulina Kozłowska z portalu 300polityka.pl: – Przede wszystkim uwagę zwraca fakt, że Donald Trump otrzymał 61 milionów głosów i wyraźnie wygrał wybory, a cztery i osiem lat wcześniej republikanie Mitt Romney i John McCain, uzyskując podobne wyniki, wyraźnie przegrali. Okazało się, że koalicja Baracka Obamy, która wydawała się monolitem, który zapewni trzecią kadencje Obamy w postaci pierwszej kadencji Hillary Clinton, mimo demograficznej przewagi „na papierze” nie miała wystarczającego poparcia społecznego i zdolności mobilizacyjnych elektoratu. Apatia, a może też do pewnego stopnia poczucie pewności zwycięstwa sprawiło, że kilka milionów wyborców demokratów zostało w domu. W dużej mierze właśnie to zaważyło na wyniku starcia z bardzo zmotywowanymi wyborcami przeciwnika.

Wbrew przewidywaniom, mimo podziałów wewnątrz Partii Republikańskiej zarówno jej kandydat na prezydenta, jak i kandydaci do Kongresu odnieśli sukces. Utrzymali większość w Senacie i stracili tylko kilka miejsc w Izbie Reprezentantów, co oznacza, że mają bardzo silny mandat na realizowanie swojego programu. Co to oznacza dla przyszłości partii? Zamiast „rzezi” zmiany mogą pozostać jedynie powierzchowne. Jeśli wszelkie spory establishment kontra anty-establishment nie przeszkodziły w gładkim wygraniu wyborów, to nie powinny przeszkodzić także w sprawowaniu władzy. Czy to jednak oznacza, że Trump szybko przystąpi do realizacji swoich obietnic? Raczej szybko przekona się o ograniczeniach urzędu. Reformy pokroju Obamacare nie da się cofnąć z dnia na dzień, a może do tego zabraknąć i całej kadencji.

Większy problem niż republikanie mają za to demokraci. W trakcie kampanii Hilary Clinton zabetonowała scenę polityczną z lewej strony. Na horyzoncie nie widać osoby, która mogłaby być nowym liderem demokratów. W trakcie konwencji partyjnych, gdzie zwykle łowi się nowe twarze (tak między innymi wypłynął Barack Obama), nie pojawiła się żadna wybijająca się postać. Wiele osób nadal pokłada nadzieje w Sandersie czy Elizabeth Warren, mało jednak prawdopodobne, że najstarszy kandydat czy senator starsza od Hillary Clinton zdecydują się wziąć udział w wyścigu prezydenckim w 2020 roku. Choć z jednej strony jestem przekonana, że Trump jest prezydentem jednej kadencji, to z powodu przerwy generacyjnej nie widzę osoby, która mogłaby poprowadzić demokratów do zwycięstwa. Musi pojawić się nowa gwiazda, niewywodząca się ze starej koalicji, żeby to mogło się udać.

Perspektywa wyboru Trumpa na prezydenta napawała niepokojem wielu komentatorów spraw międzynarodowych. Jego brak doświadczenia i nieprzewidywalność miały być czynnikami destabilizującymi ład międzynarodowy i wręcz zwiastującymi koniec liberalnego porządku światowego. Czego można się więc spodziewać po polityce zagranicznej nowej administracji?  – Wbrew zapowiedziom z kampanii Trump przekona się szybko, że pokonanie ISIS będzie najmniejszym z jego problemów w kwestii polityki międzynarodowej. Dużo poważniejsze wyzwania dotyczą regionu Eurazji i szerzej kształtowania się nowego porządku światowego – przekonywał doktor Jacek Bartosiak, ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

– Nie ulega wątpliwości, że Trump i republikanie mają silny mandat na prowadzenie twardej polityki handlowej i „renegocjację” globalizacji, na której dziś najbardziej korzystają Chiny. Trump, chcąc odbudować wpływy amerykańskie i podtrzymując dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych symbolizowaną przez system z Bretton Woods w porządku międzynarodowym – a znajdzie ku temu w Waszyngtonie sojuszników w obu partiach – musi wejść na kurs kolizyjny z innymi mocarstwami, a przede wszystkim z Chinami, które – podobnie jak Rosja – są przekonane, że Stany Zjednoczone nie posiadają już zasobów, aby powstrzymać przemianę unipolarnego świata w multipolarny. Zwiastuje to dalsze turbulencje na świecie.

Najbardziej narażone będą w takim przypadku państwa znajdujące się w strefie zgniotu między wpływami mocarstw, czyli takie jak Polska. Tym bardziej, że jak pokazuje historia, w przypadku, gdy zagrożenie dla ładu stworzonego przez dominujące mocarstwo morskie, jakim są Stany Zjednoczone, płynie ze strefy brzegowej Euroazji, czyli w tym przypadku Chin, ustępujący hegemon szuka porozumienia z Rosją. Jest to temat od dłuższego czasu poruszany już w Waszyngtonie, który gaduła Trump podchwycił w kampanii. Dodatkowe ryzyko polega na tym, że od Trumpa – jako kandydata zmiany – oczekiwane będą zdecydowane szarpnięcia w kwestii polityki zagranicznej. A ten z racji swojego charakteru może być złudnie przekonany, że będzie w stanie w pełni kontrolować otaczający go świat, co wprowadza dodatkowy element niepewności. Dlatego należy spodziewać się, że Chiny i Rosja będą w najbliższych miesiącach delikatnie testowały nową administrację.

Czy Trump uczyni Amerykę na nowo wielką, a może przyniesie koniec świata, jaki znamy? Przekonamy się o tym pewnie szybciej niż przed końcem jego kadencji.