dwutygodnik internetowy
13.03.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Akademickie wróżenie z politycznych fusów

Zmiana w świecie akademickim być może jest nieuchronna. Pytanie tylko, czy szerokie konsultacje nie są pozorne. A w efekcie reforma będzie miała i tak znaczenie polityczne.

 

Ilustr.: Magda Walkowiak

Ilustr.: Magda Walkowiak

Truizmem jest stwierdzenie, że zmiany społeczno-polityczno-kulturowe obserwowane i doświadczane przez współczesne społeczeństwa (wiedzy) dotykają także uniwersytetów. Od dawna mówi się powszechnie – zarówno w prasie codziennej, jak i w opracowaniach naukowych – że instytucja ta przestaje być tylko i wyłącznie „wieżą z kości słoniowej”, a staje się… „fabryką dyplomów”, „pralnią”, „masową szkołą wyższą” i tym podobne. Określenia te dezawuują rolę i znaczenie nauki i kształcenia akademickiego, odejmują wartości społeczności akademickiej, powodują, że etos środowiskowy przestaje mieć kulturotwórczy efekt. Uniwersytety, według większości społeczeństwa, nie kreują elit, a stają się instytucjami finansowanymi szczodrze ze środków publicznych, kształcącymi kolejne roczniki bezrobotnych magistrów czy doktorów. Szczególnie nisko oceniane są w tym względzie kierunki humanistyczne, traktowane jako nieprzydatne i „nieprzyszłościowe”. Pojawia się jednak zasadne pytanie: jaka jest przyszłość uniwersytetu? Dotyczy ono nie tylko samego modelu Akademii per se, bo przecież mówimy o pewnej idei dotyczącej całego świata zachodniego, ale też szczegółowych rozwiązań obowiązujących w polskich warunkach.

Pytania są jak najbardziej na miejscu, bowiem od października 2016 roku uczestniczymy w znaczącym, a także bardzo medialnym wydarzeniu (o czym poniżej), jakim jest praca nad nową ustawą prawo o szkolnictwie wyższym. Jej nazwa – „Ustawa 2.0” – stała się swoistym symbolem zmiany (a także zabiegiem PR-owym). Zmiany, która być może jest nieuchronna. Jednak jej efekty mają być – zgodnie z założeniem 2.0 – lepsze niż wszystko to, co do tej pory spotykało nas w akademickim świecie. Czy na pewno?

Obywatelski dystans

Podobnie jak cały ruch Obywatele Nauki, podchodzę do samej ustawy z pewną rezerwą, nie jest bowiem do końca jasne, jakie będą jej założenia i jak daleko pójdą zmiany ustroju uczelni. Z drugiej strony zaś, w moim wciąż jeszcze dość krótkim akademickim życiu doświadczyłam wielu zmian przepisów prawa regulujących funkcjonowanie uczelni. Dlatego mam świadomość tego, że nic nie jest dane na zawsze – szczególnie w przypadku prawa o szkolnictwie wyższym i wynikającej z niego praktyki akademickiej. Czasem zmiany prawa były powierzchowne, kosmetyczne, a innym razem miały bardziej rewolucyjny czy radykalny charakter, choć ich znaczenie i oddziaływanie nie było tak istotne, jak by się wydawało (na przykład KRK). Do wszystkiego jednak pracownicy akademiccy adaptowali się z mniejszym lub większym entuzjazmem. Pewnie nie inaczej będzie i tym razem, bowiem minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin zapowiada, że będzie to „konstytucja” nauki, obowiązująca przez wiele następnych lat.

Muszę zaznaczyć ponadto, że nie chciałabym analizować zaproponowanych i – w efekcie – wprowadzanych zmian i treści samej ustawy w perspektywie politycznej. Jest to postulat ruchu ON od początku jego istnienia, by nie widzieć akademii jako podmiotu/przedmiotu działań politycznych, ale jako dobro wspólne, instytucję mającą określone funkcje społeczne. Z tego też powodu ruch nie przystąpił do ministerialnego konkursu na projekt ustawy 2.0. Mieliśmy wątpliwość, jak zostanie wykorzystany materiał przygotowany przez trzy zwycięskie zespoły. Uważaliśmy, że „włączanie środowiska do dyskusji o prawie i przyszłym ustroju uczelni na zasadzie rywalizacji o granty i rozliczania się z realizacji projektu nie powinno zdejmować odpowiedzialności z MNiSW i przenosić jej na zespoły, za których pracę ministerstwo zapłaci trzysta tysięcy złotych”. (Stanowisko ON w sprawie konkursu – Ustawa 2.0 jest już dostępne, trwają prace nad opinią ON dotyczącą efektów pracy nad założeniami nowej ustawy prawo o szkolnictwie wyższym. Należy jednak przypomnieć, że w czerwcu 2015 roku Obywatele Nauki przedstawili swoją propozycję zmian w obrębie nauki i szkolnictwa wyższego – „Pakt dla Nauki”.)

Wśród działań ministerialnych zdecydowanie pozytywnie należy ocenić sposób angażowania środowiska w prace nad nową ustawą. Nie chodzi tu tylko o sam konkurs, jaki został przez ministra rozpisany w lutym 2016 roku, ale o swoiste „przygotowanie gruntu” pod przyjęcie nowej ustawy, czyli organizację Narodowego Kongresu Nauki. Spotkanie mające się odbyć w dniach 19–20 września 2017 roku jest zaplanowane jako konferencja prezentująca nowe przepisy (choć coraz częściej mówi się o tym, że będą to jedynie założenia ustawy 2.0). Zanim jednak do tego dojdzie, od października 2016 do czerwca 2017 w ramach NKN odbywają się comiesięczne problemowe konferencje, gromadzące środowisko akademickie, ekspertów, specjalistów w danym obszarze (zarządzanie, finanse, doskonałość naukowa, jakość kształcenia i tym podobne).

Jak napisałam wyżej, jest to nie tylko praca merytoryczna, ale też wydarzenie medialne, mające trafić do każdego Polaka i każdej Polki. W Toruniu, mieście, w którym mieszkam i pracuję, w czasie konferencji NKN plakaty informujące o wydarzeniu wisiały na billboardach, słupach ogłoszeniowych, a nawet w autobusach. Wszystko po to, by pokazać, jak ważne jest to wydarzenie, jak bardzo edukacja akademicka dotyczy nas wszystkich, że jest to nasza wspólna sprawa. W kontekście wielkiego zaniedbania, jakim było przez lata niewłączanie do debaty publicznej tematu edukacji (wyższej), jest to godne pochwały zjawisko[2]. Tylko czy nie ma ono fasadowego charakteru? Czy nie są to środki wydatkowane na działania niemające znaczenia dla ostatecznych decyzji ministra? Pojawia się tu pewna obawa, czy konferencje, podobnie jak i projekty ustawy 2.0, nie są tylko i wyłącznie działaniem pozornym, mającym na celu zjednanie sobie środowiska akademickiego? Szczególnie, że – jak powiedział sam minister Gowin – zmiany zadowolą jedynie część zatrudnionych w instytucjach naukowych i na uczelniach… tylko tych najbardziej „promodernistycznych”. Kto z nas jest w tej grupie, ten zyska. A kto straci? Co zyska, a co straci? Nie są to pytania bez znaczenia, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę, że w instytucjach akademickich i naukowych pracuje obecnie ponad sto tysięcy osób (według systemu POLON).

Zwycięskie zespoły, złożone projekty

Konkurs na ustawę 2.0 wygrały trzy zespoły, wśród których tylko jeden – profesora Marka Kwieka – ma bogate doświadczenie w badaniach nad szkolnictwem wyższym. Każdy zespół reprezentował odmienne środowisko akademickie, co znalazło wyraz w zgłoszonych propozycjach ustawy 2.0. Projekty bowiem albo doceniały i dofinansowały szkolnictwo niepubliczne (Uniwersytet SWPS), albo też skupiały się na wzmacnianiu rangi i znaczenia polskich uczelni publicznych w kraju i w świecie (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu), ale też proponowały rozwiązania niekoniecznie wypływające z praktyki uniwersyteckiej (Instytut Allerhanda). Efekty swojej pracy zaprezentowały 1 marca 2017 roku na Politechnice Warszawskiej, choć dokumenty zbierające całość propozycji były dostępne w sieci już wcześniej. Każda z propozycji jest rozbudowanym tekstem (około dwustu–trzystu stron), zawierającym nie tylko konkretne rozwiązania, ale też diagnozę zastanego stanu rzeczy lub wyjaśnienia dotyczące logiki wprowadzanych zmian. Z tego powodu odniosę się jedynie do najistotniejszych kwestii, na jakie sami kierownicy zespołów wskazywali podczas marcowej prezentacji. Zdaję sobie sprawę, iż przekaz i dobór treści był celowy, podporządkowany efektowi, jaki miał wywrzeć na obecnych w auli Politechniki gościach. W tej historycznej sali obecni byli przedstawiciele MNiSW, w tym minister Gowin, oraz rektorzy, prorektorzy, dziekani i prodziekani uczelni z całej Polski. Mimo limitu miejsc dzięki transmisji online każdy zainteresowany mógł wziąć udział w spotkaniu. Warto dodać, że wszystkie konferencje w ramach NKN były filmowane, a materiały z nich są dostępne na stronie internetowej Kongresu.

Kierownikiem pierwszego zespołu jest prof. Hubert Izdebski, który reprezentował Uniwersytet Humanistyczno-społeczny SWPS. Zaczął od podkreślenia, co jest bliskie myśleniu Obywateli Nauki, że kształcenie uniwersyteckie jest jednym z elementów w systemie edukacji. Zatem należy widzieć jego funkcje w pewnym kontekście, stąd też tak ważne jest na przykład kształcenie nauczycieli. Prezentacja tego zespołu była jednak zdominowana przez właściwie same hasła, z którymi nie można się nie zgodzić, to jest zamiana produktywności na jakość w przypadku wszystkich trzech misji uniwersytetu, podniesienie rangi polskich szkół i uniwersytetów, deregulacja i odbiurokratyzowanie, działania projakościowe. Niektóre zabiegi miały charakter jedynie językowy, na przykład Polską Komisję Akredytacyjną zmieniono na – znamienna to zmiana dla współczesnej sytuacji politycznej – Narodową Komisję Akredytacyjną (ale jest już ona wybieralna, nie zaś z nominacji). Inną ważną dla instytucji współpracujących z uczelniami ideą jest połączenie Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów Naukowych z Komitetem Ewaluacji Jednostek Naukowych, co miałoby wzmocnić siłę projakościowego oddziaływania na naukę. Rewolucyjna byłaby rezygnacja z ustawowego wymogu uzyskania habilitacji jako warunku samodzielności naukowej i dydaktycznej w stosunku do osób posiadających doktorat naukowy. Zespół zaproponował także, by dać uczelniom większą swobodę gospodarczą, zgodnie z menedżerską logiką proponowanych zmian.

Drugi zespół, pod przewodnictwem profesora Marka Kwieka z UAM w Poznaniu, składał się z grupy badaczy szkolnictwa wyższego, co niewątpliwie wpłynęło na jakość proponowanych rozwiązań. Czym innym bowiem są badania czynione tu i teraz, na potrzeby projektu, a czym innym – doświadczenie i wiedza (często o charakterze porównawczym czy też krytycznym) na temat uniwersytetu. Co ważne – profesor Kwiek na samym początku podkreślił, że zaproponowana reforma jest rozłożona w czasie. Nie chodzi bowiem o to, by rewolucjonizować system, ale rozkładając zmiany w czasie, móc się do nich najlepiej przygotować i zaadaptować. Taki sposób myślenia jest obecny od samego początku w opiniach i propozycjach Obywateli Nauki, podobnie jak w ustaleniach drugiego wygranego zespołu – chodzi o konieczność wzmocnienia nauki poprzez wzrost nakładów na badania. Hasła i cele tej reformy są ważne i koncentrują się na poprawie i rozwoju – nie tylko wyników naukowych, liczby prestiżowych publikacji, odkryć naukowych – jednym słowem – doskonałości naukowej, ale też atrakcyjności zawodowej pracy na uczelniach. Profesor Kwiek chce też umiędzynarodowienia i wzrostu mobilności kadry naukowej w globalnej, a nie tylko polskiej perspektywie. Działania te mają być jak najbardziej przejrzyste i transparentne. Ceną zmian jest jednak silne zróżnicowanie systemu akademickiego (a zatem i sposobu finansowania) i zmiana sposobu zarządzania.

Ostatni zespół kierowany przez dr. hab. Arkadiusza Radwana został zgłoszony przez instytucję, która opisuje siebie jako niezależną, pozauniwersytecką i apolityczną jednostkę naukowo-badawczą i ekspercką. Projekt Instytutu Allerhanda kładzie nacisk na adaptowalność uczelni, co można odczytać w sposób polityczny. Wiele propozycji bowiem odwoływało się do reform czy wypowiedzi ministra Gowina, ale też ministra Mateusza Morawieckiego (tak zwany „Plan Morawieckiego”). Zmiana systemu uniwersyteckiego ma wzmocnić gospodarkę i jej innowacyjność. Ważne jest tu, by podnieść poziom polskiej nauki, w tym poziom doktoratów (co jakiś czas przytakiwał temu Jarosław Gowin). Uczelnia ma być zarządzana w sposób „pragmatyczny”, by uzyskać „poprawę efektywności zarządzania uczelnią, w tym kreowania wizji, definiowania celów, identyfikowania i realizowania projektów strategicznych” czy „zwiększenie sterowności uczelnią i poprawa koordynacji zasobów kadrowych i infrastrukturalnych dla lepszej realizacji misji uczelni” (strona 36 dokumentu). W tym celu „Następuje rozdzielenie funkcji władczych w uczelni na dwa organy: Rektora i Prezydenta” (strona 38).

Nieznana przyszłość, ale jeden kierunek

Rozwiązań szczegółowych w tekstach projektów wybranych zespołów jest bardzo dużo i niekiedy mocno się one różnią. Zwróciłabym jednak uwagę na trzy główne kwestie, co do których istnieje względna zgoda autorów propozycji. Są to: (1) wprowadzenie biznesowych mechanizmów zarządzania uczelnią, w tym menedżerski styl zarządzania, (2) konieczność wzrostu nakładów na badania naukowe, (3) nowo definiowana autonomia uczelni, funkcjonującej w szerokim otoczeniu społeczno-gospodarczym.

Pomimo (oczywistych) różnic każda propozycja wprowadza jedną podstawową zmianę. Zakładają one powstanie nowego modelu uniwersytetu, bazującego na nowym sposobie administrowania uczelnią. Przestaje ona być instytucją zarządzaną kolegialnie przez senat i rady wydziałów, a staje się przedsiębiorstwem z radą powierniczą, strategią biznesową i marketingową. Występuje zatem swoista specjalizacja funkcji i roli różnych organów uniwersyteckich, a także wzrost znaczenia kadry administracyjnej. Szczególnie silną pozycję zyskuje rektor albo prezydent, posiadający swe uprawnienia z nadania bądź z wyboru. Staje się on dzierżącym faktyczną władzę (nie tylko symboliczną) menedżerem nauki i edukacji wyższej. Nie chciałabym widzieć tej zmiany jako możliwości politycznego sterowania nauką, lecz raczej jako nieuchronność wydarzającą się w świecie rządzącym się neoliberalną logiką. Jednak rzeczywistość może okazać się trudniejsza do akceptacji, stąd należy przemyśleć skalę ingerencji w obecny system uniwersytecki, bowiem w polskich warunkach okazać się może – przed czym ostrzegał profesor Kwiek – iż system ten wprost doprowadzi do upolitycznienia uczelni. A tego należy się wystrzegać.

Wszystkie projekty podkreślają konieczność znacznego wzrostu nakładów na naukę, choć niekoniecznie już na dydaktykę. Stąd wszędzie pojawia się pomysł, by zróżnicować uczelnie, tak by określiły swój profil w zależności od potencjału naukowego. Pojawiają się więc mocne naukowo uczelnie badawcze, badawczo-dydaktyczne i dydaktyczne. Dodam, że jest to jeden z głównych postulatów obywatelskiego „Paktu dla Nauki”, bazującego na idei zrównoważonego społecznego rozwoju. Skutkuje to podniesieniem poziomu badań naukowych, ma bowiem miejsce koncentracja potencjału intelektualnego. Z drugiej zaś strony, by zadbać o harmonijny wzrost różnych typów jednostek, ważny jest przepływ kadry akademickiej i wzrost jej mobilności (także międzynarodowej).

Taki podział uczelni skutkowałby rozróżnieniem stanowisk akademickich, wśród których byłyby ścieżki naukowa i dydaktyczna. Obywatele Nauki zaproponowali, by dodać jeszcze trzecią – wdrożeniową, do kontaktów z biznesem. Jednak w sytuacji, gdy następuje zmiana orientacji uczelni na wyraźnie biznesową, nie znajduje to, według projektodawców, uzasadnienia w tworzeniu kolejnej ścieżki.

Kolejną ważną kategorią wybrzmiewającą we wszystkich trzech projektach jest autonomia uczelni (już nie wydziałów, rad naukowych i tak dalej). Podkreśliłabym jednak za profesorem Kwiekiem z UAM-u fundamentalność zasady transparentności, która winna mieć prymat nad autonomią, traktowaną przez wszystkie zespoły jako samorządność i suwerenność (szczególnie w kwestiach finansowych). Przecież jeśli jest to uczelnia państwowa, finansowana ze środków publicznych, to musi być wiadomo, na co są wydawane pieniądze publiczne (można dodać, że prof. Kwiek jest też autorem ważnej tezy o „deprywatyzacji” szkolnictwa wyższego w Polsce. „Deprywatyzacja to procesy zachodzące w obu sektorach i w całym systemie: upraszczając, maleje rola wymiarów prywatnych i rośnie rola wymiarów publicznych – dlatego deprywatyzacja oznacza zarazem »republicyzację« czy »ponowne upublicznienie«)”.

Bycie jednostką autonomiczną oznacza także niepodporządkowanie się uczelni celom politycznym. Uczelnia winna istnieć poza i ponad politycznymi sojuszami zarówno na szczeblu ogólnopolskim, jak i lokalnym. Nawet jeśli chcemy mieć rektora czy prezydenta menedżera, zarządzającego uniwersytetem, to niech będzie to ekspert, nie zaś przywieziony w teczce figurant czy przyprowadzony do uczelni lokalny działacz partyjny. Da to szansę na zbudowanie nowej elity społecznej, intelektualnej, jednak bazującej na idei (i praktyce) merytokracji, nie zaś nowego politycznego czy biznesowego feudalizmu czy akademickiej oligarchii. Zdecydowanie popieram postulat konieczności zmian i kieruję się tu starym chińskim przysłowiem, głoszącym, że „kryzys może być szansą”. W przypadku ustawy 2.0 jest to szansa na likwidację głęboko osadzonych patologii akademickich. Uświadommy sobie, że nie każdy na uczelni wykonuje pracę naukową na wysokim poziomie, ale też doceńmy inne ścieżki kariery, odmienne kompetencje, stwórzmy kompatybilny, spójny system badań i kształcenia akademickiego. Niech te rozwiązania odwołują się jednak do zachodnich dobrych praktyk, nie zaś będą egzotycznymi i niezrozumiałymi z punktu widzenia naszej kulturowej specyfiki rozwiązaniami. Szczególnie, że tak ważne dla wszystkich stron procesu reform uniwersyteckich jest umiędzynarodowienie polskiej nauki. W tym sensie winniśmy uczyć się od najlepszych, unikać błędów, które pojawiały się w innych systemach, czerpać dobre praktyki od tych, którym się powiodło.

Na koniec chciałabym krótko wymienić kwestie, których zabrakło w projektach ustawy, a które są ważne dla istnienia systemu i jego praktyki. Zbyt mało miejsca poświęcono problemom, które nazywam „socjalnymi”, związanym z życiem osobistym i zawodowym pracowników naukowych i studentów. Nie podjęto zatem tematu ochrony socjalnej osób zatrudnionych w uczelniach i jednostkach naukowych czy problemów kobiet (macierzyństwa, kwestii wychowywania małoletnich dzieci, opieki nad osobami zależnymi, ale też akademickiego szklanego sufitu). W systemie akademickim istnieje przecież wiele szczelin, które w nowoczesnych społeczeństwach muszą być wzięte pod uwagę w sytuacji organizowania pracy, to jest work-life balance czy wsparcie osób niepełnosprawnych. Bardzo ważna dla Obywateli Nauki jest też nieobecna tu kwestia szeroko pojmowanej edukacji, której w zasadzie w ogóle nie poświęcono miejsca, a która, obok badań naukowych, stanowi przecież sedno pracy akademickiej, jak również popularyzacji wiedzy.

Jakie decyzje podejmie minister Gowin? Czy będzie optował za szybkim przygotowaniem szczegółowych rozwiązań, czy raczej skupi się na wyznaczeniu ram prawnych? To drugie podejście jest bliższe praktyce akademickiej, ale i temu, co często sam podkreśla – że uczelnia musi mieć autonomię w wyznaczaniu sobie własnych celów – naukowych, ale i biznesowych. Prawo winno być w tym wypadku elastyczne. Czy będzie to rewolucja, czy stopniowa zmiana? Pytań jest więcej niż pewników, choć dla mnie najważniejsze jest jedno: uniwersytet, czyli kto? Czy są to rektorzy, mający za zadanie optymalizować zysk firmy? Czy jest to swoista prawno-polityczna idea do realizowania partykularnych partyjnych interesów? Czy jest to „klasa kreatywna” naszych czasów? A może są to tylko „pracownicy wiedzy” (za Thomasem Davenportem) lub bardziej zdecydowanie – „robotnicy wiedzy” (za Tomaszem Szkudlarkiem)? Pytanie i możliwe odpowiedzi pokazują bezsprzecznie, podobnie jak opisane wyżej fakty społeczne, że akademia wciąż jest ważnym aktorem na scenie społeczno-politycznej.