dwutygodnik internetowy
27.03.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

A wióry lecą

Ustawa „Lex Szyszko” jest dobitnym przykładem na to, że po raz kolejny Prawo i Sprawiedliwość tylko pretenduje do bycia prawdziwie chrześcijańskim. Partia rządząca posługuje się religią katolicką w sposób czysto instrumentalny, opierając się na niej tylko wtedy, gdy akurat to pasuje do jej działań i celów.

ilustr.: Stanisław Gajewski

„Czyńcie sobie ziemię poddaną” – powiedział Bóg do Adama i Ewy w Księdze Rodzaju. Szczególnie mocno wzięli to do siebie reprezentanci polskiej władzy, tak często lubiący podkreślać swoje chrześcijańskie inspiracje (a raczej aspiracje). W myśl tego nakazu człowiek – stworzony, w przeciwieństwie do innych istot, „na podobieństwo Boga” – miał stać się panem świata i otaczającej go przyrody. Wziął sobie świat na własność, dany mu przecież w prezencie od Stworzyciela.

Wielka wycinka

Na gruncie tej wizji skrajnego antropocentryzmu, połączonego z przekonaniem o świętym prawie własności i pewnego rodzaju – co tu ukrywać – ignorancją w dziedzinie ekologii, wyrosła przyjęta w grudniu ustawa nazwana prześmiewczo „Lex Szyszko”. Wprowadziła ona znaczącą zmianę: od 1 stycznia każda osoba może wyciąć drzewo znajdujące się na jej prywatnej posiadłości, jeśli tylko nie robi tego w związku z działalnością gospodarczą. Wcześniej niezbędne do tego było pozwolenie (wójta, burmistrza czy prezydenta miasta) – nie trzeba było się jednak o nie starać, jeśli na wysokości 5 centymetrów nad ziemią obwód pnia wynosił mniej niż 25 lub 35 centymetrów (w zależności od gatunku); nie było też ono potrzebne, jeśli drzewo było złamane lub przewrócone w wyniku wichury i innych czynników naturalnych. Poprzednie prawo nie było więc wyjątkowo restrykcyjne, a raczej dość rozsądne, choć odrobinę uciążliwe (zważywszy na to, że, jak powiedział Paweł Mucha, rzecznik Ministerstwa Środowiska: „z danych będących w posiadaniu resortu środowiska wynika, iż dotychczas około 90-95 procent decyzji, dotyczących zezwolenia na wycinkę drzew i krzewów, było decyzjami pozytywnymi” – ale każda mimo wszystko wymagała zatwierdzenia przez urzędników). Między innymi dlatego warto by spojrzeć przychylnym okiem na postulat Kongresu Ruchów Miejskich, by biurokrację ograniczyć, ale przy rozsądnym podejściu. Wprowadzona miałaby być wtedy zasada „milczącej zgody”, czyli domniemanego przyzwolenia na wycinkę po miesiącu od zgłoszenia – chyba że urzędnik stwierdzi niespełnienie wymogów i wyrazi na nią odmowę.

Ustawa „Lex Szyszko” jednak daleka jest od podejścia rozsądnego – jest raczej przykładem chaotycznej samowolki, szkodliwej dla środowiska i ludzi, nie wprowadza bowiem żadnej kontroli nad prywatnymi wycinkami. Polski Klub Ekologiczny twierdzi, że w ciągu dwóch miesięcy obowiązywania tej ustawy wyciętych zostało ponad półtora miliona drzew. Słusznie wywołało to falę protestów, nawet Jarosław Kaczyński zwrócił uwagę, że „Lex Szyszko” jest szkodliwe. W rezultacie, dzięki naciskowi Kongresu Ruchów Miejskich, może zostać przegłosowana część zgłoszonych poprawek – posiedzenie (co ważne, tylko komisji, a jeszcze nie samego parlamentu) zostało jednak przerwane i kontynuowane ma być 5 kwietnia. Sprawa jest więc w toku – a drzewa wciąż są wycinane.

ilustr.: Stanisław Gajewski

ilustr.: Stanisław Gajewski

Warto jednak zwrócić uwagę na inną oburzającą kwestię. Ustawa „Lex Szyszko” jest dobitnym przykładem na to, że po raz kolejny Prawo i Sprawiedliwość tylko pretenduje do bycia prawdziwie chrześcijańską. Partia rządząca posługuje się religią katolicką w sposób czysto instrumentalny, opierając się na niej tylko wtedy, gdy akurat to pasuje do jej działań i celów. Rząd ten lubi podkreślać swoje przywiązanie do chrześcijańskich wartości, gdy mówi o aborcji, skandalicznie jednak nabiera wody w usta, gdy episkopat wzywa do przyjęcia uchodźców. Podobnie jest też w przypadku ustawy o wycince drzew – politycy Prawa i Sprawiedliwości nie przywiązują większej wagi do nauki społecznej Kościoła, ignorując całkowicie encykliki papieskie, w tym ważną i stosunkowo nową przecież „Laudato Si’” papieża Franciszka. Szkoda, bo wiele z niej mogliby się nauczyć – z pożytkiem dla środowiska, Ziemi i samych siebie.

Wsłuchać się w głos, wczytać się w słowo

Trzeba powiedzieć to wprost – wizja stosunku człowieka do świata przyrody, jaka stoi za ustawą „Lex Szyszko”, drastycznie różni się od tej postulowanej przez papieża. A ta nie jest przecież wyssana z palca – wywiedziona jest wprost z Pisma Świętego. Czy nie powinno być to przynajmniej po części ważne dla tych, którzy publicznie lubią deklarować się jako katolicy? Postulat dbania o środowisko widzi się często jako bzdurny wymysł „szalonych ekologów”, a tym bardziej w żaden sposób nie łączy się go ze sferą religii katolickiej. Ale drodzy konserwatywni politycy, jeśli już wycieracie sobie gębę wartościami chrześcijańskimi, to przynajmniej bądźcie konsekwentni i spróbujcie się choć zainspirować katolicką nauką społeczną. Gdybyście zajrzeli do encyklik papieskich, dowiedzieć byście się mogli:

[Pozornie] opis Księgi Rodzaju zachęca nas do „panowania” nad ziemią (Rdz 1, 28), więc sprzyja bezlitosnej eksploatacji natury, przedstawiając dominujący i destrukcyjny obraz człowieka. Nie jest to poprawna interpretacja Biblii, tak jak rozumie ją Kościół. Choć to prawda, że czasami chrześcijanie błędnie interpretowali Pismo Święte, to musimy dziś stanowczo stwierdzić, iż z faktu bycia stworzonymi na Boży obraz i nakazu czynienia sobie ziemi poddaną nie można wywnioskować absolutnego panowania nad innymi stworzeniami. Ważne jest odczytywanie tekstów biblijnych w ich kontekście, we właściwej hermeneutyce, i przypominanie, że zachęcają nas one do „uprawiania i doglądania” ogrodu świata (por. Rdz 2, 15). Podczas gdy „uprawianie” oznacza oranie i kultywowanie, to „doglądanie” oznacza chronienie, strzeżenie, zachowanie, bronienie, czuwanie. Pociąga to za sobą relację odpowiedzialnej wzajemności między człowiekiem a naturą

(Franciszek, „Laudato Si’”, rozdział 67)

Wrażliwość na środowisko otaczające człowieka – mimo że jest on sam jakoś wyjątkowy w świecie, bo przecież „stworzony na podobieństwo Boga” – jest więc wprost wpisana w treść Pisma Świętego. Nie chodzi tylko o oczywisty fakt, że jest ono ważne dla jego zdrowia fizycznego i psychicznego (jak drzewa ograniczające zapylenie powietrza w miastach dla ich mieszkańców). Chodzi też o coś więcej niż zwykłą korzyść – i z wielu ksiąg Biblii możemy ten wniosek wysunąć. Spójrzmy na Stary Testament, według którego człowiek jest istotą trwale osadzoną w świecie przyrody, który powinien jednocześnie traktować z troską i szacunkiem: „Jeśli zobaczysz, że osioł twego brata albo wół jego upadł na drodze – nie odwrócisz się od nich, ale z nim razem je podniesiesz” (Pwt 22, 4). Jak inna jest to postawa od tej, której owocem jest codzienność ferm hodowlanych! Tam zwierzęta, pozbawione godności i traktowane jak przedmioty, (z)używane są wyłącznie do konsumpcji lub ciężkiej pracy aż do śmierci. A człowiek, według zaleceń Boskich, powinien dać przyrodzie prawo do odpoczynku: szabat miał służyć przecież nie tylko ludziom, ale też zwierzętom („A dnia siódmego zaprzestaniesz pracy, aby odpoczęły twój wół i osioł” – Wj 23, 12) i, co więcej, samej ziemi („Sześć lat będziesz obsiewał swoje pole, sześć lat będziesz obcinał swoją winnicę i będziesz zbierał jej plony, ale w siódmym roku będzie uroczysty szabat dla ziemi, szabat dla Pana. Nie będziesz wtedy obsiewał pola ani obcinał winnicy” – Kpł 25, 3-4). Może się to wydawać niedzisiejsze – zwłaszcza w Europie, która uległa daleko idącemu uprzemysłowieniu – trzeba spróbować jednak dostrzec w tym pewną wartość. Bo gdzie nas prowadzi hodowla zwierząt i roślin na skalę masową? Jaki wpływ ma na klimat i środowisko naturalne, ile cierpienia powoduje? Trudno też jednoznacznie stwierdzić, pamiętając o tracących środki i ziemie rolnikach, że prowadzi ona do poprawy kondycji życia ludzi na ziemi. Zwłaszcza więc katolicy powinni zobaczyć, że Biblia w żadnej mierze nie uprawnia ani nie usprawiedliwia radykalnego i niszczycielskiego antropocentryzmu – mówi nam o wiele więcej niż „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Ziemia przecież jest w końcu stworzona przez Boga; jest Jego pięknym dziełem, o które z szacunkiem i miłością należy dbać. „I widział Bóg, że to było dobre” – a to, co dobre, nie powinno być przecież niszczone i bezrefleksyjnie wykorzystywane do własnych interesów i korzyści.

Prywatna własność czy wspólna odpowiedzialność?

Za ustawą „Lex Szyszko” stoi – oprócz skrajnego antropocentryzmu – także przekonanie o świętym prawie własności. Gdy spojrzymy na to z perspektywy katolickiej (skupiając się zwłaszcza na jej nauce społecznej z czasów po Soborze Watykańskim II), to rzeczywiście, uznaje się Ziemię za własność całej ludzkości – mylne jest jednak wywnioskowanie z tego, że możemy robić z nią, co tylko się nam żywnie podoba. To, że jest naszym wspólnym dobrem, oznacza właśnie coś wręcz odwrotnego – naszą kolektywną za nią odpowiedzialność. Ta stoi zaś w sprzeczności z przekonaniem, że skoro drzewo rośnie na prywatnej posesji, to właściciel ma je na wyłączność i zrobić z nim może, co tylko zechce. Samo w ogóle przekonanie o świętym prawie własności ziemi nie jest tak ugruntowane w chrześcijaństwie, jakby niektórzy chcieli – zdaje się, że nawet przeciwnie („Nie wolno sprzedawać ziemi na zawsze, bo ziemia należy do Mnie, a wy jesteście u Mnie przybyszami i osadnikami” – Kpł 25, 23).

Wydawać by się mogło, że politycy, którzy lubią podkreślać swoje przywiązanie do chrześcijańskich wartości, powinni o tym pamiętać. Gdy spojrzy się jednak na ich destrukcyjne podejście do otaczającego świata, nie jest jasnym nawet, czy w ogóle to wiedzą. Ale to niestety nic nowego: zdaje się, że lubią podkreślać swą katolickość tylko wtedy, gdy to dla nich korzystne – zapominają jednak o niej, gdy mówi się o ginących tragiczną śmiercią w Morzu Śródziemnym uchodźcach lub niewygodnym i kłopotliwym „wymyśle”, jakim jest dla nich ekologia. A wszystko to, jak już powiedziano, z ogromną i nieodwracalną co gorsza szkodą dla otaczającego ich świata i samych siebie.