dwutygodnik internetowy
2.05.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

abp Gocłowski: Nie chodźmy w ciemności!

Chrystus najbardziej interesował się chorymi, grzesznikami, dziećmi, a priorytety misji Chrystusa muszą stać się priorytetami misji Kościoła. Troska o drugiego jest jednak powinnością każdego z nas: chrześcijanina, człowieka lewicy i człowieka prawicy.

ilustr.: Rafał Kucharczuk

ilustr.: Rafał Kucharczuk

Wywiad ukazał się w 19. numerze papierowego Magazynu “Kontakt” w 2012 roku. Przypominamy go, aby upamiętnić zmarłego dziś abp. Tadeusza Gocłowskiego. 

 IGNACY DUDKIEWICZ: O czym ksiądz marzy, księże biskupie?

ABP. TADEUSZ GOCŁOWSKI: Proszę pamiętać, że rozmawia pan z osobą, której marzenia zostały mocno zdeterminowane przez powołanie i odpowiedzialność za wspólnotę. Biskup marzy przede wszystkim o tym, żeby Kościół mógł spokojnie realizować zbawczą misję Jezusa Chrystusa, którą On sam mu powierzył. Nie zatrzymaliśmy się w tym dążeniu, ale stajemy dzisiaj wobec bardzo poważnych problemów, także w Polsce.

Jak się z nimi mierzyć?

Żeby Kościół mógł dziś skutecznie realizować swoją misję, musi po pierwsze odnosić się z szacunkiem do społeczeństwa i ludzkich przekonań. Musi zrezygnować z narzucania czegokolwiek, z ideologizowania. Musi więc uznać światopoglądowy pluralizm społeczeństwa, który jest faktem.

A marzenia zwykłego obywatela?

Kiedy patrzę na pokolenie ludzi młodszych ode mnie o sześćdziesiąt lat, to marzę, żeby potrafili wywalczoną przez przodków wolność w pełni zrealizować, korzystając z warunków, jakie oferuje demokracja i pluralizm społeczny.

Czego więc brakuje, żeby te marzenia się spełniły?

One nie trafiają w pustkę. To nie są tylko marzenia, to także opis rzeczywistości. Młodzieży często można wystawić świetną ocenę. W trakcie Dni Młodzieży w Madrycie zaprezentowała się znakomicie, mimo trudnych okoliczności, które towarzyszą dziś Hiszpanii. Wielki ruch laicki, który chciał narzucić Hiszpanom pewien styl życia, odniósł sukces – duży ich procent przylgnął do „zapateryzmu”. Refleksja przychodzi dopiero teraz.

Cieszę się, że wspomniał ksiądz o Hiszpanii. Dopytuję o księdza marzenia, bo półtora roku temu powiedział ksiądz: „Marzę, aby powstała u nas prawdziwa europejska lewica, której niestety nam brakuje”. Lewica prawdziwa, czyli jaka?

Lewica, jeśli chce być prawdziwa, musi na poważnie wziąć swój postulat pluralizmu społecznego, czyli na równych prawach dopuścić do debaty publicznej również głos chrześcijański.

Przed laty spotkałem się z grupą młodych parlamentarzystów niemieckich – socjalistów, którzy przyszli złożyć wizytę biskupowi gdańskiemu. Długo rozmawialiśmy na temat lewicy. I mieliśmy wspólny język, którym mogliśmy mówić o wartościach; o dramacie Niemców w czasie wojny; o radości zjednoczenia. Im całkowicie nie przeszkadzała sprawa religii. Mówili: „To jest sprawa prywatna, ale z pełnym szacunkiem odnosimy się do tego, że chrześcijanie publicznie manifestują swoje przekonania religijne, bo taki jest fundament ewangelizacji”.

Czy polska lewica jest prawdziwa?

Zbyt silnie łączy się z ateizmem. Lewica, tak jak i Kościół, nie może być zideologizowana. Niedawno Ryszard Bugaj powiedział, że polska lewica jest dumna, kiedy manifestuje swoją areligijność albo antyreligijność. Zawsze zaczyna od zanegowania Boga i zakwestionowania fundamentalnych zasad etycznych. Jej ludzie rozkładają akcenty w taki sposób, że gubią kwestie społeczne, kulturalne czy gospodarcze. A szkoda.

Czy zatem słowa „katolicki” i „lewicowy” się wykluczają?

Jeśli powiemy, że lewica nie musi utożsamiać się z ateistycznym poglądem na świat, to nie.

Gdyby więc lewica skupiła się na sprawach społecznych i socjalnych, to czy jej dialog z Kościołem byłby możliwy?

Nie chciałbym mówić o dialogu Kościoła z lewicą polityczną. 76. artykuł soborowej konstytucji Gaudium et spes wyraźnie mówi: „Kościół w żaden sposób nie utożsamia się ze wspólnotą polityczną ani nie wiąże się z żadnym systemem politycznym”. Nie sądzę więc, żebyśmy mogli mówić o współpracy Kościoła z określoną partią polityczną, niezależnie od tego, czy będzie to partia lewicowa, czy prawicowa. Kościół chce przede wszystkim służyć człowiekowi. Ale nie w partnerstwie Kościół-lewica, bo takiego partnerstwa, ze względu na brzmienie i charakter nauczania soborowego, nie przewiduję.

Zatem rozszerzmy pojęcie lewicy tak, by objęło ono również środowiska pozapolityczne.

Niewiele to zmienia. Jeśli przez „lewicę” rozumieć środowiska czy nurty, których przedstawiciele chcą np. głosić pewne zasady ekonomiczne, to my, jako Kościół, również nie będziemy się tym zajmowali. Kościół nie tworzy własnej doktryny ekonomicznej. Kościół zajmuje się etyką i wartościami. Jeśli ktoś podejmuje podobne działania społeczne z myślą o dobru wspólnym Rzeczypospolitej, to prawdopodobnie się spotkamy. I rzeczywiście, są w Kościele ludzie, którzy chcą rozmawiać i współpracować z ludźmi inaczej myślącymi. Nie jest to jednak działanie instytucji, lecz działanie chrześcijan, którzy występują we własnym imieniu. Gdy ksiądz Jan Zieja podejmował współpracę z lewicą, nie czynił tego z motywów ideologicznych. Chciał tylko lepiej służyć człowiekowi. Podobnie jak wielu innych.

Weźmy Brata Alberta. W dramacie Karola Wojtyły Brat naszego Boga wielokrotnie polemizuje on z Nieznajomym, który reprezentuje poglądy marksistowskie.

Wojtyła opisuje to jako pewne ideowe spotkanie. Brata Alberta i Nieznajomego różni jednak wizja człowieczeństwa. Kościół patrzy na człowieka, nie zapominając o jego nadprzyrodzonym przeznaczeniu. Tego nie można wziąć w nawias.

Gdy był ksiądz krajowym duszpasterzem ludzi pracy, zaprosił ksiądz Jacka Kuronia na spotkanie z regionalnymi duszpasterzami. W jakim celu?

Odbywaliśmy wtedy rekolekcje, a wieczorami podejmowaliśmy dyskusje dotyczące służby ludziom pracy w wymiarach pozareligijnych, także w wymiarze społecznym. Wysunąłem więc propozycję, by na jedną z takich dyskusji zaprosić ministra Kuronia. Chciałem, żeby opowiedział nam o tym, w jaki sposób sam służy ludziom. Trzeba przyznać, że społeczeństwo polskie w ogromnym procencie sympatyzowało z Kuroniem, ale nie dlatego, że głosił jakąś ideologię, ale dlatego, że był humanistą i społecznikiem, który troszczył się o każdego człowieka…

Powiedział ksiądz nawet: „Jacek Kuroń był dla mnie wielkim symbolem troski o świat pracy”…

Pracowaliśmy wspólnie w Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, więc miałem niejedną okazję, żeby przysłuchiwać się temu, co mówił. Kiedy np. sprzeciwiał się powrotowi katechezy do szkół, to nie czynił tego ze względu na świecki charakter szkoły, lecz z obawy przed tym, by dzieci nieuczęszczające na katechezę nie doznały pewnych przykrości ze strony pozostałych. To jest dobra ilustracja sposobu, w jaki do spraw społecznych podchodził Jacek Kuroń. Można więc rozmawiać, pokonywać wątpliwości i dochodzić do wspólnych wniosków, co nie znaczy, że jest to zaraz współpraca Kościoła z lewicą.

Odłóżmy słowo „współpraca” na bok i porozmawiajmy o dialogu z lewicą rozumianą w sposób szerszy. Skoro zaś pojawiły się słowa „Kościół”, „lewica” i „dialog”, to nie uciekniemy od pytania o Adama Michnika. Był taki czas, kiedy wiązał ksiądz z „Gazetą Wyborczą” nadzieje, że stanie się polskim odpowiednikiem „Le Monde”.

Tak rzeczywiście było.

Rozumiem, że nigdy nie spełniła ona księdza nadziei. Czy dziś dialog ze środowiskiem „Gazety” jest według księdza możliwy?

Słowo „dialog” jest rzeczywiście lepsze niż „współpraca”. Codziennie przeglądam kilka dzienników, wśród których jest i „Gazeta”, dość specyficznie opisująca relacje pomiędzy chrześcijanami a laicką częścią społeczeństwa. Kościół nie może przecież utożsamić się z poglądami strony laickiej, gdy chodzi o stosunek do homoseksualizmu czy in vitro. Dość chętnie czytam więc artykuły społeczne, gospodarcze i polityczne, natomiast krytycznym okiem patrzę na propozycje zupełnie laickich rozwiązań trudnych problemów etycznych. Redaktorzy „Gazety” sprawiają wrażenie, jak gdyby oczekiwali, że Kościół po prostu zmieni swoje nauczanie, czego w wielu sprawach zrobić nie może.

To jasne. Pytanie, czy i jak Kościół powinien ingerować w decyzje podejmowane przez demokratyczne, liberalne społeczeństwo.

Tylko na drodze formowania sumień. Kościół uczy, że chrześcijanie powinni głosować na ludzi, którzy identyfikują się z chrześcijańskim systemem wartości, a nie mówi, że należy głosować na taką czy inną partię.

Na początku lat dziewięćdziesiątych przebywałem w północnych Włoszech, gdzie spotykałem się z przedstawicielami związków zawodowych w zakładach pracy. Jeden z owych przedstawicieli zapytał mnie: „Czy w Polsce będzie democrazia cristiana?”. Odpowiedziałem: „Jestem temu przeciwny. Wolałbym nie democrazia cristiana, lecz democrazia vera – prawdziwą demokrację”.

Jak więc zabrać się do jej budowania?

Nie chodzi o to, żeby ukonfesyjniać partie, ale o to, żeby partie, zajmując się polityką czy gospodarką, nie zapominały o wartościach chrześcijańskich. Żeby nie bały się sięgać po katolicką nauką społeczną, choćby po Laborem exercens Jana Pawła II. To znakomita encyklika, która nie ma pretensji do tego, żeby stawać się projektem politycznym. Głosi po prostu zasady etyczne, którymi warto się, również w polityce, kierować.

Proszę o przykład możliwego przełożenia społecznego nauczania Kościoła na praktykę polityczną.

Wróćmy do soborowej „Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym”. Wystarczy choćby odczytać tytuły rozdziałów w niej zawartych, takie jak „Sposób podnoszenia poziomu kultury”, „Życie gospodarczo-społeczne” czy „Życie wspólnoty politycznej”. Kościół podejmuje więc wszystkie najważniejsze dziedziny ludzkiej aktywności. To jest też praktyka polityczna, ale, jak powiedziałby Lech Wałęsa, są to również przykazania, bez których człowiek sobie nie poradzi tak, jak nie poradzi sobie kierowca bez znaków drogowych.

Nigdy nie zapomnę, jak Papież w 1991 roku spotkał się z polskim parlamentem. Często potem wracaliśmy do tego spotkania w rozmowach z Maciejem Płażyńskim, który podkreślał, jak mocno i zdecydowanie Jan Paweł II mówił wówczas o dobru wspólnym. To stało się pasją Płażyńskiego. I ta płaszczyzna mogła nas łączyć, natomiast nie było mowy o tym, żeby Kościół utożsamiał się konkretną partią polityczną, w tym przypadku partią Macieja Płażyńskiego.

Czasami ludzie Kościoła o tym zapominają.

Jestem absolutnie przeciwny temu, żeby biskupi wpływali na decyzje parlamentu. Niestety, to się w Polsce zdarzało. Kościół takich rzeczy robić nie może. Może jedynie mówić: głosujcie na przedstawicieli, którzy będą respektowali chrześcijańskie, ewangeliczne zasady etyczne.

Nie sądzi ksiądz, że sukces, jaki zaczynają u nas odnosić ugrupowania odwołujące się do haseł antyklerykalnych, nie jest przynajmniej po części pokłosiem języka, jakim posługuje się sam Kościół?

Nie wiem, czy chodzi o język. Co konkretnie ma pan na myśli?

Choćby straszenie ekskomuniką.

Nigdy nie popierałem tego typu praktyk, jak również przesyłania posłom deklaracji w sprawie konkretnych ustaw. Tak nie powinno się robić. Wszyscy powinni wiedzieć o tym, że naruszenie prawa do życia, a więc aborcja, w konsekwencji pociąga za sobą, zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego, ekskomunikę, ale niekoniecznie trzeba o tym mówić akurat przy okazji wyborów. Jeśli jednak się o tym przypomina, to nie jest to wymysł biskupa, lecz nauczanie Kościoła.

Co ksiądz czuł, gdy słyszał o nagłośnionym przez Janusza Palikota pomyśle zawieszenia maski Anonymous na pomniku Chrystusa w Świebodzinie?

Niektóre pomysły są po prostu sprzeczne z kulturą. Tego typu rzeczy w ogóle nie powinny przychodzić nikomu do głowy.

Skąd zatem bierze się zainteresowanie takimi happeningami i poparcie dla antyklerykalnych haseł?

Nie chodźmy w ciemności! Żyjemy w pluralistycznym społeczeństwie, które w pewnej części zawsze było i będzie przeciwne Kościołowi. Możemy się we dwóch, katolików, pocieszać, że społeczeństwo z czasem przekona się do wartości głoszonych przez Kościół. Pamiętajmy, że wśród Polaków długo utrzymywało się wysokie poparcie dla liberalizacji ustawy aborcyjnej, ale ostatnio zdecydowanie zmalało. Kościół jest oczywiście za tym, żeby chronić każde życie, ale chcemy też pozostać realistami. Trzeba zachowywać się mądrze: osiągnąć to, co możliwe, kiedy nie da się osiągnąć wszystkiego…

Aby jednak osiągnąć choćby to, co możliwe, trzeba wejść w dyskusję. Nie można powiedzieć: „Tego się nie głosuje i już”.

To trudna sprawa. Jeśli biskup powiedziałby, że można zgodzić się na zabicie człowieka, bo jest poczęty z aktu kazirodczego albo z gwałtu, to sprzeniewierzyłby się nauczaniu Kościoła, który stoi twardo na stanowisku, że każde życie należy chronić. W społeczeństwie pluralistycznym nie da się tego jednak prawnie zagwarantować.

Czy nie ryzykujemy w ten sposób pomylenia porządku prawnego z moralnym?

Jeżeli konstruując porządek prawny, zrezygnujemy z porządku moralnego i prawa naturalnego to, jak mówił Benedykt XVI w parlamencie niemieckim, znajdziemy się w sytuacji, w której prawa człowieka będą zdecydowanie zagrożone.

 Co zatem robić, by Kościół był lepiej rozumiany?

Powinniśmy się uczyć mądrego udziału w liberalnym dyskursie. Niedawno pewien polityk na wybrzeżu przywitał mnie słowami: „Witamy arcybiskupa Gocłowskiego, który jest z nami – liberałami”. Pozwolił sobie na sporą przesadę, bo trudno nazwać arcybiskupa „liberałem”, niemniej zawsze byłem przekonany, że należy posługiwać się językiem głęboko ludzkim. Jeśli zrezygnujemy z prawdy, to znajdziemy się w konflikcie z własnym sumieniem, ale nigdy nie wolno nam zapominać o tym, że powinniśmy posługiwać się językiem miłości.

Czy takim językiem posługuje się Radio Maryja?

Nie chciałbym wypowiadać się na temat Radia Maryja. Moja opinia na ten temat jest znana.

Ta rozgłośnia robi dużo dobrego. Należałem do czterech pierwszych biskupów, którzy zaprosili ją na teren swojej diecezji. Byłem przekonany, że będzie służyła formacji sumień, pogłębieniu wiedzy religijnej i katechetycznej, nauki o Kościele czy katolickiej nauki społecznej. Dziś nie brakuje jednak w Polsce ludzi, którzy mają krytyczny stosunek do ujawnianych przez Radio Maryja preferencji politycznych. I mają rację, bo Kościół nie może w ten sposób oddziaływać.

Czy, biorąc to wszystko pod uwagę, można powiedzieć, że popularność Ruchu Palikota wzrosła przy współudziale samego Kościoła?

Być może, trudno ocenić. Myślę jednak, że fenomen Palikota jest fenomenem wynikającym z jego osobowości. Pamiętajmy, że miał kiedyś inne poglądy na temat Kościoła i jego problemów. Dopiero potem poszedł w kierunku, który dziś obserwujemy. Ta skrajność, mam nadzieję, stanie się przyczyną odrzucenia jego sposobu myślenia i politycznego działania oraz poglądów ludzi, którzy przyjmują ten sam sposób rozumowania.

 Czy ta skrajność jest dla nas sygnałem ostrzegawczym

Ruch Palikota może być dla Kościoła sygnałem, żeby stawał się w swoich poglądach społecznych coraz bardziej ewangeliczny, żeby kierował się dobrocią i nie mieszał w politykę. Chrystus nie zajmował się polityką. Wprost mówił: „Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Kościół nie powinien się więc wprost angażować w sprawy polityczne, a jedynie przypominać o zasadach wynikających z nauczania Chrystusa. Uważam, że frontalny atak na Palikota po prostu nie ma sensu.

Cóż więc zrobić?

Trudno sobie wyobrazić, żeby katolik mógł w zgodzie z samym sobą przyznawać się do takich poglądów. Kościół powinien odciąć się od Palikota poprzez całkowite ignorowanie jego poczynań.

Są zatem ludzie, z którymi rozmowa jest niemożliwa?

Nie. Są tylko ludzie, między którymi rozmowa jest niemożliwa – z powodów charakterologicznych lub emocjonalnych. Pamiętam pewną okazję, przy której spotkali się dawni przyjaciele z „Solidarności”, będący ze sobą nawzajem po imieniu. W ciągu ostatnich dwudziestu lat rozeszli się tak dalece, że obserwując ich, nie miałem złudzeń co do tego, że są jeszcze w stanie się dogadać.

Ale nie jest to regułą. W Niemczech powstała przecież wielka koalicja chadeków z socjalistami. Dla dobra wspólnego, dla dobra państwa.

Czy Kościół może powiedzieć: „z tymi nie będziemy rozmawiać”?

W sprawach, które nie stoją w sprzeczności z nauczaniem Kościoła, przede wszystkim gdy chodzi o życie człowieka, Kościół musi pozostawać otwarty na dyskusję. Przykład Chrystusa jest jednoznaczny.

Z jakich pozycji może w niej uczestniczyć?

Zwolennicy pełnej laickości państwa chcieliby doszczętnie usunąć chrześcijan z życia publicznego. Kościół nie może przesadzać, wchodzić w sytuacje ściśle polityczne, ale może tworzyć neutralny grunt pod rozmowę, tak jak to usiłowaliśmy robić.

Kiedy przed laty zaistniał konflikt pomiędzy Argentyną a Chile, to właśnie nuncjusz apostolski, późniejszy sekretarz stanu, próbował zbliżyć obydwa kraje. Aktywność kardynała Angelo Sodano jest przykładem na to, w jaki sposób Kościół może być mądrze obecny w przestrzeni publicznej. Wówczas, dzięki jego wsparciu, nie doszło do rozlewu krwi.

Kościół miał swój udział w uniknięciu rozlewu krwi także w Polsce, w roku ’89.

Ludzie nieraz wytykają mi obecność w Magdalence, zapominając, że nie byliśmy tam z księdzem Orszulikiem stroną. Nie zabieraliśmy głosu: ani Orszulik, ani Gocłowski. Byliśmy świadkami, którzy domagali się działania w prawdzie i wierności ustaleniom.

Czy Kościół był tam potrzebny?

Poszliśmy tam na prośbę obydwu stron. Czy naruszyliśmy w ten sposób świecki charakter państwa? Myślę, że nie. To była próba mediacji. W takich przypadkach Kościół powinien wchodzić właśnie w rolę mediatora.

Czy Kościół jest zatem potrzebny politykom?

To trudne pytanie. Kościół nie chce nikomu niczego narzucać. Jest stróżem wartości, a więc może służyć i jednej, i drugiej stronie, przy czym sam nigdy nie może stawać się stroną. Nie myślmy o Republica Christiana Europy. Na obecnym etapie rozwoju społeczeństwa to wykluczone, choć troska o tożsamość Europy jest naszym obowiązkiem.

Czy postępująca laicyzacja jest dla tej tożsamości i chrześcijaństwa zagrożeniem, czy szansą?

Niezależnie od laicyzacji, warto zachować to, co zostało zawarte w konkordacie: dwie są wspólnoty, autonomiczne, niezależne i współpracujące: państwo i Kościół.

Spójrzmy w podobny sposób na misję Kościoła pośród innych organizmów: partii, stowarzyszeń, organizacji. Niektórzy księża mają np. kłopoty z Owsiakiem. Ja go nie mam. Wrzucam pieniądze do puszki, daję sobie przyczepić serduszko i nie widzę problemu. Nie mówię, że pan Owsiak jest lewicą, on się nie deklaruje. On jest Owsiak i chce robić dobre rzeczy, patrzy na człowieka. Choć powinien się bronić przed relatywizmem etycznym.

 A co jest najistotniejsze w chrześcijańskim spojrzeniu na człowieka?

Humanizm chrześcijański jest humanizmem Chrystusowym. Chrystus, stając się jednym z nas, podkreślił wielkość człowieka. Nie da się już tego zrobić lepiej. Był zatroskany o każdego, utożsamiał się z każdym, nad każdym się pochylał i – o czym do znudzenia przypominał Jan Paweł II – z każdym się jednoczył. Chrystus najbardziej interesował się chorymi, grzesznikami, dziećmi, a priorytety misji Chrystusa muszą stać się priorytetami misji Kościoła. To właśnie troska o szpitalnictwo, dzieci porzucone, chorych, a więc troska o człowieka, jest i musi być sprawdzianem autentyzmu działalności Kościoła. Jeżeli Kościół ten sprawdzian obleje, to wejdzie w kolizję ze swoim fundamentalnym założeniem.

Kościół nigdy nie powinien więc pytać: „czy jesteś wierzący?”, a jedynie: „jak ci pomóc?”. To jest istotne. Oczywiście, będziemy przypominać również o Bogu, ale tylko jeśli drugi człowiek na to pozwoli.

Jak to wychodzi w praktyce?

Różnie, jak to w życiu. Można zapewne udowodnić, że to czysta teoria, bo Kościół nie zawsze zajmuje się tym, czym powinien. Niestety, ludzi takich jak ksiądz Zieja nigdy nie jest zbyt wielu. Brakuje skrajnie ewangelicznych postaci o ogromnej dobroci. Ale jeśli nie podejmiemy tego wyzwania, to nie wypełnimy fundamentalnych obowiązków, które wynikają z Ewangelii i z istoty Kościoła.

Czy te założenia nie uzupełniają się z systemowymi rozwiązanymi lewicy?

Nie widzę kłopotów, żeby podejmować współpracę z ludźmi lewicy, ale tylko wtedy, gdy jest to współpraca dla dobra człowieka, mająca na celu okazanie mu pomocy i wsparcia. Chrystus mówił: „przestańcie zabraniać: kto bowiem nie jest przeciwko wam, ten jest z wami” (Łk 9, 49). To jest bardzo ewangeliczne. Jeśli komuś trzeba pomóc, to nie pytajmy, czy jest z nami, czy przeciwko nam. Izraelicie pomógł Samarytanin, a więc osoba mu społecznie i światopoglądowo obca. Samarytańska miłość do człowieka będzie nas zbliżała do tych wszystkich, którzy podobnie działają, byleby autentycznie służyli człowiekowi.

Troska o drugiego jest bowiem powinnością każdego z nas, chrześcijanina, człowieka lewicy i człowieka prawicy. Kościół nie ma monopolu na pomaganie innym, tak jak nie ma go nikt inny, gdyż jest to wezwanie skierowane do wszystkich.

Zatem współpraca na pewnej płaszczyźnie możliwa jest z każdym.

Myślę, że należałoby mówić nie tyle o współpracy, co o wspólnej służbie. Mniej sformalizowanej, bo nie można przecież zacierać zasadniczych różnic, przede wszystkim różnic ideowych. Jeśli lewica deklaruje, że jest ateistyczna, to trudno wyobrazić sobie zasadnicze z nią zbliżenie.

Może nie zawsze tak będzie?

Mam nadzieję. Ale póki co, są to marzenia.