dwutygodnik internetowy
15.01.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

A co, jeśli będzie jeszcze zimniej? Kulturalne rekomendacje na styczeń

Za nami najbardziej depresyjny dzień roku, przed nami jeszcze kilka miesięcy zimna, nim rozpocznie się kalendarzowa wiosna. Prezentujemy propozycje redakcji „Kontaktu”, które pozwolą Wam przetrwać ten trudny czas.

ilustr.: Andrzej Dębowski

ilustr.: Andrzej Dębowski

W poniedziałek 15 stycznia obchodziliśmy coroczne święto ludzi zmęczonych życiem – tak zwany Blue Monday. Chociaż aura za oknem sprzyja poddaniu się beznadziei i porzuceniu noworocznych postanowień, gorąco zachęcamy do zapoznania się z zestawieniem kulturalnych rekomendacji, które przygotowała z myślą o swoich czytelniczkach i czytelnikach redakcja dwutygodnika „Kontakt”. Od gier wideo, które obnażają groźną twarz kapitalizmu, przez lekturę o (nie)alternatywnej polskiej rzeczywistości, aż po kolaże Szymborskiej tak inteligentne jak jej poezja – każdy znajdzie coś dla siebie. Byle do wiosny!

Cyberpunk żyje!

Gra „Observer”, Bloober Team, 2017.

Połacie biedy w ogromnych futurystycznych miastach, wszechobecne neony i wszczepy, życie w cyfrowej i rozszerzonej rzeczywistości… Gatunek zwany cyberpunkiem (niedawno oglądaliśmy go w „Blade Runnerze 2049”) zajmuje istotne miejsce w kulturze amerykańskiej, ale mamy też jego polskie przykłady – w literaturze, a w ostatnich latach także w grach wideo. Jedną z nich jest gra „Observer”, która właśnie otrzymała Paszport Polityki w kategorii „kultura cyfrowa”.

Tak jak i wiele innych dzieł cyberpunkowych, „Observer” ukazuje dystopijną przyszłość (a może zmetaforyzowaną teraźniejszość?) kapitalizmu. W 2084 roku w Krakowie – po wojnie światowej, na której wszystkie uczestniczące państwa przegrały – jedynym gwarantem stabilności jest korporacja Chiron. Nie mogąc zapewnić obywatel(k)om dobrych warunków życia, próbuje ona omamić ich przekazami przypominającymi propagandę PRL-u. Ten ostatni uobecnia się również w estetyce zamieszkanej, lecz zapuszczonej kamienicy, której pieczołowita eksploracja stanowi istotną część rozgrywki.

Przeszukiwanie pokojów i rozmowy z lokatorami niezbyt odbiegają od rozwiązań z wielu innych współczesnych gier, ale obszerne sekwencje rozgrywające się w umysłach mieszkańców są bardzo ciekawe. Z jednej strony surrealistyczne, osadzone w groteskowych sceneriach, pełne przedmiotów znajdowanych w dziwnych miejscach, chaotycznie przenoszące bohatera od zdarzenia do zdarzenia. Z drugiej strony niepokojące, nie tylko z powodu nędzy odkrywanych biografii, lecz także ze względu na wkraczanie w głąb cudzych lęków i konfliktów wewnętrznych, a przede wszystkim – dzięki łamaniu wciąż dość typowej dla gier konwencji, która daje grającym kontrolę nad działaniami własnej postaci, możliwość uchwytnego wpływania na świat przedstawiony i poczucie przewidywalności otoczenia. Szkoda tylko, że droga wyjścia z niektórych lokacji jest tak niejasna – wtedy niepokój łatwo przeradza się we frustrację i desperackie klikanie wszystkiego, co się rusza. Ale to nie powinien być powód do rezygnacji z gry w „Observera”.

(Nie)alternatywna historia

Zygmunt Miłoszewski, „Jak zawsze”, wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

Nie da się chyba określić najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego trafniej niż uczyniono to na okładce, czyli jako „komedii ironiczno-romantycznej”. „Jak zawsze” to skrząca się dowcipem historia dwójki staruszków, którzy w swoją pięćdziesiątą rocznicę przenoszą się do pierwszego dnia znajomości. Los nie rzuca ich jednak po prostu pięć dekad wstecz – budzą się w alternatywnej Polsce lat 60. Miłoszewski z wielkim rozmachem maluje pejzaż tej fantastycznej równoległej rzeczywistości, wplatając weń liczne „mrugnięcia okiem” i mniej lub bardziej oczywiste nawiązania do polskiej historii. Koniec końców powieść, pomimo całej swej dowcipnej ironii, jest jednak gorzką refleksją o nadwiślańskim kraju, w którym – choćby nie wiem jak się starać – musi najwyraźniej być jak zawsze. Z drugiej strony, obok tej szeroko zakrojonej diagnozy Polski i Polaków, „Jak zawsze” jest też historią romantyczną, dzięki czemu nie wpada w zbyt patetyczne tony i zachowuje równowagę pomiędzy słodkością i gorzkością.
Chociaż zakończenie fabuły jest nieco rozczarowujące i nasuwa pytanie, czy autor aby sam siebie nie zmęczył tą opowieścią i nie postanowił zakończyć jej jak najprędzej, „Jak zawsze” warto przeczytać. Przede wszystkim dlatego, że to książka, do której wraca się myślami. Ale także dlatego, że nie wiadomo, jaka właściwie jest: słodka czy gorzka, śmieszna czy straszna, smutna czy wesoła, romantyczna czy cyniczna? A czy może być w literaturze coś piękniejszego od tej niepewności?

Sentymentalny lokalizm

„Lady Bird”, reż. G. Gerwig, w kinach od 2 marca 2018.

W kalifornijskim Sacramento nie dzieje się wiele – życie tytułowej bohaterki toczy się między prowadzoną przez zakonnice żeńską szkołą i długimi do niej dojazdami, skromnym domem „po złej stronie torów” a pierwszymi miłościami, imprezami i rozczarowaniami. Wszystko wokół jest po prostu zbyt zwykłe, by zadowolić osiemnastoletnią Christine, szukającą wzorców w podkradanych ze sklepów magazynach z lakierowaną okładką i marzącą o studiach na liberalnych uczelniach Ligi Bluszczowej.
Komedia Grety Gerwig „Lady Bird” jednak nie bez powodu wyrasta na faworyta amerykańskiego sezonu filmowego. Pozornie zgrany już i błahy pomysł na opowieść o dorastaniu na amerykańskiej prowincji służy tu za podstęp, który wprowadza nas do świata rozważań o tym, czy trawa wielkiego świata jest bardziej zielona, a ucieczka z małomiasteczkowych schematów, tak dobrze znana warszawskim słoikom, spełnia pokładane w niej nadzieje.

Po seansie można się wahać, czy obejrzeliśmy list miłosny dla młodzieńczej ambicji i twórczego niespełnienia, czy jednak historię o sile przywiązania do miejsc, które nas kształtują. Jednak pewne jest, że Greta Gerwig jest wnikliwą obserwatorką drobiazgów, które wraz z upływem lat urastają do rangi doniosłych wspomnień.

Inteligentne błazeństwa Szymborskiej

Wystawa „Kolaże Wisławy Szymborskiej. Ze zbiorów Fundacji Wisławy Szymborskiej i Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza”, 10.12.2017–4.02.2018, Muzeum Literatury w Warszawie.

Muzeum Literatury przygotowało wystawę, która ucieszy miłośników twórczości Wisławy Szymborskiej. Jest to dobra okazja, by przypomnieć sobie także to, co pisała. Wyklejanki, które wysyłała swoim bliskim w formie pocztówek, pod wieloma względami przypominają bowiem jej wiersze: są formą żartobliwego, inteligentnego dialogu ze światem, a zwłaszcza ze światem kultury.

Chciałoby się powiedzieć, że prace te, na przykład, obnażają ludzką małość albo są trafną diagnozą problemów naszego wieku, w każdym razie coś takiego, co pasowałoby do tekstu o laureatce nagrody Nobla. Zamiast tego można jednak z ulgą przyznać, że trudno dopatrywać się w nich wzniosłych idei i gorzkich puent. Szymborska po prostu dobrze się bawiła. Świadectwo uciechy, jaką przynosiły Wiśce te ręczne robótki, znaleźć można w jej, wydanej niedawno nakładem Znaku, korespondencji z Kornelem Filipowiczem.

Kolaże obserwowane przez pryzmat życiorysu ich autorki, a – mówiąc ściślej – przez pryzmat jej bliskich relacji, ujawniają bowiem jeszcze jedną swą cechę: są czułe. Gdy będziemy pamiętać, że to tak naprawdę małe, listowne upominki, spotkamy Szymborską, która lubiła obdarowywać tych, których kochała – z tym że nie bezdusznymi przedmiotami, a skierowanymi specjalnie do określonego człowieka okruchami swojej twórczości, traktowanej, z pewnością, niezupełnie poważnie (albo zupełnie niepoważnie).

To wszystko nie znaczy, oczywiście, że kolaże Szymborskiej są tylko bezinteresownym błazeństwem – są błazeństwem, jak już nadmieniono, inteligentnym. Nie ma w nich jednak nachalnych, grubo ciosanych metafor. Przed oglądającym otwierają się różne możliwości interpretacji, łącznie z taką, że chodzi tylko o efekt zaskoczenia. Czy nie przywodzi to na myśl poezji ich autorki? Poezji, której siła tkwi nie w udzielaniu moralizatorskich odpowiedzi, lecz w zadawaniu trafnych pytań – a potem, gdy już padną, zbycia ich żartem o ludzkiej ograniczoności? Nasze postrzeganie świata to w końcu kolaż. Widzimy fragmenty, z których próbujemy złożyć opowieść, a pomiędzy nimi jest miejsce na wątpliwości i sporą dawkę śmiechu. To zaś, jak się wydaje, może być zaczątkiem całkiem sensownej filozofii, choć efekty, jak wiadomo, bywają różne.

***

Opracowali: Stanisław Krawczyk, Ida Nowak, Kuba Szymik, Maciej Papierski i Ania Dobrowolska.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

W sercu wykluczenia

Z kocem i bez. Kulturalne rekomendacje na grudzień

Pismo, ciało, afekt. O „Miłości” Ignacego Karpowicza